Autor jest doktorem habilitowanym homiletyki,
adiunktem PAT w Krakowie,
wykładowcą homiletyki w WSD ojców redemptorystów w Tuchowie.
Był współtwórcą i redaktorem naczelnym serii „Redemptoris Missio”.
Jak mówić o miłości? Zakochani nie mają z tym problemu. Przynajmniej w stosunku do siebie samych. Gdy bowiem przyjdzie im mówić o swej miłości innym, rodzą się pytania, co, kiedy, w jakich słowach, ujawniać. Wobec podobnych pytań staje nawet bardzo zakochany w Bogu głosiciel Jego słowa.
Wyczerpującej odpowiedzi na owe pytania dostarcza pierwsza encyklika Benedykta XVI Deus caritas est, a do jej nieustannej lektury nie trzeba zachęcać.
Kiedy jednak owe pytania stawiamy w Roku Kapłaństwa, któremu patronuje św. Jan Maria Vianney, może warto byłoby jego poprosić o udzielenie na nie odpowiedzi. Postarajmy się zatem przysłuchać, co i jak o miłości mówił święty nasz Patron. Otóż dobrze się składa, bo w opublikowanym po polsku wyborze jego kazań, znajduje się również kazanie o miłości1.
Skupienie uwagi na owym, dawno temu wygłoszonym tekście, nie powinno budzić wątpliwości, gdyż jego Autor jest ukazywany jako wzór głoszenia słowa Bożego w naszych czasach. Uczynił to m.in. w połowie XX wieku papież Jan XXIII w specjalnej encyklice pisanej w 100-lecie jego śmierci, będąc świadomy, że „niektóre jego metody pracy nie zawsze dadzą się zastosować za naszych dni”2. Czyni to również z podobną świadomością na początku XXI wieku Benedykt XVI, w specjalnym Liście pisanym w 250-lecie jego urodzin3.
Zapoznając się z interesującym nas kazaniem zauważamy najpierw, że jest ono obliczone na dłużej niż na „pięć minut”, a i tak zapewne krótsze od manuskryptu, w czym niekoniecznie godne jest naśladowania. Robi ono wrażenie zapisu żywej mowy, mimo możliwych redakcyjnych zabiegów wydawcy, gdyż Święty pisał je wyłącznie dla wsparcia swej pamięci, i przez myśl by mu nie przeszło jego opublikowanie. Jest to kazanie katechizmowe, opracowane wedle funkcjonującego wówczas w homiletyce modelu opartego na wzorach retoryki grecko-rzymskiej. Posiada więc tekst naczelny (motto), wstęp z określeniem tematu i celu, logiczne rozwinięcie, zakończenie w formie podsumowującego przykładu i ostatnie apele do słuchaczy. Kaznodzieja nie trzyma się jednak rygorystycznie owego schematu. Widać, że nie tyle zależy mu na przestrzeganiu przyjętego schematu mowy, ile na skutecznym przekazaniu tego, co uważa za ważne. Stąd liczne powtórzenia, doprecyzowywanie wypowiadanych myśli oraz słaba spójność tekstu. Łatwo jednak zauważyć, że kazanie jest owocem wytężonej pracy. Zdaje się ono potwierdzać opinię, że przygotowywanie kazań, zwłaszcza w pierwszych latach proboszczowania, wymagało od niego nie lada wysiłku, co potwierdza Jan XXIII pisząc, że kosztowały go one początkowo wiele nieprzespanych nocy. Kazanie zadziwia biblijnością. Mówca nie tylko wychodzi od Pisma Świętego (motto), ale nieustannie do niego powraca dla uzasadnienia i zobrazowania wypowiadanych myśli. Urzeka także egzystencjalnością języka. Mówca ujawnia doskonałą znajomość sumień swoich słuchaczy, ich problemów religijnych, sytuacji życiowej, nieustannie też do niej nawiązuje i niejako w niej tkwi.
Dokładniejsza analiza kazania pozwoliłaby zauważyć, jak dalece Kaznodzieja jest dzieckiem swego czasu, ówczesnej kultury, antropologii, teologii oraz duchowości. Zamiast jednak wyławiać owe elementy, lepiej będzie, idąc śladem cytowanych wyżej papieży, skoncentrować się na tym, co w nim trwałe, inspirujące oraz pomocne w poszukiwaniu odpowiedzi na postawione wyżej pytanie.
Święty Jan Vianney pragnie przekonać swoich słuchaczy, że wierzyć znaczy: kochać. Podjęty temat kazania uzasadnia tym, że nie wystarczy w Boga wierzyć, ale trzeba również „oddać Mu serce”. Nie ma wątpliwości, że bez miłości cała nasza pobożność byłaby dziwactwem. Uświadamiając sobie, jak bywa w rzeczywistości, woła z bólem: o Boże, iluż chrześcijan żyje całkiem jak poganie, a mimo to uważa, że są dobrymi chrześcijanami.
Przekonanie, że istotę życia chrześcijańskiego stanowi odpowiedź miłością na miłość Boga, uzasadnia dosadne określenie człowieka nie kochającego Boga: „Ktoś, kto nie ma w sercu miłości Bożej przypomina trupa”. Łatwo tutaj dopatrzeć się aluzji do słów św. Jakuba Apostola: „Tak jak ciało bez ducha jest martwe, tak też jest martwa wiara bez uczynków” (Jk 2, 26).
Kaznodzieja, podając motywy miłowania Boga, zauważa, że mamy Go kochać przede wszystkim dlatego, że jest nieskończenie dobry, więc dla Niego samego, a nie z obawy przed wiecznym potępieniem. Jeśli zatem pojawia się motyw uniknięcia wiecznego potępienia, to zazwyczaj w perspektywie nadziei na osiągniecie wiecznego zbawienia.
Rzecz charakterystyczna, że pomiędzy podawanymi motywami miłowania Boga, wiele miejsca zajmują motywy subiektywne, ukazujące, że miłowanie Boga uszczęśliwia człowieka, i to nawet już w życiu doczesnym. Kaznodzieja odwołuje się przy tym do powszechnego doświadczenia, że ludzie nie kochający Boga, nie są szczęśliwi, co wynika z faktu, że Bóg jest naszym ostatecznym celem, stąd jedynie On może nas uszczęśliwić. Powołuje się na przykłady świętych, którzy szukali jedynie Boga i szczęście odnajdywali w Jego miłości, podkreślając przy tym, że byli oni zatem od nas o wiele mądrzejsi. Powinniśmy więc ich naśladować, tym bardziej że i my mamy być świętymi. A więc biada nam, kiedy tego nie czynimy. Kaznodzieja woła więc w uniesieniu: Jak bardzo jesteśmy ślepi, kiedy lgniemy do życia, do dóbr doczesnych, w których tylko smutek i gorycz… Potrzebę miłości motywuje również tłumacząc, że uświęca ona wszystkie uczynki i nadaje im znaczenie dla życia wiecznego. Wynika stąd, że powinna ona być siłą napędową wszystkiego, co czynimy. Do praktykowania miłości zachęca również stwierdzając – zapewnie na podstawie osobistego doświadczenia – że miłość jest łatwa i dostępna dla każdego, gdyż serce ma każdy, a do miłowania Boga to wystarcza. Myślącym inaczej przypomina, że miłość jest darem, którego Bóg chętnie udziela, a wiec należy Go o nią usilnie prosić.
Praktyczne nastawienie skłania Kaznodzieję do wyjaśnienia słuchaczom, co w praktyce oznacza kochać Boga. Mówi wiec, że miłować Boga całym serce oznacza stawiać Go wyżej niż jakiekolwiek stworzenie, i być gotowym raczej wszystko utracić: majątek, sławę, rodziców, przyjaciół, dzieci, męża czy żonę, a wreszcie i życie, niż popełnić jeden chociażby grzech ciężki. Aby nadać swoim słowom większą silę przekonania, sam stawia się w rzędzie słuchaczy i pyta: Czy my kochamy Stwórcę całym swoim sercem? Czy nie stawiamy wyżej od Niego naszych rodziców i przyjaciół? Czy odkąd zaczęliśmy używać rozumu poświeciliśmy się Stwórcy i oddaliśmy Mu wszystko, co posiadamy? Owo skoncentrowanie życia chrześcijańskiego na miłości ułatwiało Świętemu, jak zauważa Jan XXIII, ukazywanie bardziej piękna cnoty niż brzydoty występku.
Czego uczy nas św. Jan Maria Vianney? Po prostu zwraca nam uwagę na potrzebę głoszenia chrześcijaństwa osobowego, będącego odpowiedzią miłością na miłość Boga. Ulegamy bowiem dość często pokusie głoszenia chrześcijaństwa zideologizowanego. Mówimy o hedonizmie, o relatywizmie, prawach osoby ludzkiej, prawie naturalnym, etyce, wartościach chrześcijańskich, tradycji chrześcijańskiej, chrześcijańskiej kulturze, wychowaniu religijnym, o religii w szkole, laicyzacji, o pobożnych praktykach, o wrogach Kościoła i bezbożnych mediach, o ludziach zasłużonych dla Kościoła itp. A jakoś nie śpieszno nam mówić o osobistej relacji do obecnego pośród nas Chrystusa Zmartwychwstałego.
Owszem, w Chrystusie znajduje się niezgłębione bogactwo (Ef 3,8) treści obejmujące całość ludzkiego życia, ale one oderwane od Niego stają się elementem filozofii, socjologii, etyki lub historii religii. Także ideologiczny język kościelnej dyplomacji ma swoje prawa, ale ostatecznie przyjęcie lub odrzucenie wypowiadanych w nim treści, zależy nie od dowodów rozumowych, ale od osobistej relacji do Chrystusa. Język doktryny czy dyplomacji ma mieć swoje miejsce i czas. Nie byłoby zatem dobrze, gdyby stał się on jedynym językiem, jakim przemawia Kościół, i to nawet podczas sprawowania Eucharystii – Sakramentu Miłości.
Odnosiłoby się wówczas wrażenie, że Ewangelia jest jedną z ideologii, której przyjęcie lub odrzucenie nie jest kwestią sensu, lecz gustu. W konsekwencji: Kościół nie kojarzyłby się z Chrystusem, lecz z organizują społeczno-polityczną; duchowość – nie z chrześcijaństwem, lecz religiami Wschodu; życie chrześcijańskie – nie z relacją do Zmartwychwstałego Pana, lecz z pobożnymi praktykami właściwymi dla wszystkich religii naturalnych; chrześcijaństwo – nie z religią wyjątkową, ale z religią równą innym religiom. A zatem źródłem piętnowanej laicyzacji może być niekoniecznie jedynie bezbożny świat i laickie media, ale również nasz sposób głoszenia chrześcijaństwa (por. KDK 19) – także w mediach.
Charakterystyczna jest w tym względzie uwaga pewnego dziennikarza, przeprowadzającego wywiady z ludźmi zajmującymi eksponowane miejsca w Kościele, że nie wykazywali oni chęci mówienia o Bogu i swojej relacji do Niego, wybierając tematy światopoglądowe, społeczne, kulturowe i polityczne.
Przypominają się, mutatis mutandis, słowa piosenki Anny Marii Jopek do słów Agnieszki Osieckiej: „Byle nie o miłości, byle nie o miłości, nie, nie, nie… Byle nie o miłości, byle nie o miłości. Byle nie o miłości, nie, nie, nie…”.
Kto wie, czy wyznania św. Pawła: „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii” (1 Kor 9,16) nie należałoby dziś interpretować jako: „Biada mi, gdybym nie głosił chrześcijaństwa jako Ewangelii miłości, jaką Bóg obdarza nas w Chrystusie”.
Święty Jan Maria Vianney o miłości mówi językiem Miłości, czyli takim, jakim przemawia do nas Bóg – Miłością z kart Pisma Świętego. Jako inspirację do kazania (motto) obiera sobie słowa Jezusa: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem” (Mt 22, 37). Całe kazanie nasyca Pismem Świętym. Po prostu w nim tkwi.
O Bogu mówi tak, jak On sam mówi o osobie, a wiec jak o Kimś zakochanym w człowieku. O Jego miłości czułej jak miłość matki, ojca, małżonka; o miłości oblubieńczej, a nawet – jak każda prawdziwa miłość – zazdrosnej. Na taki obraz Boga w kazaniach Vianney’a zwraca uwagę Jan XXIII, mówiąc, że dla niego miłość Boga okazuje się większa od miłości matki, gdyż Bóg szybciej przebacza, niż matka dziecko ratuje z ognia. Benedykt XVI w przywoływanym tutaj Liście zauważa, że u Vianney’a wielkość miłości Boga objawia się w miłosierdziu, gdyż – jego zdaniem – Bóg biegnie za grzesznikiem i sprawia, że wraca się do Niego, że wszędzie nas szuka, że posuwa się aż do zapomnienia o przyszłości, kiedy przebacza nam grzechy, wiedząc, że będziemy nadal grzeszyć. Benedykt XVI cytuje w tym kontekście mocne słowa Świętego skierowane do grzeszników, że kiedy wie się, jak doby jest Bóg, trzeba być barbarzyńcą, żeby tak się zachowywać wobec tak dobrego Ojca.
Bóg w Piśmie Świętym mówi o sobie jako o źródle wszelkiej miłości. Zatem wszystkie jej postacie – a wiec miłość międzyludzka, oblubieńcza, macierzyńska, ojcowska – jawią się jako różne aspekty jednej jedynej Miłości, jaką jest miłość Boga. Wedle Jana XXIII, w przepowiadaniu proboszcza z Ars funkcjonowało takie właśnie uniwersalne rozumienie miłości, co wyraża jego powiedzenie, że dusza ozdobiona cnotą czystości, innych nie miłować nie potrafi, ponieważ odnalazła źródło i pochodzenie miłości, to jest Boga.
Uosobieniem uniwersalnego rozumienia miłości jest Chrystus. On to na miłość swego Ojca, jako Bóg-Człowiek, odpowiadał miłością ludzką, która stawała się zarazem Boską. W swym nauczaniu zaś, złączył miłość Boga (Pwt 6-9) oraz miłość bliźniego (Kpł 19.18) w jednym przykazaniu miłości Boga i bliźniego (Mt 22, 37-40). Postawił też na heroiczny przykład takiej właśnie miłości i zapragnął, byśmy Go w niej naśladowali (por. J 13, 34).
Podobnie uniwersalne pojęcie miłości pojawia się w przepowiadaniu Kaznodziei z Ars. Drobnym tego przykładem może być wyjaśnianie, po czym poznajemy, że kochamy bliźnich. Otóż – jego zadaniem – poznajemy, że kochamy bliźnich po tym, że miłością otaczamy wszystkich ludzi, a wiec przyjaciół, nieprzyjaciół, i tych, którzy nas skrzywdzili na sławie lub majątku; że wspieramy ubogich, gdyż ich miłość jest cechą wyróżniającą chrześcijanina. Jan XXIII podkreśla, że szczególna miłość ubogich jaśniała nie tylko w słowach, ale i w czynach Świętego. Z jego biografii dowiadujemy się, z jaką delikatnością odnosił się do ubogich, jakim otaczał ich szacunkiem, uważając, że pogardzanie nimi obraża Boga samego.
Lekcji uniwersalnej, o wszystko i wszystkich obejmującej miłości Bożej, udzielał mu Jezus obecny w Eucharystii. Jan XXIII zauważa, że właśnie On przekonywał go, jak bardzo Bóg nas umiłował, i dlaczego my powinniśmy Go miłować. A wiemy, że spędzał długie godziny przed tabernakulum. I to nie tylko na modlitwie, ale i na pracy, gdyż – zdaniem biografów - opracowywał swe kazania w nocy, w zakrystii, a wiec w bliskości Jezusa Eucharystycznego.
Trudno tutaj nie zapytać, czy głosimy Boga jako Miłość, i czy w należyty sposób mówimy o Nim językiem Miłości? Niby, podobnie jak Proboszcz z Ars, znamy ów język. Przedkładamy jednak najczęściej chłodny język językoznawstwa, filozofii i teologii, nad ciepły, serdeczny, kochający, ojcowsko-macierzyński język Bożego Objawienia. Także czuły język oblubieńczej miłości z Pieśni nad pieśniami – tak lubiany przez świętych mistyków – bywa nam raczej obcy. Dlaczego? Może boimy się, że ów język w naszych ustach mógłby brzmieć mało wiarygodnie? Może mówienie o Bogu-Miłości uważamy za mało męskie, za mało skuteczne, za trudne do obrony wobec doświadczanego zła? Może czujemy dystans do samego słowa „miłość”, bo nasze wyobrażanie zdominowały obrazy grzesznej miłości, nie chcielibyśmy zatem być źle zrozumiani? Może nie dowierzamy publicznym świadectwom miłości – jakby nazbyt lekko wypowiadanym? Być może mówienie o Bogu-Miłości uważamy za mało medialne? Nie zauważamy bowiem, by media promowały kaznodzieję mądrze, przystępnie, wzruszająco mówiącego o Bogu. Domyślamy się, że Proboszcz z Ars nie zwyciężyłby dziś w medialnym rankingu na najlepszego proboszcza roku. Media promują bowiem zazwyczaj tych kaznodziejów, którzy zachowują się tak, jak inni bohaterowie mediów.
Trudno również nie zapytać, czy w naszym przepowiadaniu w dostateczny sposób uwzględniamy biblijny uniwersalizm miłości. Miłość jest bowiem jedna – Boża. Wszystkie inne miłości na tyle zasługują na to miano, na ile są z nią do pogodzenia. Jeśli są, to jest w nich obecny Bóg, by chronić je przed wypaczeniami i nadawać im ostateczną wartość. Oddzielanie tych miłości tak, jakby miłość Boża nie miała znaczenia dla miłości ludzkiej, a ludzka nie potrzebowała Bożej, uznaje się za dramat naszych czasów. Do jego utrwalania przyczyniają się, niestety, głosiciele słowa Bożego ukazując, wbrew Biblii, dualistyczny obraz człowieka „złożonego” jakoby z dwóch oddzielnych elementów: duszy i ciała. Powraca się niekiedy do przypominania anachronicznej zasady „ratuj duszę swoją”. Słuchacze utwierdzają się w przekonaniu, że świat duchowy oddzielony jest od materialnego, szczęście wieczne od doczesnego, miłość Boża od ludzkiej. Jest to woda na młyn laicyzmu, który głosi: „Niech Kościół zajmuje się duszą, a nam zostawi ciało; niech zajmuje się wiecznością, a nam zostawi doczesność; niech zajmuje się miłością Bożą, a nie wtrąca się do miłości ludzkiej”. W ten sposób, przez głoszenie mało biblijnej antropologii sami prowokujemy zarzut o bezpodstawne wtrącanie się w sprawy miłości ludzkiej.
O aktualności głoszenia miłości uniwersalnej wspomina Benedykt XVI w cytowanym Liście, kiedy wskazując na znane sobie piękne sylwetki współczesnych duszpasterzy, zaznacza, że w ich wydaniu miłość pasterska „pragnęła być uniwersalną”. Miłość uniwersalna, jedyna prawdziwa, przemawia językiem łączącym, a nie dzielącym, otwartym na wszystkich, a nie zamykającym się na nikogo, przyjaznym i życzliwym nawet wobec tych, którzy źle czynią, czy źle nam życzą. Tak przemawiał Chrystus. Jeżeli używał mocnych słów, to jedynie wobec przedstawicieli ówczesnej elity religijnej i świątynnych kramarzy, nigdy wobec grzeszników!
Benedykt XVI w katechezie Módlmy się o świetność kapłanów4 zastanawiając się, w czym mógłby świętego Jana Vianney’a naśladować współczesny prezbiter, żyjący w świecie tak odmiennym od jego, stwierdza, że chociaż czasy się zmieniają, a wiele charyzmatów jest specyficznych dla konkretnej osoby, to jednak istnieje styl życia, do kultywowania którego powołani są wszyscy. Owym ponadczasowym „stylem życia” była świętość Jana Vianney’a.
Głosił on miłość sposobem życia. Tak Jan XXIII w encyklice jak i Benedykt XVI w Liście zgodnie przytaczają słowa biskupa, posyłającego Vianney’a na placówką do Ars: W parafii tej znajdziesz mało miłości Boga; spraw aby ona przez ciebie się rozbudziła. Słysząc te słowa, wedle słów Benedykta XVI wyrażonych w Liście, młody kapłan doszedł do wniosku, że jego zadaniem będzie uosabiać Chrystusa w delikatności Jego miłości. Starał się więc to czynić. Miał świadomość, że obowiązek ten wynika z sakramentu święceń, który zjednoczył go z Chrystusem – Kapłanem. Uważał to za dowód szczególnego umiłowania przez Chrystusa, stąd traktował kapłaństwo, jak zgodnie podkreślają przywoływani tutaj papieże, jako wyraz miłości Najświętszego Serca Jezusowego. Na wielkość daru kapłaństwa czuł się zobowiązany odpowiedzieć całkowitym utożsamieniem się z kapłańska posługą. Czynił to tak skutecznie, że Benedykt XVI w przywoływanej wyżej katechezie powie, że stał się obrazem Dobrego Pasterza, który w przeciwieństwie do najemnika oddaje życie za swoje owce (por. J 10,11).
Pobudką do całkowitego utożsamiania się z Chrystusem była miłość. Benedykt XVI w cytowanej wyżej katechezie powie wprost, że Vianney był „zakochany” w Chrystusie obecnym w tajemnicy Eucharystii. W kontemplacji tej tajemnicy rodziło się przekonanie, że poświęcanie się dla innych może wypływać jedynie z miłości do Jezusa. Miłość do Jezusa owocowała „spalaniem się” w miłości pasterskiej, czego wyrazem było ascetyczne, skromne, więcej niż ubogie, życie Świętego. Co miał, rozdawał potrzebującym. Gdy nie miał nic, mówił do proszących: „Dziś jestem biedny, tak jak wy, jestem jednym z was”. Nawiązując do tej postawy Vianney’a, Jan XXIII stawia kapłanom swoich czasów niezwykle wysokie wymagania, by, podobnie jak ich Patron, w miłości duszpasterskiej spalali się niczym słoma podpalona rozżarzonym węglem.
Świadectwo życia, będące, wedle słów Benedykta XVI z cytowanej katechezy, „żywą katechezą”, przechodziło w świadectwo słowa. „Zakochanie w Chrystusie” pozwalało mu mówić o miłości językiem komunikatywnym, zrozumiałym i przekonującym. Na tajemnicę komunikatywności jego przepowiadania wskazał kaznodziejom Rzymu – przywoływany przez Jana XXIII – Pius XII, mówiąc, że kto pełen jest Chrystusa, ten bez trudu znajdzie środki, jakimi pozyska dla Chrystusa innych. Natomiast Jan XXIII dodaje od siebie ważną dla nas uwagę, że moc jego słowa pochodziła nie tyle z lęku przed karami wiekuistymi grożącymi grzesznikom, ile raczej z żalu nad znieważoną miłością Bożą.
Kazanie o miłości Świętego pełne jest spontanicznych westchnień, wypływających z poruszonego miłością serca, takich jak: Dlaczego bracia nie zwracamy się do Boga, który jest naszym jedynym szczęściem?; Jego miłość stanowi radość i szczęście w niebie!; Ach, piękności stara i zawsze nowa [za Augustynem], kiedy my Cię pokochamy wyłącznie i niepodzielnie!; Kto się oderwał od rzeczy ziemskich i całkowicie oddał się Bogu, ten jest naprawdę szczęśliwy; Kto może zrozumieć szczęście duszy, która naprawdę kocha Boga!?; Być miłowanym przez Boga, być zjednoczonym z Bogiem, chodzić w obecności Boga, żyć w Bogu; o, jakże szczęśliwe życie, o, jak szczęśliwa śmierć.
Szkoda, że nie posiadamy elektronicznego zapisu jego kazań. Gdybyśmy go mieli, moglibyśmy się przekonać, jakim tonem wypowiadał serdeczne westchnienia, akty miłości ku Bogu, wyrazy bólu z powodu ludzkich grzechów, owe „akty strzeliste”, które wstrząsały do szpiku kości, poruszały serca, kruszyły zatwardziałe sumienia, napełniały je miłością ku Bogu. To one – zdaniem biografów – wywierały tak wielki wpływ na ludzi prostych i wykształconych, że przybywali tłumnie do Ars, by posłuchać kazania wiejskiego proboszcza5.
Świadectwo słowa Vianney’a urzeczywistniało się nie tylko na ambonie, ale i w prywatnych rozmowach. Benedykt XVI w swym Liście zwraca uwagę, że mimo rozlicznych zajęć, znajdował czas na praktykę kierownictwa duchowego. Zdolnym do głębszego życia religijnego otwierał głębię miłości, wyjaśniając tajemnicze piękno życia zjednoczonego z Bogiem: Jakie to piękne – tłumaczył – czynić wszystko przed Bogiem, z Bogiem, by podobać się Bogu. Zachęcał też, by modlić się o otrzymanie daru takiego życia, w słowach: O mój Boże, daj mi łaskę, bym Cię miłował, i na ile jest do możliwe, bym Cię kochał.
Przywoływani tutaj papieże zgodnie podkreślają przy tym, że język miłości Vianney’a, który sam prowadził ascetyczne życie, pozbawiony był ascetyzmu. Święty bowiem nie tylko się modlił, pokutował, sprawował Eucharystię i spowiadał, ale pełnił wiele zewnętrznych dzieł: systematycznie odwiedzał chorych i ich rodziny, organizował misje ludowe, dbał o kościół parafialny, zbierał pieniądze na dzieła charytatywne i misyjne, zajmował się sierotami, założył instytut wychowawczy, powołał do życia konfraternię, zapraszał świeckich parafian do współpracy itp. I nie mogło być inaczej, gdyż autentyczna religijność nie jest nigdy rodzajem ucieczki od świata, ale nowym, ewangelicznym sposobem bycia w nim.
Szczególne świadectwo miłości dawał Vianney, wypowiadając publicznie pragnienie jej posiadania. Przez jego kazanie przewijają się osobiste modlitwy o nią, oraz zachęty, aby słuchacze czynili to samo. Jednym z ostatnich – a więc najbardziej zapadających w pamięć – zdań kazania o miłości jest właśnie wezwanie do modlitwy o miłość.
Do stosowania zawsze aktualnego języka świadectwa w głoszeniu miłości na wzór Świętego zachęcają przywoływani papieże. Jan XXIII pisze, że ludzie pogrążeni w żądzy pieniądza, pożądań zmysłowych, zdominowani przez technikę, pragną i dziś widzieć w kapłanie męża, który w imieniu Boga przemawia, który ożywiony jest mocną wiarą, i który jakoby o sobie samym zapomniawszy, goreje żarem miłości. Pięćdziesiąt lat później Benedykt XVI w Liście przypomina, że i w naszych czasach potrzebne jest podobne przepowiadanie i świadectwo prawdy miłości: „Bóg jest miłością” (1 J 4,8). O jego aktualności świadczy także wezwanie obecnego roku duszpasterskiego „bądźmy świadkami miłości”, które odnosi się zapewne nie tylko do naszych wiernych.
Wszak nasze parafie pod względem religijnej gorliwości często niewiele odbiegają od tej, do której Vianney został posłany z poleceniem: W parafii tej znajdziesz mało miłości Boga; spraw aby ona przez ciebie się rozbudziła.
Aby religijnie ożywić parafię, nie wystarczy zadbać o sprawne nią zarządzanie, skuteczne zaspokajanie potrzeb religijnych wiernych, interesująco wyjaśniać katechizm, założyć stronę internetową, rozsyłać przyjazne SMS-y. Ale czyniąc to, gdyż i to czynić trzeba, należy nadać temu charakter świadectwa miłości zrodzonej z kontemplacji Jezusa Eucharystycznego. O możliwości składania takiego świadectwa przekonują dziś nieustannie nasi bracia w kapłaństwie, którzy czy to w kraju, czy poza jego granicami, stali się, lub aktualnie się stają, par excellence, świadkami heroicznej miłości Chrystusa.
Głosić zatem miłość językiem świadka, oznacza mówić nie o teorii miłości, nie o jej filozofii, psychologii, czy nawet o teologii, ale o Miłości pisanej z dużej litery. O Bogu, który jest miłością. O osobistej miłości Boga. Przepowiadanie zazwyczaj nie grzeszy jednak nadmiarem owych treści. Dlaczego? Może uważa się je za trudne, gdyż domaga się ono świadectwa. Bez niego słowo mówcy zabrzmi fałszywie, jego spojrzenie unikać będzie wzroku słuchaczy, a sam mówca szybko zostanie zdemaskowany. Przekonująco o miłości mówią bowiem jedynie zakochani. Święty Jan Vianney wygłaszał porywające kazania o miłości, gdyż „zwracał się ku tabernakulum oczyma zakochanego”.
Także w naszym przypadku, podobnie jak w przypadku Świętego, modlitwa o miłość mogłaby stać się skutecznym sposobem jej głoszenia. Świadczyłaby bowiem o rzeczywistym jej pragnieniu. Ale z modlitwą o miłość bywa najczęściej tak, jak z modlitwą o świętość – wedle znanego powiedzenia, modlimy się o świetność dla innych, nie dla siebie, z obawy, byśmy nie zostali wysłuchani.
Zdaniem pewnego publicysty, „być dobrym księdzem, takim, jakim naprawdę warto być – to nieskończenie trudne zadanie”6. Podobnie będzie chyba z Miłością i naszym o niej mówieniu. Ale ostatecznie jedynie dla Niej warto żyć i jedynie Ją warto głosić.
1 Święty Jan Maria Vianney, Kazania proboszcza z Ars, Oficyna wydawnicza Viator, Warszawa 1999, s.11-120. Wybór kazań Świętego dokonany w oparciu o publikację: Błogosławiony X. Jan Marya Vianney, Kazania niedzielne i świąteczne, (przekł. z j. francuskiego w skróceniu ks. Jakub Górka), t. 1. Lwów, t. 2. Kraków 1906. Publikację tę wznowiono w 2009: Kazania Proboszcza z Ars. Wybór homilii niedzielnych i świątecznych św. Jana Marii Vianney, Patrona Kapłanów, wybór i opracowanie Jacek Laskowski, Oficyna Wydawnicza Viator, Warszawa 2009. Warto pamiętać, że wiele manuskryptów kazań Świętego zaginęło. Opublikowane w 1883 r. wszystkie ocalałe kazania obejmowały, mimo to, aż cztery tomy. W Polsce, w 1906 r. opublikowano je w dwóch tomach, ale z pewnymi skrótami. Wydawnictwo Viator publikuje, jak wyżej zaznaczono, jedynie ich wybór.
2 Jan XXIII, encyklika z okazji śmierci św. Jana Vianney’a, Sacerdotii nostri primordia [w:] Święty Jan Maria Vianney. Kazania proboszcza z Ars, Oficyna wydawnicza Viator, Warszawa 1999, s. 11-120. Odwołania w artykule do Jana XXIII dotyczą tej encykliki. W publikacji z 2009 r. nie zamieszczono tej encykliki.
3 Benedykt XVI, List na rozpoczęcie Roku Kapłańskiego z okazji 150 Rocznicy Dies natalis Świętego Proboszcza z Ars. Wydawnictwo AA s.c., Kraków 2009. Odwołania w artykule do Listu dotyczą tegoż Listu Benedykta XVI.
4 Benedykt XVI, Módlmy się o świętość kapłanów, Katecheza przed audiencją generalną 05.08.2009; Audiencja generalna: módlmy się o świetność kapłanów, źródło: http://www.ekai.pl (data dostępu 03.10.2009). Odwołania w artykule do katechezy jej dotyczą.
5 Por. J. Górka, Wstęp [w:] Błogosławiony X. Jan Marya Vianney, Kazania… dz. cyt., t. 1, s. VI-VII.
6 J. Sosnowski, Zacheusz – instrukcja obsługi, „Tygodnik powszechny”, 27.10.2009, s. 25.
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






