lipiec/sierpień 2010 » FORUM HOMILETYCZNE »

Jak być dziś świadkiem Miłości?

Drukuj

Gdy przyjechałem do Polski, poznałem ruch Solidarność i jej braterskiego ducha, którym była zachwycona cała Europa, cały świat. A gdzie jesteśmy teraz, dzisiaj? Jesteśmy bardzo daleko. Odeszliśmy od tamtego braterstwa. Jesteśmy bardzo podzieleni. Czy możemy powiedzieć, że jesteśmy otwarci na ludzi, czy chcemy patrzeć na nich, aby ich rozumieć? Ludzie tego potrzebują. Słynny filozof Jacques Maritain, wielki przyjaciel Stefana Świeżawskiego, też pisał na ten temat. Czego ludzie oczekują, czego potrzebują? Jeśli głodują, to trzeba ich nakarmić, jeśli chorują, trzeba ich leczyć. A więc potrzebują dużo, bardzo dużo. Jednak przede wszystkim potrzebują, by istnieć, by być kimś, być normalnym człowiekiem i mieć poczucie, że drugi człowiek patrzy na nich, że ośmiela się patrzeć na nich, że nie ucieka przed nimi, bo nie są interesujący, bo po prostu są biedakami i nie wyglądają ładnie.

Moris Maurin jest małym bratem Jezusa ze wspólnoty założonej przez bł. Karola de Foucauld. Od wielu lat mieszka i pracuje w Polsce. Poniższy artykuł jest zapisem wystąpienia wygłoszonego podczas IV Sympozjum Życia Konsekrowanego w Poznaniu (1 lutego 2010).
 
 
Z pochodzenia jestem Francuzem. Dawno temu przypadkiem trafiłem do Polski. Oficjalnie byłem wychowawcą dla niewidomych związanym z miejscowością Laski. To mi pozwalało na zdobycie wizy bez problemu. W końcu zostałem tutaj i stałem się Polakiem. I teraz jestem u siebie. Jest mi tu bardzo dobrze. Nie uczyłem się polskiego, nie skończyłem żadnego kursu języka polskiego, tylko kupiłem podręcznik i starałem się rozmawiać z sąsiadami, bo zawsze lubiłem zawiązywać więzi z ludźmi. To jest moja bieda. Bracia mi powiedzieli: „jesteś za stary, to zbyt skomplikowany język dla ciebie”. A ja dalej mówię po swojemu. Więc przepraszam za mój akcent. I za moje błędy językowe.
 
 
Wśród ludzi
 
Temat „Bądźmy świadkami Miłości” jest dla mnie podstawowy. W naszych czasach, w Polsce, jest teraz sprawą konieczną, by poważnie się nad nim zastanowić. Gdzie jesteśmy i w którą stronę powinniśmy teraz pójść?
Jestem małym bratem Jezusa, a to znaczy, że noszę habit tylko w czasie modlitwy w kaplicy. Na co dzień jesteśmy ubrani jak wszyscy inni ludzie. Kościół nas uznaje jako kontemplatyków żyjących w świecie. Jest to zdumiewające, bo pierwszy raz od dwóch tysięcy lat Kościół uznaje nas za zakonników o powołaniu kontemplacyjnym, którzy żyją zupełnie inaczej niż w zakonie kontemplacyjnym. To znaczy, że my nie nosimy habitów, żyjemy normalnie, jak prości ludzie. Nie żyjemy w dużych klasztorach, ale wśród ludzi, w starych kamienicach, w różnych miejscach na świecie, wszędzie tam, gdzie to możliwe. Oczywiście inaczej jest wśród Indian, inaczej wśród Arabów na Saharze, gdzie też mieszkałem. Zawsze jednak wśród ludzi, w małym, skromnym mieszkaniu – na wzór Bożej rodziny. Wzorem jest Nazaret. Karol de Foucauld powtarzał: „We wszystkim jak Jezus Nazarejczyk”. Zamiast pracy w klasztorze, w ciszy, która pozwala trwać w jedności z Jezusem, zwyczajna praca w fabryce, w hucie. Są bracia w Warszawie, którzy pracują w Hucie Warszawa, inni – na budowie, wszędzie, gdzie to jest możliwe. Tak jak prości ludzie, mamy starać się żyć z tego, co zarabiamy przez pracę, jak najprostsi ludzie. Zamiast pięknej i dobrze zaśpiewanej liturgii, mamy dużo czasu na adorację w ciszy. Co miesiąc spędzamy dwa, trzy dni w pustelni, sam na sam z Jezusem. Mała pustelnia, by samemu trwać z Jezusem. I rzeczywiście to jest kontemplacja. Ale kontemplacja na drogach ludzkich, wśród ludzi, przeżywając wszystko z nimi.
 
 
Żyć jak Jezus
 
Karol de Foucauld (są tu chyba tacy, którzy czytali jego życiorys), Francuz, urodził się w połowie XIX wieku. Należał do arystokracji, był bardzo bogaty. Wcześnie stracił swoich rodziców. To go bardzo dotknęło i szybko zaczął tracić wiarę, przekonany, że nie ma Boga. Był trochę leniwy, zbuntowany. Cała rodzina martwiła się o niego. Z trudem ukończył szkołę oficerską. Miał problemy, aby znaleźć się w gronie 70 osób, które miały być przyjęte do wojska. Został wysłany jako oficer do Algierii, ale już trzy miesiące później armia go wyrzuciła, bo wszystkich gorszył swoim zachowaniem. W tym czasie wybuchła wojna w Algierii, na Saharze. Karol de Foucauld, choć wcześniej został wyrzucony z armii, poprosił o możliwość uczestniczenia w wojnie, nawet jako prosty żołnierz. Został przyjęty jako oficer i przez 6 miesięcy żył na pustyni. Właśnie wtedy po raz pierwszy poznał surowe życie. Cały czas przebywał wśród Arabów. Najbardziej go poruszyło to, że żołnierze arabscy każdego dnia, pięć razy dziennie przerywali wszystko, aby w pokłonie, z twarzą na piasku adorować Boga. On na to patrzył. Początkowo był tylko zdumiony, ale powoli rodziło się w nim pytanie: czy Bóg istnieje? Był przekonany, że nie.
Po wojnie zaczął uczyć się najpierw języka arabskiego, później hebrajskiego. Wrócił do Paryża i szukał swojej drogi. Czytał Koran. Tu jednak nie znalazł Boga. Więc zaczął czytać Pismo Święte. Przede wszystkim Ewangelie. Był poruszony, ale to nie dało mu jeszcze wiary.
Pewnego dnia o godzinie siódmej rano trafił do jakiegoś księdza, który był znany ze swej mądrości, i prosił go o radę. Powiedział, że uczył się hebrajskiego i arabskiego. Myślał, że może teraz „nauczy się” chrześcijaństwa. Napotkany spowiednik zaproponował, aby najpierw się wyspowiadał. Karol nie chciał. – Nie mam wiary – mówił. – I nie przyszedłem, aby się spowiadać. – Spowiadaj się – nalegał ksiądz. W końcu jednak uległ. Po spowiedzi ksiądz wysłał go na mszę świętą, aby przyjął Komunię. Tak też się stało. Od tej chwili Karol de Foucauld był przekonany, że spotkał Jezusa z Nazaretu. Powiedział też wtedy, że nie ma teraz innego wyjścia, jak żyć z Jezusem, dla Jezusa i jak Jezus. (Na marginesie mogę powiedzieć o sobie, że też jestem człowiekiem nawróconym). Przez trzy lata Karol zastanawiał się, jak powinien żyć, by żyć jak Jezus z Nazaretu? Odkrył, że Jezus wybrał ostatnie miejsce. Jak zatem on może wybrać ostatnie miejsce, by trwać z Jezusem? Ostatecznie wstąpił do Trapistów w Syrii, ponieważ doszedł do przekonania, że to będzie życie w ubóstwie, skrajnym ubóstwie. Z czasem uznał jednak, że nie tego szukał. Mówił: „Jesteśmy biedni, ale biedni jak zakonnicy, jak św. Franciszek, a nie biedni jak Jezus z Nazaretu”. Chciał więc iść dalej. Wraz ze swoim opatem generalnym uznali, że potrzebuje wolności, aby mógł żyć według swojego powołania. Wtedy to Karol rozpoczął tworzyć nową regułę życia. Wielu mówiło, że nie da się żyć w ten sposób, że to szalony pomysł. Jeśli chce, niech żyje sam według tej reguły, ale niech nie narzuca jej innym.
Żył w Nazarecie przez trzy lata. Liczył tylko na Jezusa. Trwał na adoracji w dzień i w noc. Starał się tak kochać Jezusa, aby Go jak najlepiej rozumieć, i w ten sposób poznać, jak Jezus kocha człowieka. Jeśli Jezus tak kocha człowieka, to on też musi w ten sposób kochać człowieka – kochać człowieka za względu na Jezusa. Tylko Jezus może kochać całkowicie. Został księdzem, wrócił na Saharę i ze zdumieniem odkrył niewolnictwo. Tam żyli niewolnicy, którzy jako dzieci zostali uprowadzeni z różnych części Afryki. Arabowie przywieźli ich wielbłądami na Saharę i tam zmuszali do ciężkiej pracy.
Poznałem tę sytuację, bo sam mieszkałem na Saharze. Mogę potwierdzić, że tak rzeczywiście było. Okrutne warunki. Jeśli na przykład jakiś niewolnik uciekł i został złapany przez właściciela, to zrywał mu tuż za kolanem część nerwów, aby ten człowiek nie mógł już nigdy biegać, aby każdy krok powodował cierpienie i nie mógł już nigdy uciec.
 
 
Kochać jak Jezus
 
Niewolnicy ci przyszli do Karola. On ich przyjął, karmił, leczył i rozmawiał z nimi. Był bardzo wzruszony i pragnął być ich bratem – bratem Arabów, Żydów. Dla niego to był tak wielki krok do przodu, że przestał mówić, że pragnie kochać ludzi ze względu na Jezusa. Kochał ludzi ze względu na nich samych. Poznał ich teraz, wiedział, jak mają na imię, jak kiedyś cierpieli, jak teraz cierpią, jakie są ich warunki życia. Pragnął trwać przy nich i gotów był przerwać adorację, aby być z nimi. Mówił im, że będzie miał później całą noc, aby adorować.
Kiedy Karol de Foucauld dowiedział się, że dwa tysiące kilometrów dalej na południe (też na Saharze) żyje plemię Tuaregów, które czuje się zagrożone, zapragnął tam pojechać, aby poznać tych ludzi. Mówili całkiem innym językiem, ale ktoś pomógł mu porozumieć się z nimi. Zaproponowano mu, aby pojechał tam z karawaną wielbłądów. Wybrał osła, który niósł jego rzeczy potrzebne do odprawiania codziennie mszy świętej, trochę mąki i daktyle do jedzenia. Spotkał przywódcę plemienia Tuaregów i zdecydował się pozostać wśród nich. Wybrał miejsce, gdzie było tylko około 20 najbiedniejszych rodzin, zamieszkał tam, żył z tymi ludźmi. Dawał im to, co miał, aby powoli nawiązać z nimi kontakt. Mieszkał w skrajnej nędzy, w chacie zbudowanej z cegły i ziemi. Przez trzy lata nie padał deszcz. Zwierzęta zaczęły umierać. Później umierały również dzieci. Karol dał tym dzieciom wszystko, co miał. I wtedy zaczął myśleć, że teraz umrze. Nie mógł nawet wstać ani chodzić, więc tylko leżał. W pewnym momencie napisał: „Jezu, Maryjo, Józefie – oddaję Wam moje życie”, i stracił przytomność. Odzyskał ją wśród ludzi, którzy mieli do niego wielki dystans. Różnił się od nich, był dla niech trochę dziwny. Był biały, oni natomiast mieli ciemniejszą karnację. Nie mówił dobrze w ich języku. Gdy stracił przytomność, właśnie ci ludzie zbliżyli się do niego i zaczęli go nosić na rękach i karmić. Poszli nawet pieszo 30 km w góry, gdzie były jeszcze kozy, które miały trochę mleka. To mleko, tak niezbędne dla dzieci, przeznaczyli na pokarm dla niego. Po kilku dniach zaczął mówić, reagować. Patrzył i ze zdumieniem odkrywał, że ci ludzie – najbiedniejsi, mieszkający na odludziu, daleko od innych miast (najbliższe miasteczko mieściło się w odległości ok. 1100 kilometrów na północ) – wszystko oddali, aby go utrzymać przy życiu. Czuwali w dzień i w nocy, aby mu pomagać i nosić go na ramionach, karmić resztą mleka. W ten sposób Karol de Foucauld odkrywał, co to znaczy być przyjacielem, być bratem. Zrozumiał, że nie chodzi wcale o to, aby być dobrym dla innych, pomagać innym. To jest wspaniałe, ale to nie wystarczy. Trzeba znaleźć się w sytuacji, w której to my będziemy potrzebować innych, w której to my właśnie będziemy bardzo biedni. Odkrywał – on, który tak kochał Jezusa – że to było właśnie to, czym żył Jezus – Jezus z nami. Jezus, który stał się jednym z nas, wziął na siebie wszystko, co do nas należy: nasze człowieczeństwo, nasze słabości, nasze choroby – wszystko. Jezus, który na krzyż wziął nasze winy, nasze grzechy. Ten Jezus daje nam wszystko, co należy do Niego: życie Boga, Ducha Świętego, miłość Ojca. W ten sposób stajemy się nie tylko przyjaciółmi Jezusa – tak Jezus mówił do swoich uczniów – ale też Jego braćmi.
 
 
Godność dziecka Bożego
 
Jezus jest naszym bratem. Możemy to lepiej zrozumieć podczas chrztu Jezusa w Jordanie. Jezus chciał być ochrzczony. Jan Chrzciciel miał rację, mówiąc, że Jezus nie potrzebował chrztu, ponieważ jest Synem Bożym. Jezus jednak bardzo tego pragnął. Dlaczego? Bo jest naszym bratem. Wszyscy – mężczyźni i kobiety – którzy przychodzili do Jana Chrzciciela, wchodzili do wody, w wodzie wyznawali grzechy, a on modlił się nad nimi, i dopiero potem wychodzili z wody. Ewangelista Mateusz pisze, że Jezus natychmiast wyszedł z wody. On nie musiał w niej zostawać, bo nie miał grzechów, które musiałby wyznać, ale ze względu na nas chciał być ochrzczony. Wtedy stało się coś wspaniałego. Duch Święty objawił się w postaci gołębicy i rozległ się głos Ojca: „Ty jesteś moim Synem umiłowanym, w którym mam upodobanie”. Można te słowa przetłumaczyć też inaczej: „w którym jest cała moja miłość”. To właśnie jest dla nas bardzo ważne – czy wręcz najważniejsze – by każdy z nas był ochrzczony.
Muszę jednak powiedzieć, że niestety czuję się czasami sfrustrowany podczas liturgii chrztu, która jest sprawowana bardzo szybko, a przecież wtedy powtarza się to samo, co nad Jordanem podczas chrztu Jezusa: Duch Święty przychodzi do tego małego dziecka, które staje się synem Bożym, dzieckiem Bożym. Powtarza się to samo, co podczas chrztu Jezusa, a my jesteśmy głusi, bo nie słyszymy, jak Ojciec powtarza: „Ty jesteś moim dzieckiem umiłowanym”, a Jego miłość jest dana każdemu do końca życia. Człowiek może grzeszyć, może oddalać się od Boga, może gorszyć innych, może wpaść w alkoholizm, ale nawet gdy wszyscy ludzie odwrócą się od niego, godność dziecka Bożego, godność syna Bożego nie zostaje mu zabrana do końca jego życia.
 
 
Jezus napełniony miłością Ojca
 
Przez 10 lat mieszkałem w Warszawie przy ulicy Brzeskiej, w środowisku bardzo trudnym – ludzie boją się chodzić tą ulicą. Tam panuje ogromna nędza. Moi bracia chodzili do pracy, a ja zostawałem w domu, chodziłem po zakupy, gotowałem i miałem kontakt z ludźmi. Zaprzyjaźniałem się na podwórku, na ulicy, z ludźmi, którzy nie pracowali. Oni rzeczywiście źle wyglądają, można nawet ich się wystraszyć. Na początku patrzyłem na nich w ten sposób, że nie widziałem w nich godności człowieka. Później powoli zacząłem odkrywać – i to oni mi pokazywali – że Jezus jest między nami, że muszę się nawrócić, aby zobaczyć w nich tę ludzką godność, której posiadania nawet oni sami nie są świadomi. Jestem przekonany, że nie można gardzić człowiekiem, dlatego że źle wygląda, że jest paskudny, bo każdy człowiek jest dzieckiem Bożym.
Po chrzcie w Jordanie Jezus napełniony miłością Ojca poszedł na pustynię. To wydarzenie jest bardzo ważne dla nas wszystkich. Poszedł na pustynie, gdzie – jak jest napisane – pościł przez 40 dni i był kuszony przez diabła. Oczywiście Jezus nie poszedł na pustynię, aby pościć. Poszedł na pustynię, bo miał serce wypełnione miłością Ojca. Poszedł tam, aby trwać sam na sam z Ojcem, aby trwać twarzą w twarz z Ojcem – wtedy jedzenie nie jest najważniejsze. Gdy tak trwał na pustyni, sam na sam z Ojcem, pełen Ducha Świętego, zbliżył się do Niego szatan, który wiedział, że Jezus przygotowuje się do swojej misji. Rozpoczęło się kuszenie. Jezus oddalał wszystkie pokusy za pomocą Pisma Świętego, a ściślej, za pomocą słowa Bożego. Można powiedzieć, że szatan próbował wielu różnych sposobów. Jezus miał głosić dobrą nowinę. Co to jest ta dobra nowina? To jest właśnie „Bóg z nami”, Bóg, który nas kocha. A więc miłość to jest dobra nowina – miłość Ojca i dowód tej miłości, czyli Jezus, Syn Boży – Bóg z nami, Bóg, który nam daje swojego Syna. Jak głosić tę dobrą nowinę? Szatan proponuje Jezusowi, żeby skoczył z wysokiego dachu świątyni w Jerozolimie. W Piśmie Świętym jest przecież napisane, że aniołowie będą nosić Mesjasza na rękach. Jeśli Jezus to uczyni, to cały Izrael będzie przekonany, że to On jest Mesjaszem. Jezus odmawia szatanowi, odrzuca Jego propozycję i wraca z pustyni, wraca do ludzi jak prosty człowiek, który ma puste ręce, ale serce wypełnione miłością do Ojca i do nas, do każdego człowieka. Jezus, który był kuszony, rozpoczyna realizację swojej misji, zaczyna mówić, zaczyna uzdrawiać.
 
 
Wszyscy jesteśmy kuszeni
 
Ważne jest, aby pamiętać, że Jezus był kuszony. Kościół też jest kuszony. Przepraszam, może powinienem powiedzieć, że ludzie Kościoła są kuszeni. Czasami mogą się zastanawiać, czy nie warto by było zbudować jeszcze jednej wspaniałej bazyliki. Pełnej złota i marmurów, z wielkimi kolumnami. Ludzie będą zaskoczeni, będą przybywać autokarami, procesjami i będzie „super”. Ale wiemy przecież, mamy takie doświadczenie, że to nie wystarczy, aby nawrócić ludzi. Ludzie już nawróceni, którzy lubią takie rzeczy (jak kolejna nowa bazylika), potrafią je wykorzystać. Ale inni, którzy są daleko albo z boku, będą takie pomysły krytykować, i efekt naszych działań i wysiłków będzie odwrotny. Będą mówić: „zobaczcie, tyle marmurów, tyle złota! Skąd oni mają tyle pieniędzy?”. To się obraca przeciwko nam, przeciwko Kościołowi.
Byłem zaprzyjaźniony z profesorem Stefanem Świeżawskim. On lubił powtarzać, że kiedy cesarz Konstantyn się nawrócił, szatan wlał truciznę do kielicha Kościoła. Dopóki Kościół był prześladowany, ludzie się nawracali. Odkąd Kościół poszedł w kierunku zdobywania władzy, a religia stała się religią państwową, Kościół zaczął gromadzić bogactwa i zdobywać zaszczyty. Wszystko przestało być już tak czyste, jak było wcześniej. To było już coś innego. Wiemy, że przez kilka dobrych wieków papieże budowli w Rzymie ogromną bazylikę i wielkie pałace, zatrudniając najlepszych artystów. Ich dzieła były wspaniałe, niesamowicie piękne. To nas jednak drogo kosztowało, bo – w pewien sposób – to nam dało protestantyzm. Potrzeba było sporo pieniędzy na wybudowanie tych wspaniałych bazylik. Znaleźli się tacy, którzy wymyślili, że papież może w tym celu dać odpust zupełny. Tak rzeczywiście było. Aż trudno dzisiaj w to uwierzyć! To było okropne!
Kiedy byłem pierwszy raz w Watykanie (dawno temu, byłem z dwoma innymi braćmi, byliśmy po nowicjacie), poznałem pewnego seniora, który oprowadził nas po Watykanie. Najpierw oglądaliśmy Kaplicę Sykstyńską, wszystkie te wspaniałe dzieła Rafaela i innych najlepszych malarzy, rzeźbiarzy, artystów. To wszystko było super! Później ten przewodnik zaprowadził nas wysoko, na jakiś balkon, żebyśmy mieli widok na cały Rzym, i zrobił się bardzo smutny. Pamiętam, jak powiedział: – W tych wszystkich dzielnicach, które widzimy, które nas otaczają, ludzie niestety nas nie lubią i głosują systematycznie na komunistów. Powodem tego było właśnie całe to bogactwo. My też jesteśmy kuszeni, każdy z nas jest kuszony. To nadal trwa.
 
 
Patrzeć na każdego jak Jezus
 
W Ewangelii jest napisane, że pewnego razu po całonocnej modlitwie Jezus wrócił do uczniów, których nazywał przyjaciółmi, i zobaczył tłum ludzi czekających na niego. Tu każde słowo jest bardzo ważne. W Ewangelii wiele razy jest napisane, że Jezus patrzył. Spojrzenie Jezusa. Jak On umiał patrzeć na ludzi. On patrzył i znał tych ludzi. To był Jego lud. Wiedział bardzo dobrze, czego oczekują od Niego. Wiedział, że są głodni, że ktoś choruje, że chcą, aby On na nich spojrzał, bo tylko On ich zrozumie. Oni czuli, że ten człowiek ich rozumie. On patrzył na nich i właśnie wtedy zaczął mówić: „Błogosławieni ubodzy (…), ci, którzy płaczą (…), czystego serca (…), ci, którzy są prześladowani”. Możemy się zastanawiać, czy Jezus wiedział, co mówi? Bo jak można było przed tymi ludźmi, tak zmęczonymi, tak potrzebującymi, mówić: „jesteście błogosławieni, bo jesteście głodni, biedni, zmęczeni”. Czy siostry Albertynki mówią do ludzi, którzy stoją w kolejce, że są błogosławieni, bo są głodni, bo nic nie mają? Tylko Jezus mógł tak mówić, bo On wiedział, że jest jednym z nich, że do nich należy i dlatego oni są szczęśliwi. Są kochani, bo Bóg ich kocha! Bóg, który w Jezusie jest biedny, był biedny i do śmierci będzie biedny i ubogi. To On płakał, On był prześladowany, odrzucony, potępiony. On też ich rozumie. On daje sens ich życiu. Dlatego tak ważne jest czytanie Ewangelii – czytanie jej tak, jak się czyta list od ukochanego przyjaciela, list który jest pisany do nas osobiście. Taki list przechowujemy, wracamy często do niego, od czasu do czasu czytamy na nowo i odkrywamy jakiś akcent, jakieś słowa, których nigdy wcześniej nie zauważyliśmy. Jako stary zakonnik staram się tak czytać Ewangelię i zdarza się, że jestem bardzo wzruszony. Tyle razy czytałem to samo i nie rozumiałem, że coś dotyka mojego serca. To jest Jezus, który mówi do mnie w ten sposób i nadaje sens mojemu życiu.
Czytając Ewangelię, poznajemy, jak Jezus kochał ubogich. Nie potępiał jednak bogatych, miał nawet bogatych przyjaciół: Szymona, faryzeuszów, rodzinę Marty, Marii i Łazarza, którzy mieli możliwość zapraszania do swojego domu wielu ludzi, faryzeuszów, więc z pewnością byli zamożni. Jezus lubił być z ludźmi i spotykał się również z bogatymi, gdy go zapraszali. Nie krył jednak, że sam był biedny, ubogi, i uświadamiał bogatym, że mogą mieć dużo trudności, by otworzyć swoje serce i podzielić z innymi, a tym samym wejść do królestwa Bożego.
 
 
Ubóstwo i braterstwo
 
Te dwa aspekty są ze sobą powiązane w osobie Jezusa: ubóstwo i prostota z jednej strony, a z drugiej braterstwo z ludźmi. Widać, że Jezus jest naszym bratem. Tego właśnie doświadczył Karol de Foucauld: braterstwo to dzielić się z innymi. Wszyscy znamy początki Kościoła opisane w Dziejach Apostolskich. W pierwszych wspólnotach uczniów wszystko było wspólne, nikt nie mówił, że coś należy do niego. Niestety szybko się to skończyło i pojawiały się coraz większe problemy. Tak jest i dzisiaj, gdy powstaje jakaś nowa wspólnota. Myśli się o tym, że będzie wspólnota braterska, że wszystko będzie wspólne. Z czasem jednak mogą pojawić się problemy. My w naszej wspólnocie też tak staramy się żyć.
Być świadkami miłości wśród ludzi, świadkami miłości Boga, to jest podstawowy temat. To była właściwie misja Jezusa. Rzadko, bo chyba tylko dwa razy Jezus mówił wprost o Kościele, ale często, bardzo często mówił o królestwie Bożym! Co to jest królestwo Boże? Przepraszam, że to mówię, ale kiedy chodzę na mszę świętą i słucham homilii, często słyszę, że dużo mówi się o Kościele, ale nigdy nie słyszałem, żeby ktoś mówił o królestwie Bożym. Możemy się zastanawiać, na czym konkretnie polega to królestwo Boże? Odpowiedź znalazłem u Romana Brandstaettera, który pisze, że królestwo Boże jest po prostu osobą Jezusa. Królestwo Boże to jest Bóg z nami, to osoba Jezusa. Byłem zdumiony, kiedy przeczytałem Jezusa z Nazaretu Benedykta XVI, biskupa Rzymu, który pisze dokładnie to samo – że królestwo Boże to jest osoba Jezusa. Byłem bardzo szczęśliwy z powodu tego odkrycia! Dlatego też mogę powiedzieć, że ci, którzy żyją wartościami Nazaretu, tymi wartościami, które głosił Jezus, zbliżają się do Niego i królestwa Bożego. Kiedy człowiek żyje tymi wartościami, kiedy ma kontakt z innymi, żyje we wspólnocie, w pracy, na ulicy, kiedy stara się być bardziej braterskim, otwartym, kiedy akceptuje bardzo proste czy wręcz złe warunki życia, to taki człowiek zbliża się do królestwa Bożego. Możemy nawet powiedzieć, że należy do królestwa Bożego, i jest jak drzewo, które rośnie i jest tak duże, że wszystkie ptaki potrafią znaleźć na nim miejsce dla siebie. To jest zadanie dla nas, to jest nasz podstawowy problem. Gdy przyjechałem do Polski, poznałem ruch Solidarność i jej braterskiego ducha, którym była zachwycona cała Europa, cały świat. A gdzie jesteśmy teraz, dzisiaj? Jesteśmy bardzo daleko. Odeszliśmy od tamtego braterstwa. Jesteśmy bardzo podzieleni. Czy możemy powiedzieć, że jesteśmy otwarci na ludzi, czy chcemy patrzeć na nich, aby ich rozumieć? Ludzie tego potrzebują. Słynny filozof Jacques Maritain, wielki przyjaciel Stefana Świeżawskiego, też pisał na ten temat. Czego ludzie oczekują, czego potrzebują? Jeśli głodują, to trzeba ich nakarmić, jeśli chorują, trzeba ich leczyć. A więc potrzebują dużo, bardzo dużo. Jednak przede wszystkim potrzebują, by istnieć, by być kimś, być normalnym człowiekiem i mieć poczucie, że drugi człowiek patrzy na nich, że ośmiela się patrzeć na nich, że nie ucieka przed nimi, bo nie są interesujący, bo po prostu są biedakami i nie wyglądają ładnie.
 
 
Co pan robi w kurii?
 
Nikogo nie oskarżałem i w tym wszystkim ta postawa mi pomogła. Dwa razy zostałem wyrzucony z kurii biskupiej w Warszawie na Pradze i jeszcze z innego miejsca, po drugiej stronie Wisły. Byłem bardzo bliski księdzu biskupowi Romaniukowi, odwiedzałem go, nie umawiając się z nim wcześniej. Chodziłem do niego, kiedy czegoś potrzebowałem albo tylko po to, żeby porozmawiać. Przyjmował ludzi, nie pamiętam dobrze, od 9 lub 10 godziny. Pewnego razu przyszedłem do niego. Wszedłem do biura, które mieściło się przed biurem biskupa, siedziało tam dwóch księży. Ja byłem ubrany w moje stare dżinsy, a buty też nie wyglądały dobrze. Nie wyglądałem najlepiej, bo w tym stroju sprzątałem, chodziłem na zakupy, kiedy mieszkałem na Brzeskiej. Ale nie myślałem o tym, tylko siedziałem i czekałem. Przyszła siostra sekretarka i zapytała: – Co pan tu robi? – Czekam na księdza biskupa. – Proszę pana, to nie jest poczekalnia, proszę czekać na zewnątrz. – Dobrze – odpowiedziałem i wyszedłem. I myślałem, że mam być Małym Bratem i kochać też tę siostrę. Zjawił się ksiądz biskup i zapytał: – Moris, co Ty robisz? – Czekam – powiedziałem, a on nic nie odpowiedział. Siostra była bardzo zaskoczona. U prymasa było podobnie. Chciałem, by podpisał jakiś papier. W pokoju czekali jacyś księża. Pomyślałem, że też mam prawo czekać – nie znałem zasad, które tam obowiązywały. Siostra znowu zapytała: – Co pan tu robi? – Czekam na księdza biskupa, mam papiery do podpisania… – To nie jest miejsce na czekanie. – Ale na zewnątrz są tylko schody. – To proszę czekać na schodach. Dobrze, mogłem czekać na schodach, bez problemu. Ale doświadczyłem osobiście, jak ludzie konsekrowani traktują biednych ludzi, jak biedni ludzie mogą być ranieni. Zauważmy, że takie traktowanie innych się powtarza. Nie wiem dokładnie na czym może polegać kryzys w Kościele, ale może właśnie w ten sposób zaczyna się kryzys w Polsce? Mogę powiedzieć, że nasi bracia nie spotkali się podczas pracy z takim antyklerykalizmem, także wśród ludzi, którzy chodzą do kościoła – nawet oni Kościół krytykują. Stawiają dwa zarzuty. Pierwszy zarzut to bogactwo. Od momentu upadku komunizmu plebanie są bogate, ale jednocześnie brakuje braterstwa. Widzi się wielkie różnice między poziomem życia księży i reszty ludzi. Pytają mnie na przykład, jak to możliwe, że młody ksiądz zaraz po święceniach może mieć swoje meble, nowoczesne sprzęty, samochód – wszystko. A my? Ile lat musimy pracować, by zarobić choćby na skromne mieszkanie, na sprzęty, na samochód? Dlaczego jest taka niesprawiedliwość? Dlaczego ludzie Kościoła żyją w lepszych warunkach niż inni? Myślę, że to jest podstawowy problem, który musimy rozwiązać w Kościele.
 
 
Czy Kościół bogaty może być wiarygodny?
 
Powiem jeszcze o dwóch sprawach. Często zadawano mi pytanie o aktualną sytuację we Francji w kontekście kryzysu oraz tego, że tak mało ludzi chodzi do kościoła. Wszystko to prawda. Byłem we Francji w czasie, kiedy wybuchł kryzys. To było po soborze, skończyłem wówczas studia, mieszkałem w Maroko. Kiedy wróciłem do Francji, byłem zaskoczony. Jedna trzecia księży nie tylko zrzuciła sutanny, ale odeszła od kapłaństwa. Uznali, że jednak nie czują powołania. Podobna sytuacja była z siostrami. Kiedy studiowałem u Dominikanów w Tuluzie, było 180 studentów różnych zgromadzeń. Później zamknęli to studium, gdyż nie było chętnych. To trwało długo, biskupi byli zagubieni, bo szli do pustych kościołów, nie było powołań, nie mieli do kogo mówić, nie mogli nic zrobić. To trwało ponad 20 lat. Ale powoli, powoli, ludzie zauważali, że zaczynają gromadzić się nowe wspólnoty. Często nie było wśród nich księży. Zbierali się sąsiedzi, ludzie, którzy się znali, aby razem się modlić; mieli ikony, krzyż, zapalali świece i modlili się do Ducha Świętego o wiarę itd. I tak powstał nowy Kościół. Aktualnie Kościół jest biedny, nie ma też dużo powołań, szczególnie na wsi. W dużych miastach księża są biedni. Sobór pomógł im zrozumieć, że Kościół nie może być tylko Kościołem ubogich, ale że Kościół, jeśli chce żyć jak Jezus z Nazaretu, musi sam też być Kościołem ubogim. Tylko wtedy Kościół jest wiarygodny, jeśli głosi to, czym żyje. Jeśli nie jest wiarygodny, żyje czymś innym. Wiem na pewno, że księża we Francji, w Belgii żyją ubogo. Pod koniec miesiąca każdy ksiądz daje biskupowi wszystko, co należy do niego, wszystko, co dostał podczas mszy. Biskup dzieli to między wszystkich księży z diecezji. Każdy z nich otrzymuje w zasadzie najniższą pensję robotnika we Francji. I zdumiewające jest dla mnie najbardziej to, że księża są dzięki temu bardzo szczęśliwi. I nikt nie ma ochoty wracać do czasów, gdy byli bogaci i mieli władzę, gdy wszyscy ich słuchali, ale jednocześnie ludzie mieli do niech dystans, panował antyklerykalizm. We Francji istniała przecież tradycja antyklerykalizmu od czasów rewolucji. Teraz raczej nie ma antyklerykalizmu we Francji, jest dużo ludzi obojętnych względem Kościoła, ale nie ma antyklerykalizmu, nikt nie krytykuje księży. Jest wręcz przeciwnie – sytuacja sprzyja tworzeniu wspólnot braterskich. A księża, ponieważ są biedni, nie potrzebują kogoś, kto by pomagał, gotował i utrzymywał plebanię – bo one są skromne, bardzo skromne. Księża są otoczeni ludźmi, którzy im pomagają. I to tworzy wspólnotę parafialną. Polacy, których znam i którzy mówią po francusku i uczestniczą we mszy we Francji, są zaskoczeni różnicą. Mówią, że tam czuć, iż ludzie są szczęśliwi. Są zaskoczeni też tym, że ludzie modlą się razem, że zostają po mszy, aby rozmawiać ze sobą, że ksiądz nie wraca do zakrystii zaraz po skończeniu mszy, ale zostawia ornat i wychodzi na ulicę, by rozmawiać z ludźmi, by ściskać ich dłonie. Widziałem kardynała, który robił to samo. Byłem z młodym bratem z Polski, który był zaskoczony, że kardynał stoi przed kościołem – to był kościół jezuitów – i rozmawia ze wszystkimi ludźmi, ściska dłonie itd. To jest Kościół braterski i o taki Kościół chodzi.
 
 
Miłość czyni nas wiarygodnymi
 
Druga rzecz: chciałem zacytować słynnego pisarza – mam na myśli Benedykta XVI – kiedyś kardynała Ratzingera. Kiedy był arcybiskupem Monachium i kardynałem, napisał różne książki. Jedna z książek nosi tytuł Bóg Jezusa Chrystusa. Jest tam napisane, że nasz Pan i nasz brat – Jezus przez 18 lat pracował na życie w Nazarecie, jak prosty człowiek. Kardynał Ratzinger przypomniał też w tej książce, że to właśnie Karol de Foucauld przez adorację dzień i noc, przez medytację i przez poszukiwanie ostatniego miejsca, ale też przez pracę oddał najlepiej rzeczywistość Nazaretu. Jeśli Kościół nie wróci do tych wartości z Nazaretu, nigdy nie będzie mógł się uzdrowić. I nigdy nie będzie w stanie zrozumieć buntu współczesnych ludzi. Dlatego trzeba być świadkiem miłości Boga i świadkiem miłości braterskiej. Jeśli pragniemy być wiarygodni jako zakonnicy, jako ludzie konsekrowani, trzeba coś w nas zmienić. Trzeba umieć uśmiechać się do ludzi, umieć się zatrzymać, aby patrzeć na nich, umieć ich kochać, zaangażować się. Dziękuję Bogu za te lata na Brzeskiej, które bardzo mi pomogły. Gdy spotykałem tych, którzy najgorzej wyglądali, byłem kuszony, by się przy nich po prostu nie zatrzymać i przejść obok nich obojętnie. Nie można niczego oczekiwać od takiego człowieka, który często jest pijany, ale to właśnie ci ludzie bardzo mi pomogli. Zdarzyło się przynajmniej dwa razy, że płakałem ze wzruszenia. Bo oni mi dali Jezusa. I ja, stary zakonnik, nie rozumiałem, że Bóg kocha tych ludzi, że oni mogą mi pomóc. Nie rozumiałem, że Jezus dotykał mnie przez nich. Płakałem. Dziękuję, że oni mnie zaakceptowali, że stałem się jednym z nich. Mówili: „on jest nasz, oni są nasi”. A ja byłem bardzo szczęśliwy, dumny. Teraz wiemy, co mam robić – musimy umieć kochać się nawzajem, umieć patrzeć na ludzi. Wtedy będziemy wiarygodni.

autor: Brat Moris Maurin