Moja wypowiedź na temat polskiego kaznodziejstwa jest głosem osoby, która słucha kazań lub homilii w każdą niedzielę, w miejscu swego aktualnego pobytu. Czasem jest to kościół parafialny, czasem inny – bo dość często wyjeżdżam poza miejsce stałego zamieszkania. Staram się też codziennie uczestniczyć w Eucharystii – ale tu już niestety rzadko mam szczęście usłyszeć komentarz do czytań liturgicznych dnia powszedniego. Bardzo nad tym ubolewam. Nawiasem mówiąc, ubolewam również nad tym, że w duszpasterstwie parafialnym często rezygnuje się z homilii, gdy jest czytany list pasterski lub inny tekst nadesłany z kurii. Oprócz uczestnictwa w Eucharystii, zawsze ilekroć jest to możliwe, chętnie słucham kazań głoszonych podczas Mszy Świętych transmitowanych przez radio i telewizję. Moja wypowiedź będzie więc dotyczyła kaznodziejstwa, które spotkałam i spotykam na drodze swoich praktyk religijnych. Myślę, że warto włączyć w te rozważania także kaznodziejstwo rekolekcyjne.
Najwyżej cenię sobie homilie, będące rzeczywistym komentarzem do czytań biblijnych przeznaczonych na dany dzień. Ideałem jest, gdy kaznodzieja zwróci uwagę na myśl zawartą w jednym lub wszystkich czytaniach i na tej podstawie rozwija swoje rozważanie – „wyjaśnia pisma”. Bardzo potrzebne jest wyjaśnienie kontekstu teologicznego, kulturowego, językowego komentowanych słów. Potrzeba wyjaśnienia, co Pan Bóg mówi do człowieka tym właśnie słowem. A potem przychodzi czas na umieszczenie tego przesłania w realiach naszego życia. Jak ja mam odczytywać i rozumieć usłyszane słowo Boże? Jak mam je wprowadzać w swoje osobiste życie? Ale uwaga: – potrzeba nam autentycznego nauczania z mocą – a nie taniego moralizatorstwa. Oczekujemy mądrej, dobrej interpretacji Biblii. Niestety w kazaniach często trudno ją znaleźć.
Dzisiejsza polska rzeczywistość wymaga, aby kaznodzieja katechizował uczestników niedzielnej liturgii. Polski katolik ma tak elementarne braki z zakresu podstawowej katechizacji, że chyba nie ma co szukać winnych tego zjawiska, i nie ma co zastanawiać się nad wyszukanymi metodami naprawy tej sytuacji – ale po prostu zacząć katechizować podczas niedzielnych homilii. Pewien kapłan, profesor teologii i duszpasterz w jednej osobie, zauważył rzecz następującą: „Pan Jezus nauczał dorosłych a błogosławił dzieci – natomiast współcześni kaznodzieje nauczają tylko dzieci, a dorosłych tylko błogosławią”. Może jest to lekkie uproszczenie, ale nie pozbawione prawdy. Poziom kultury religijnej przeciętnego polskiego katolika, nie mówiąc już o elementarnej wiedzy, jest zatrważająco niski. Kto, poza kaznodzieją, dotrze do tego przeciętnego katolika? Obawiam się, że nikt – więc kaznodzieja nie ma wyjścia i musi podjąć to wyzwanie.
Podczas homilii potrzebny jest przekaz wiary. Kiedyś tę wiarę każde dziecko mogło niejako wyssać z mlekiem matki. Wzrastało się w klimacie wiary, chłonęło się ją tak jak chłonie się klimat rodzinnego domu. Dzisiaj wiara musi być głoszona. Niedzielna homilia dla większości z nas jest jedyną szansą otrzymania tegoż przekazu wiary. To ogromna odpowiedzialność dla kaznodziejów, z której muszą oni zdawać sobie sprawę każdego dnia. Potrzeba nam świadectwa, które umacnia. Oczywiście nie oczekujemy tanich, „budujących” przykładów znanych z dziewiętnastowiecznego kaznodziejstwa. Dzisiaj jest czas świadectwa autentycznego, żywego. Przed laty słyszałam młodego zakonnika mówiącego o cierpieniu. Było to tak autentyczne, że nie mogłam oprzeć się zadziwieniu: czyżby ten trzydziestolatek zdążył już tyle przecierpieć? Gdy kaznodzieja przemawia całym sobą, nie potrzeba krasomówstwa. Prostota słów, jakimi kapłan mówi o Panu Bogu, którym sam żyje każdego dnia i każdej chwili – to jest największy walor kaznodziejskiego przepowiadania. Zarówno w homilii jak i w kazaniu musi być zawarta prawda, która jest fundamentem życia kaznodziei. Aby homilia spełniła swoją rolę trzeba, aby głoszący wykorzystał w niej posiadaną wiedzę teologiczną oraz swą znajomość Biblii – i w równym stopniu trzeba także, aby ukazał on swą bliską więź z Panem Bogiem. Kaznodzieja nie powinien odgrywać roli wykładowcy. Homilia to nie wykład z teologii, nawet gdyby to była teologia moralna. Podobnie, osadzenie homilii w Biblii to nie to samo, co wykład z biblistyki. Ten wykład jest ważny, ale nie można na nim poprzestać. Tak samo jak wykładowca na Wydziale Teologicznym nie powinien zamiast wykładu głosić konferencji rekolekcyjnej, tak i kaznodzieja nie może niedzielnej lub rekolekcyjnej ambony mylić z salą wykładową. A bywa, że jest tu pewne zamieszanie i mylenie pojęć.
Kaznodzieja wygłaszanym przez siebie słowem ma dawać żywe świadectwo o Panu Bogu: o Bożej mądrości, wszechmocy i nade wszystko miłości miłosiernej. Z homilii powinno w sercu słuchacza pozostać jednoznaczne przesłanie o tym, że nie wystarczy wierzyć w Boga lecz trzeba wierzyć Bogu; że każde słowo Boga jest wypowiadane do mnie osobiście, a kapłan jest posłany między innymi po to, aby mi wyjaśnić sens Bożego słowa w mojej własnej historii. Wiedza i wiara – trzeba znać i zachowywać proporcje.
Mówienie „z serca” to jednak nie to samo, co gawędzenie na różne tematy, które mi aktualnie przyjdą do głowy. Homilia musi być przemyślana i przygotowana. Znam kaznodzieję, który czasem mówi znakomicie, a czasem po prostu ględzi. Bezbłędnie można wyczuć, kiedy jest on do homilii przygotowany, a kiedy mówi bez wcześniejszego przemyślenia. W tym drugim przypadku, pomimo krasomówczych zapędów i emocjonalnego zaangażowania – zwyczajnie przynudza.
Wiele dyskusji toczy się na temat długości kazań. Generalnej krytyce poddaje się kazania „zbyt długie”. Co to jednak znaczy: zbyt długie kazanie? Dla mnie każde marne kazanie jest zbyt długie, niezależnie od tego ile czasu trwa. Kazanie dobre, skłaniające do refleksji, odkrywające nowe horyzonty, nie będzie zbyt długie nawet gdyby trwało kilkadziesiąt minut. Nie czuje się upływu czasu, gdy słucha się słów mądrych i trafiających do głębi człowieczego jestestwa. Bogu dzięki, sporo takich kazań słyszałam w życiu. Niestety pamiętam również wiele takich, podczas których spoglądałam na zegarek z nadzieją, że kaznodzieja to zauważy. Wiem, że nie było to uprzejme, ale i tak nie zostało zauważone, więc przykrości nie sprawiło i do refleksji też nie pobudziło – a szkoda.
Tak jak treść głoszonego słowa, tak i forma głoszenia jest niezmiernie ważna i ma bezpośredni wpływ na przyjęcie przekazu przez słuchaczy. Słowo Boże musi być głoszone poprawnym językiem. Nie chodzi tu o krasomówstwo, ale właśnie o poprawność gramatyczną, stylistyczną, o prawidłowe stosowanie wyrażeń – jednym słowem o dobrą znajomość języka polskiego. To chyba nie jest nadmiar wymagań?
Kolejna sprawa to dykcja. Najwspanialsza treść może zaginąć w niewyraźnym, nieporządnym wypowiadaniu słów i zdań.
I wreszcie sprawa najbardziej może delikatna. Wielu kaznodziejów, w najlepszej zapewne wierze, pisze wcześniej swoje kazania. To dobrze, warto mieć notatki, aby nie zgubić wątku, aby nie rozgadać się ponad miarę. Ale kazanie musi być mówione a nie czytane! Kazanie czytane nie jest kazaniem. Może być referatem, artykułem, esejem, poematem, refleksją poetycką, napisanym rozważaniem na dany temat. Treść takiego tekstu dotrze do świadomości słuchacza, gdy ma on możliwość przeczytać go samodzielnie. Natomiast kazanie musi być mówione, bo głoszenie – to głoszenie… Nawet jeśli mówiący ma swój tekst napisany, to oczekuję, aby tekst ten powiedział – a nie odczytał. A jeśli już kaznodzieja napisał jakąś formę literacką a nie kazanie lub homilię to niech ją przeczyta w sposób odpowiadający tej formie – ale zawsze kontaktując się wzrokiem ze słuchaczami. I taka forma nie może być normą a tylko odświętnym wyjątkiem. Nie każdy jest biskupem Zawitkowskim czy księdzem Janem Twardowskim…
Mówić, to także nawiązywać kontakt ze słuchaczami. Bez tego kazanie traci bardzo wiele. Ze słuchaczami nawiązuje się kontakt nie tylko wzrokowy, o którym już wspomniałam, ale także intelektualny i emocjonalny. Tego nie można osiągnąć odczytując ten sam tekst na wszystkich kolejnych mszach św., niezależnie od tego, kto w nich uczestniczy. Przecież na poszczególnych mszach św. są na ogół bardzo różni ludzie. Wczesne msze św. gromadzą zwykle większość osób starszych. W mszy św. południowej lub wieczornej biorą udział raczej ludzie młodsi, często stosunkowo mniej zaangażowani w życie religijne niż ci z mszy porannych. Do nich trzeba mówić inaczej, ich trzeba inaczej katechizować. Pomijam już problem homilii przeznaczonych dla młodzieży, których często po prostu nie ma. Moje doświadczenie jest takie, że na mszy św. zwanej młodzieżową kazanie jest to samo, co na wszystkich pozostałych. Młodzieżowy charakter mszy św. ma tu wynikać tylko z faktu, że grupa młodych jest aktywna w liturgii (śpiew, czytania). Może to dobrze – pod warunkiem, że od czasu do czasu będzie jednak msza św. naprawdę od początku do końca dla młodzieży, także z homilią dla niej przeznaczoną. Obawiam się, że nie wszystkie parafie prowadzą porządne duszpasterstwo młodzieży. Ale to odrębny problem, znacznie szerszy niż tylko temat kazań.
Na koniec jeszcze kilka uwag dotyczących nauk rekolekcyjnych. Pomijam rekolekcje głoszone z modną niegdyś manierą grożenia piekłem, podawania budujących lub przerażających przykładów – a niestety takich jest jeszcze wiele. Ale to już świadczy o proboszczu, który tego typu rekolekcjonistów zaprasza. Nie będę się nimi zajmować. Powiem natomiast, że od rekolekcji oczekuję bardzo wiele. Rekolekcje to czas nawracania się, szczególnego zastanowienia nad swoim życiem. Rekolekcjonista ma mi w tym pomóc. Tutaj oczekuję innego głoszenia niż podczas homilii. Chcę, aby to był program dla mnie – zaproponowany przez kaznodzieję. Jeśli wybieram rekolekcje parafialne, to muszę się liczyć z tym, że jest to program „ogólnodostępny” lub może raczej „ogólnoprzyswajalny”. Jeśli jednak wybieram rekolekcje środowiskowe, to chcę usłyszeć program dla tegoż środowiska. Czuję się oszukana, gdy jako nauczycielka wybieram rekolekcje dla pedagogów, a kaznodzieja powtarza konferencje, które wcześniej głosił pod hasłem „dla inteligencji” lub „dla środowisk twórczych”. Wielokrotnie uczestniczyłam w rekolekcjach organizowanych dla mojego środowiska zawodowego, podczas których problemy tego środowiska nie zostały dotknięte nawet jednym słowem. Powiem szczerze, że żałowałam czasu poświęconego na dojazd z odległego krańca miasta na te całkowicie ogólne nauki rekolekcyjne.
Mam świadomość, że bardzo wiele wymagam od kaznodziejów – ale czy za wiele? Jednocześnie wydaje mi się, że wcale nie wyczerpałam tematu. Wiem, że głoszenie słowa Bożego jest jednym z najtrudniejszych zadań kapłańskich. I właśnie dlatego napisałam ten tekst. Tego, co budzi moje uznanie w kaznodziejskim posługiwaniu, doświadczyłam wielokrotnie i dlatego mogłam o tym napisać. Tego co mi przeszkadza lub czego mi brakuje, też doświadczyłam, więc napisałam szczerze, dla większego dobra.
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






