O cierpieniu trudno zatem byłoby mówić tak, jakoby samo w sobie posiadało moc zbawiania. Tylu ludzi, proroków i świętych, cierpiało podobnie jak Jezus, a tylko On nas zbawił. A uczynił to dzięki bezgranicznej miłości do Ojca, bezgranicznej, czyli nie ograniczonej nawet przez cierpienie. Owo pierwszeństwo miłości wyrażają znamienne słowa świętego Pawła Apostoła: „Umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie” (Ga 2,20).
Owszem, Sługa Boży, Jan Paweł II w liście apostolskim o chrześcijańskim sensie ludzkiego cierpienia Salvifici doloris (SD), mówi o zbawczym znaczeniu cierpień Chrystusa, ale zarazem wyjaśnia dlaczego. Otóż dlatego, że „w męce Chrystusa cierpienie weszło w całkowicie nowy wymiar i nowy porządek: zostało związane z miłością – z tą miłością, o jakiej mówił Chrystus Nikodemowi: Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne (J 3,16)” (SD 18).
Także Benedykt XVI, odpowiadając na pytanie dotyczące cierpienia postawione mu przez chorego kapłana w Bressanone, wyjaśniał, że cierpiący Chrystus nauczył nas, kim jest Bóg, że jest On miłością, że musimy nauczyć się prawdy o miłości, która staje się cierpieniem i w ten właśnie sposób niesie człowiekowi odkupienie i jednoczy go z Bogiem-miłością, że Bóg, utożsamiając się z naszym ludzkim cierpieniem, bierze nas w swoje ręce i zanurza nas w swej miłości5 .
Mówić? A może nie mówić? Może mówić mniej, by słowa nie zakrywały odmowy cierpiącemu czegoś, czego o wiele bardziej potrzebuje? Krajowy duszpasterz hospicjów, ks. Piotr Krakowiak SAC, w jednej ze swoich książek1 oraz w wywiadzie opowiada jak odkrył swój życiowy charyzmat. Stało się to podczas odwiedzin ciężko chorej studentki. Kiedy pocieszał ją i podnosił na duchu, jak zwykło się to czynić, przerwała jego wywody: „Co ty sobie do cholery myślisz? Jak jesteś taki mądry, to wytłumacz mi, dlaczego ja umieram? Za jakie grzechy? Za to, że byłam dobrą córką dla rodziców? A może za to, że przez całe studia nie ściągałam, tylko solidnie się uczyłam? Czy może za bezinteresowną pomoc w domu dziecka? Czy wstrzemięźliwość przedmałżeńską, żeby było po Bożemu? No, powiedz mi, za który z tych grzechów twój Pan Bóg mnie ukarał? Za co tak cierpię?”. Zawstydzony nie wiedział jak odpowiedzieć na te dramatyczne pytania2 .
Podobne doświadczenie nieobce bywa niemalże każdemu duszpasterzowi. Wrażliwszych poucza ono, że życzliwa obecność, delikatne dotknięcie, pełne powagi milczenie, znaczą o wiele więcej, niż potok poprawnych teologicznie słów.
Wspomniane wyżej doświadczenie stanowić ma tło naszych rozważań, ale odnosić się one mają do zgoła odmiennej sytuacji. Będzie nią bowiem nie tyle indywidualne spotkanie z chorym, ile przepowiadanie o cierpieniu, będące jednym z elementów chrześcijańskiego kerygmatu. Jego adresatami będą zatem na ogół ludzie zdrowi, mający co najwyżej jakieś przelotne doświadczenia cierpienia, dotknięci cierpieniem bliskich, czy też borykający się z problemem cierpienia w ogóle.
Mówić zatem o cierpieniu trzeba. Wielu ludzi na to czeka. Problemem w tym przypadku będzie więc nie tyle „czy” ale „jak?” Poniższe uwagi, nie pretendując do udzielania autorytatywnej odpowiedzi, mają uwrażliwiać na owo zagadnienie i to raczej w jego językowym wymiarze. Przy czym określenie „życie, które boli”, odnosić się będzie do, najczęściej niezawinionego, cierpienia fizycznego, psychicznego, duchowego, czyli do wszystkiego, co sprawia ból.
Bóg nie pragnie naszego cierpienia
Mówiąc o cierpieniu należałoby przede wszystkim unikać języka sugerującego, jakoby Bóg pragnął naszego cierpienia. Cierpienie jest złem, którego mogą życzyć sobie ludzie, ale nigdy Bóg. Przykładem – Bóg Wcielony, Jezus Chrystus, który ani dla siebie nie szukał cierpienia, ani na nikogo go nie zsyłał, przeciwnie od niego uwalniał.
Jeżeli zatem Bóg nie pragnie naszego cierpienia, pomyłką byłoby świadome zadawanie go sobie w celu radykalnego poświadczenia swej wiary, czy też upodobnienia się do cierpiącego Chrystusa. Przypadek nie jest wymyślony, gdyż na Filipinach, każdego roku wiele osób z pobudek religijnych okalecza się i przybija do krzyża. W roku 2008 ukrzyżowaniu poddało się około 20 osób, w tym 15-letni chłopiec i 18-letnia dziewczyna. Działo się to w upalny dzień, w wiosce Cutud, odległej 80 km na północ od stolicy Filipin Manili. A działo się wobec tysięcy widzów, wśród rzeczywistych okrzyków bólu. Pomimo wzniosłych intencji, Kościół zdecydowanie odcina się od podobnych praktyk.
Nie pragnąc naszego cierpienia, Bóg jednak na nie się godzi, jako na nieodłączny element ludzkiej kondycji, powszechne prawo natury, od którego nie ma wyjątków. Dlatego cierpienie dosięgło również Syna Bożego i dosięga wszystkich, nawet najbardziej oddanych Bogu ludzi.
W żadnym wypadku nie jest jednak ono traktowane jako upragnione dobro, lecz jako trudne do zaakceptowania zło. Wielki święty Augustyn wyznaje: „Któż by sobie życzył udręk i mozołów? Każesz nam je znosić, nie każesz ich miłować. Nikt nie kocha tego, co musi znosić, choćby się cieszył, że może to znieść. Lecz choćby nawet najbardziej był rad, że może to znieść, wołałby przecież, aby nie było tego, co musi znosić”3 .
Wiemy, że Bóg mógłby usunąć cierpienie, zmienić kształt ludzkiej kondycji, ingerować, kiedy zadajemy je sobie lub innym, nie dopuścić do realizacji politycznych decyzji będących jego źródłem. Nie do przeniknięcia tajemnicą Jego świętej Opatrzności pozostaje, że w zwyczajnych wypadkach tego nie czyni. W zwyczajnych – gdyż bywają wypadki nadzwyczajne, ale one podlegają innym kryteriom.
Wolno nam wszakże prosić Boga o ustrzeżenie nas od cierpienia, o jego skrócenie lub zmniejszenie. Ale nie tak, jakby chodziło o uwolnienie nas od czegoś, co On miałby w planie na nas zesłać, ale z pełnym zaufaniem w Jego nieznane nam, ale pełne miłości plany. Benedykt XVI w encyklice o miłości chrześcijańskiej, Deus caritas est (DCa), przypomina, że „chrześcijanin, który modli się, nie chce zmieniać planów Bożych, czy korygować tego, co Bóg przewidział. Autentycznie religijna postawa daleka jest od wynoszenia się do roli sędziego Boga, oskarżania Go, że pozwala na biedę nie mając litości dla swoich stworzeń. Kto usiłuje walczyć z Bogiem w imię dobra człowieka, na kogo będzie mógł liczyć, gdy działanie ludzkie okaże się bezsilne?” (DCa 37). Przy omawianiu tematu cierpienia na ambonie szczególnej wagi nabiera przestroga, jakiej sługom Słowa udziela Brat Moris CPSI: „Kiedy mówicie do ludzi w imieniu Boga, pamiętajcie, że Bóg przede wszystkim jest miłością i miłosierdziem”4 .
Cierpienie samo przez się nie zbawia
O cierpieniu trudno zatem byłoby mówić tak, jakoby samo w sobie posiadało moc zbawiania. Tylu ludzi, proroków i świętych, cierpiało podobnie jak Jezus, a tylko On nas zbawił. A uczynił to dzięki bezgranicznej miłości do Ojca, bezgranicznej, czyli nie ograniczonej nawet przez cierpienie. Owo pierwszeństwo miłości wyrażają znamienne słowa świętego Pawła Apostoła: „Umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie” (Ga 2,20).
Owszem, Sługa Boży, Jan Paweł II w liście apostolskim o chrześcijańskim sensie ludzkiego cierpienia Salvifici doloris (SD), mówi o zbawczym znaczeniu cierpień Chrystusa, ale zarazem wyjaśnia dlaczego. Otóż dlatego, że „w męce Chrystusa cierpienie weszło w całkowicie nowy wymiar i nowy porządek: zostało związane z miłością – z tą miłością, o jakiej mówił Chrystus Nikodemowi: Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne (J 3,16)” (SD 18).
Także Benedykt XVI, odpowiadając na pytanie dotyczące cierpienia postawione mu przez chorego kapłana w Bressanone, wyjaśniał, że cierpiący Chrystus nauczył nas, kim jest Bóg, że jest On miłością, że musimy nauczyć się prawdy o miłości, która staje się cierpieniem i w ten właśnie sposób niesie człowiekowi odkupienie i jednoczy go z Bogiem-miłością, że Bóg, utożsamiając się z naszym ludzkim cierpieniem, bierze nas w swoje ręce i zanurza nas w swej miłości5 .
Zatem przykład Chrystusa poucza, że zbawcza wartość cierpienia nie mieści się w nim samym, gdyż pozostaje ono nadal trudnym do przyjęcia bezsensem, ale w towarzyszącej mu miłości (por. SD 13). Dopiero więc wówczas, kiedy kontemplując Ukrzyżowanego Zbawiciela nauczymy się takiego przeżywania cierpienia, będziemy mogli zamieniać je w coś dla siebie ważnego, w coś, co niesie ratunek – zbawienie. A zatem nie samo cierpienie jest tutaj ważne, lecz to, co z nim zrobimy. Nie samo złamanie nogi, lecz sposób przeżywania związanego z tym bólu. A sposoby przeżywania bywają różne: od buntu, przekleństwa, po refleksję i modlitwę.
I tak, przy umiejętnym podejściu do cierpienia, możemy dostrzec, jak choroba staje się okazją do postawienia sobie fundamentalnych, życiowych pytań, jakich bez niej byśmy sobie nie postawili; do zdobycia się na bezwzględną szczerość wobec siebie; do uświadomienia sobie potrzeby kogoś Innego, Boga, który jedynie może nas zbawić oraz do nawiązania z Nim kontaktu. Stąd wedle ks. Józefa Tischnera cierpienie jest potrzebne, „aby człowiek przestał wreszcie w życiu grać cudze role, a był naprawdę sobą? «Kiedy przychodzi cierpienie i pyta, jak się nazywasz, trzeba umieć podać mu swoje własne imię». Dopiero wtedy, kiedy przychodzi cierpienie w momencie śmierci, stajemy się naprawdę sobą. Opadają z nas wszelkie gry, takie czy inne maski. W cierpieniu odkrywamy, zdobywamy siebie”6 . Jan Paweł II pisał zaś, że cierpienie może służyć nawróceniu, czyli „odbudowaniu dobra w podmiocie” (SD 12).
Możemy również dostrzec, że cierpienie staje się rodzajem próby, próby – nie kary, jak Hiobowi starali się wmówić jego przyjaciele. Benedykt XVI w Jezusie z Nazaretu wskazuje na istnienie i zbawienną rolę podobnych prób w rozwoju życia religijnego: „Aby osiągnąć dojrzałość, ażeby miejsce powierzchownej pobożności mogło zająć głębokie zjednoczenie z Bogiem, człowiek musi przechodzić przez doświadczenia. Jak sok z winogron, by się stać szlachetnym winem musi przejść okres fermentacji, tak też człowiek potrzebuje oczyszczenia i transformacji. Bywa to niebezpieczne dla niego, może nawet ponieść porażkę, są to jednak drogi, które trzeba przejść, by dojść do siebie samego i do Boga. Miłość jest zawsze procesem oczyszczeń i wyrzeczeń, bolesnych przemian, prowadzących do dojrzałości”7 .
Śledząc historię zbawienia zauważamy, że zaludniają ją ludzie przechodzący mężnie przez różnego rodzaju doświadczenia. Jak wielkiej otuchy w chwilach trudnych mogą nam dodać, przypominane od czasu do czasu w Liturgii Godzin, słowa Pisma Świętego o tym, że Bóg „doświadcza nas, tak jak i naszych przodków. Przypomnijcie sobie to wszystko, co On uczynił z Abrahamem, i jak doświadczył Izaaka, i co spotkało Jakuba w Mezopotamii Syryjskiej, pasącego trzody Labana, brata jego matki. Albowiem jak niegdyś doświadczył ich w ogniu, próbując ich serc, tak i teraz nas nie ukarał, lecz chłoszcze Pan tych, którzy zbliżają się do Niego, aby się opamiętali” (Jdt 8,26-27).
Nie można zapominać także o tym, że właściwie przeżywane cierpienie staje się świetną okazją do dania Bogu dowodu miłości. Tak traktowali je święci. Nie byli masochistami! Mówiąc o cierpieniu, myśleli o miłości. Pragnąc większego cierpienia, szukali sposobu okazania Bogu większej miłości. A „rana zadana przez Umiłowanego”, była dla nich cierpieniem wypływającym jedynie z niemożności zjednoczenia z Nim, za jakim tęsknili. Nie może zatem zwodzić nas język mistyków pełen słów o pragnieniu cierpienia, o szczęściu, jakie ono daje, o cierpieniach zadawanych im przez Boskiego Oblubieńca, gdyż cierpienie jest w nim jedynie synonimem miłości, o którą przede wszystkim im chodzi.
Jezus wzorem przeżywania cierpienia
Jako niedościgniony wzór właściwego przeżywania cierpienia należy ukazywać Jezusa. Cierpi niewinnie (por. Dz 10,38), dobrowolnie (por. Mt 26,52-54), w pełnej zgodzie na plany swego Ojca niebieskiego: „Czy nie mam pić kielicha, który Mi podał Ojciec” (J 18,11). Cierpiący Jezus, umiłowany Syn Ojca Niebieskiego, obala też podstawowy zarzut czyniony Bogu, jakoby cierpienie wykluczało Jego miłość. Cierpienie nie zakłóca bowiem zjednoczenia synowskiej miłości Jezusa z ojcowską miłością Boga, czego przykładem jest modlitwa Jezusa w Ogrójcu: „Ojcze mój, jeśli nie może ominąć Mnie ten kielich, i muszę go wypić, niech się stanie wola Twoja” (Mt 26,42).
Dopełnia ową modlitwę, wbrew pozorom, wołanie Jezusa na krzyżu: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”(Mt 27,46). Słów tych nie należy bowiem interpretować jako oskarżanie Boga, jako objaw rezygnacji, załamania, tym bardziej buntu, lecz jako wyraz pełnego zaufania. Wszak słowa Boże mój są zwrotem do Boga bliskiego, miłującego, wiernego przymierzu, bliskiego nawet w cierpieniu. Słowo zaś opuścił nie mówi o nieobecności Boga, lecz o przejściowej dominacji zła. Nienaruszoną przez okrutne cierpienie więź Jezusa z Ojcem potwierdzają słowa: „Ojcze, w ręce Twoje powierzam ducha mojego” (Łk 23,46).
Przez swoją postawę na krzyżu Jezus zapowiada, że będzie obecny w naszym cierpieniu, kiedy podobnie jak On, doświadczać będziemy dominacji zła i nie będziemy wiedzieli, dlaczego Bóg nie interweniuje w naszej obronie. Będzie po to, by włożyć w nasze usta swoje wołanie: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił”? (Mt 27,46), aby nasze wołanie, podobnie jak Jego, stało się wyrazem zaufania Bogu, potwierdzeniem przekonania, że Bóg jest Ojcem i kocha nas, nawet jeżeli jego milczenie pozostaje dla nas niezrozumiałe (por. DCa 38).
Jan Paweł II wyjaśniał, że nauczycielem przeżywania cierpienia powinien być dla nas nie kto inny, ale sam Jezus, gdyż jedynie On może przekazać nam coś, czego nie potrafili przekazać Hiobowi jego przyjaciele, a mianowicie – pocieszenia. Kiedy bowiem cierpiąc uświadamiamy sobie naszą wspólnotę z cierpiącym Jezusem, nadajemy sens temu, co samo w sobie jest bez sensu, a cierpieć z Chrystusem oznacza cierpieć tak, jak cierpiał Chrystus (por. SD 14).
Zauważmy przy tym, że Benedykt XVI w homilii wygłoszonej w trzecią rocznicę śmierci swego poprzednika wskazał na niego jako na przykład przeżywania cierpienia z Chrystusem i na Jego na wór. Mówił, że jego: „Nie lękajcie się!” nie opierało się na ludzkich siłach, ani na osiągniętych sukcesach, ale wyłącznie na słowie Bożym, na krzyżu i na zmartwychwstaniu Chrystusa. Jak w przypadku Jezusa, tak i u Jana Pawła II, miejsce słów zajęła najwyższa ofiara: dar z samego siebie. A śmierć przypieczętowała życie w pełni oddane Chrystusowi, dla Niego ukształtowane, także przez fizyczne cierpienie i ufne rzucenie się w ramiona Niebieskiego Ojca8 .
Co znaczy ofiarować Bogu swe cierpienia
W języku religijnym, w modlitewnikach, homiliach i kazaniach mówi się często o „ofiarowywaniu Bogu swoich cierpień”. Mniej wnikliwy słuchacz (czytelnik) mógłby dochodzić zatem do przekonania, jakoby Bóg miał upodobanie w cierpieniu, czekał na nie, a z ofiarowanego sobie się cieszył. Pobożny chrześcijanin nie powinien zatem walczyć z cierpieniem, starać się w miarę swoich sił wyeliminować je ze swego życia, ale raczej pragnąć go, podtrzymywać i powiększać, by mieć co ofiarowywać Bogu.
Wyrażenie „ofiarować Bogu swe cierpienia” stanowi wszakże pewien „skrót myślowy” który, dla poprawnego zrozumienia, domaga się komentarza. To, co Bogu jest miłe, to nie nasze cierpienie. Przeciwnie, boleje razem z nami z powodu jego konieczności. Oczekuje także nie na nie, ale na sposób jego znoszenia. Liczy na to, że nie osłabi ono naszej miłości ku Niemu. „Ofiarować Bogu swoje cierpienia” oznacza zatem ofiarować Mu, potwierdzony w cierpieniu akt miłości, który staje się tym wartościowszy, im więcej kosztuje, oznacza to po prostu ofiarować Mu swój sposób cierpienia z Chrystusem i na Jego podobieństwo.
Sprawa nie jest bagatelna, skoro podejmują ją Benedykt XVI w encyklice o chrześcijańskiej nadziei Spe salvi (SSa). Jego zdaniem nie tak dawno w dość szeroko rozpowszechnionej formie pobożności – dziś może mniej praktykowanej – „przyświecała myśl, że możemy «ofiarować» niewielkie, mniej lub bardziej uciążliwe trudy codzienności, które wciąż na nowo na nas spadają, nadając im w ten sposób sens. W tej pobożności dochodziło do pewnej przesady, bywały niezdrowe momenty, ale trzeba się zapytać, czy nie zawierała ona czegoś w jakiś sposób istotnego, co mogłoby być pomocne. Co znaczy «ofiarować»? Ludzie ci byli przekonani, że mogą wnieść w wielkie współcierpienie Chrystusa swe małe trudy, które w ten sposób stawały się częścią skarbca współczucia, którego potrzebuje rodzaj ludzki. Tak również małe kłopoty codzienności mogą nabrać sensu i być wkładem w ekonomię dobra, miłości pośród ludzi” (SSa 40).
Nie trzeba zatem eliminować z naszego języka religijnego powiedzenia o „ofiarowywaniu Bogu swych cierpień”, ale dobrze by jednak było opatrywać je odpowiednim komentarzem.
Ewangelia cierpienia
O „Ewangelii cierpienia” mówi sługa Boży Jan Paweł II w liście apostolskim o zbawczym znaczeniu cierpienia. Określenie to zdaje się jednak zawierać w sobie nieusuwalną sprzeczność. Wszak Ewangelia to Dobra Nowina, jakże więc zapowiedź cierpienia można uznać za Ewangelię? Zdając sobie sprawę z owej sprzeczności, Jan Paweł II wyjaśnia, że w używanym przez niego określeniu chodzi nie o samo cierpienie, nawet nie o obecność cierpienia w Ewangelii, jako jednego z tematów dobrej Nowiny, ale o objawienie zbawczej mocy i zbawczego sensu cierpienia w mesjańskim posłannictwie Chrystusa, z kolei zaś w posłannictwie i powołaniu Kościoła (por. DS 25).
Myśl Jana Pawła II kontynuuje Benedykt XVI przypominając w encyklice o chrześcijańskiej nadziei, że w każdym cierpieniu jest obecne con-solatio, pocieszenie, wypływające z przekonania, że Bóg – osobowa Prawda i Miłość – zechciał cierpieć dla nas i z nami, że w każde cierpienie ludzkie wszedł Ktoś, kto je z nami dzieli i znosi, jest to zatem pocieszenie wypływające ze współcierpiącej miłości Boga (por. SSa 39).
Przyswojenie sobie tej prawdy sprawia, że cierpienie staje się Ewangelią, czyli Dobrą Nowiną, najpierw dla samego cierpiącego. Zwiastuje mu ono bowiem, że zawiera w sobie jedyną w swoim rodzaju szansę potwierdzenia wiary, okazania Bogu, często heroicznego, aktu miłości, zrealizowania siebie i umocnienia nadziei na osiągniecie wiecznego zbawienia.
Przyswojenie sobie tej prawdy sprawia także, że cierpienie staje się Ewangelią, czyli Dobrą Nowiną, również dla innych. Rzecz paradoksalna, ale dzieje się to przez samo istnienie cierpiących. Przypominają oni bowiem światu o potrzebie realnej oceny rzeczywistości i pogłębienia sensu ludzkiego istnienia. Natomiast akceptacja i właściwe traktowanie cierpiących cywilizuje ludzkość. Zwraca na to uwagę Benedykt XVI w swej encyklice o chrześcijańskiej nadziei w godnych zapamiętania słowach: „Zasadniczo miarę człowieczeństwa określa się w odniesieniu do cierpienia i do cierpiącego. Społeczeństwo, które nie jest w stanie zaakceptować cierpiących ani im pomóc i mocą współczucia współuczestniczyć w cierpieniu, również duchowo, jest społeczeństwem okrutnym i nieludzkim. Zaakceptować drugiego, który cierpi, oznacza bowiem przyjąć na siebie w jakiś sposób jego cierpienie, tak że staje się ono również moim. (por. SSa 38). Być może i o tym myślał Jezus mówiąc, że ubogich (cierpiących) zawsze mamy u siebie i kiedy zechcemy, możemy im dobrze czynić (por. Mr 14,7).
Nic tedy dziwnego, że w rozważaniach Jana Pawła II cierpiący po Bożemu jawi się jako streszczenie Ewangelii, mówiącej o Odkupieniu i zbawczym cierpieniu Chrystusa. Zauważa on bowiem, że „uczestnicy cierpień Chrystusa przechowują w swoich własnych cierpieniach najszczególniejszą cząstkę nieskończonego skarbu Odkupienia świata, i tym skarbem mogą się dzielić z innymi” (SD 27). Uzasadnione zatem staje się myślenie o cierpieniu, jako o skarbie Kościoła, gdyż można przez nie, wedle słów świętego Pawła Apostoła, w swoim ciele dopełniać braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół (Kol 1,24).
Pod koniec rozważań o cierpieniu, z jakiegokolwiek punku widzenia byłyby one prowadzone, budzi się poczucie niedosytu. Cierpienie bowiem nie przestaje nadal jawić się, jako ciężka, niekiedy bardzo ciężka próba, jakiej jesteśmy poddawani, a zarazem jako coś paradoksalnego, bezsensownego i tajemniczego, coś, co można zaakceptować jedynie przez trudną zazwyczaj dla człowieka – wiarę.
Dlatego dobrze będzie w tym miejscu odwołać się do wypowiedzi ks. Hansa Künga, niekiedy kontrowersyjnego, w tej zaś kwestii niezwykle ortodoksyjnego teologa. W wypowiedzi, noszącej znamiona osobistego świadectwa, zaznacza najpierw, że pogląd na cierpienie, dojrzewał w nim dziesiątki lat. Zaowocował zaś mniemaniem, dla którego nie znajduje żadnej innej przekonującej alternatywy. Wypowiada się on w przeświadczeniu, że cierpienia nie należy pojmować teoretycznie, tylko trzeba je praktycznie znosić. Jak? Przez niewzruszone, bezgraniczne zaufanie Bogu – mimo wszystko. Na drodze wiary w Boga, który pozostaje światłem mimo i w najgłębszej ciemności: „«Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? (…). I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani Moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu Naszym» (Rz 8,31.38n) – jak Apostoł Paweł, który napisał te słowa nie w pochwalnym uniesieniu, lecz na podstawie gorzkiego doświadczenia cierpieniem”9.
Nic dodać, nic ująć! Nie gdzie indziej bowiem, jak tylko w kontemplacyjnym przeżyciu rozważonych prawd, bije źródło autentycznej i przekonującej odpowiedzi na pytanie, „jak żyć życiem, które boli, i jak o nim mówić?”.
1 P. Krakowiak, Zdążyć z prawdą. O sztuce komunikacji w hospicjum, Gdańsk 2006.
2 Hospicjum to też życie, Z ks. Piotrem Krakowiakiem SAC, krajowym duszpasterzem hospicjów, rozmawia ks. Mirosław Mejzer SAC. w: „Opoka” laboratorium wiary i kultury, http://www.opoka.org.pl, (25.06.2008).
3 Augustyn, Wyznania, X. 28. (tł. Z. Kubiak) Wydawnictwo Znak, Kraków 2004, s. 285-286.
4 Brat Moris, Wierzę w Kościół, Wydawnictwo „Esprit” Kraków 206, s. 97.
5 Benedykt XVI, Jak nie tracić ducha w cierpieniu? Odpowiedź na pytanie żadne przez chorego księdza w Bressanone dnia 06.08, 2008. w: http:// info.wiar.pl, (11.08.2008).
6 ks. J. Tischner, Naprawić ludzką śmierć, „Tygodnik Powszechny”, 12 (3063) 2008, s. 10.
7 Benedykt XVI, Jezus z Nazaretu. Części 1. Od chrztu w Jordanie do Przemienienia, Wydawnictwo „M”, Kraków 2007, s.142.
8 Benedykt XVI, Homilia. W trzecią rocznicę śmierci Jana Pawła II, w: http://
info.wiar.pl, (04.02.2008).
9 H. Küng. Credo. (tł. ks. I. Bokwa). Warszawa 1995, s. 123-127.
autor: o. Gerard Siwek CSsR
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






