Homilia często staje się centrum Eucharystii, mimo że jest tylko komentarzem do czytań i nie powinna skupiać na sobie całej uwagi wiernych. Może to naleciałości natury historycznej, kiedy homilia stawała się głosem ludu w walce z reżimem. Starsza generacja księży zdaje się czuć tak dobrze przy ambonce, że czynią z kazań długie i nużące przemowy, które jednak nie są otwarte na głos z drugiej strony. Moje polskie doświadczenia z homiliami bywały różne, czasami potrafiłam jechać z jednego końca miasta na drugi, by niedzielna Msza Święta była też intelektualną ucztą. Z prywatnych obserwacji wnoszę, że to zwykle zakonni kaznodzieje bywają lepsi w homiletyce. Ich kazania dotyczą spraw ważnych i bieżących, nie czyta się ich z kartki, kaznodzieje ujawniają intelektualny rozwój, a czasami dla ożywienia atmosfery mówią kazania pełne humoru.
Od kilku lat mam możliwość słuchania kazań w kościołach w Wielkiej Brytanii. Już na samym początku postanowiłam, że będę integrować sięz lokalną parafią i omijać polskie kościoły w przysłowiowych polskich gettach.
Pierwsza parafia, do której trafiłam, to był katolicki kościół w Tunbridge Wells w hrabstwie Kent. Przeprowadziłam wywiad z jednym z wikarych z tej parafii (ukazał się w „Przewodniku Katolickim” wiosną 2008 roku). Mimo azjatyckiego akcentu i prostoty słownictwa kazania księdza Philipa Paka cieszą się ogromną popularnością, bo mówi on o ludziach dla ludzi często wplątując prywatne doświadczenia dotyczące danego zagadnienia. Wtedy opisał swoją parafię tak:
„Ten kościół przypomina namiot, choć jest murowany. Jest domem Bożym dla ludzi z różnych kontynentów. Nie pozwala im jednak zapomnieć, że wszyscy jesteśmy pielgrzymami i wciąż pielgrzymujemy, choć wydaje nam się, że w tym kraju znaleźliśmy już swoje miejsce”. Ta parafia tętni życiem: lekcje angielskiego dla cudzoziemców odbywają się na piętrze vis a vis sali, gdzie swoje spotkania ma grupa anonimowych alkoholików. Na lekcje może przyjść każdy, są darmowe. W kuchni kręcą się członkowie grupy AA. Na dole biegają dzieci, które w tym czasie mają swoje zajęcia. Są też inne zajęcia dla zainteresowanych. Po Mszy Świętej trwa adoracja Najświętszego Sakramentu. Cudzoziemcy wychodzącyz kościoła spoglądają ciekawie na tablicę z ogłoszeniami, gdzie pojawia się czasami informacja o pracy. W parafii jest wiele zajęć dla tych, którzy tylko mają czas, by wziąć w nich udział. Jest herbatka dla pań w piątkii joga we wtorki. Grupa charyzmatyczna spotyka się w czwartki, a do tego jeszcze chór i spotkania dla dzieci i młodzieży przygotowującej się do sakramentów.
Trzech księży pracujących w tej parafii również pochodzi z różnych kontynentów. Philip, który opowiada o katolickim kościele w Tunbridge Wells jest z Korei, ksiądz Jozaphat z Afryki, a proboszcz Peter Stodark – wieloletni misjonarz – pochodzi stąd.
Kazania w tym kościele odzwierciedlają ducha parafii – są żywe, bo dotyczą problemów ludzi, którzy z różnych stron świata trafili tutaj, nie ma mowy o polityce, kłótniach i pieniądzach. Kapłani czasami wplotą jakiś żart, by ożywić wszystkich i nie mówią dłużej niż 10–15 minut.
Wiele razy zastanawiałam się, jaki jest sekret tych księży i co sprawia, że ludzie tak lubią tę parafię. Chyba fakt, że to nie księża czują się jej „właścicielami”, to parafianie są u siebie, choć paradoksalnie to oni są tu przybyszami. Na każdym kroku odczuwa się ogromny szacunek wobec wiernych, a jednocześnie mają oni ogromne możliwości, by zaangażować się w działalność parafii.
Kolejną parafią, do której trafiłam był kościół na Hanwell w Londynie. Tamtejszy wikary, ks. Richard Nesbitt, opisał go tak: „W niedzielę przychodzi ok. 2 tys. wiernych. Dzielnica Hanwell w Londynie znajduje się jakby między tzw. małą Polską i Indiami: po prawej mamy Ealing – jedną z typowo polskich dzielnic od czasów wojny, a po lewej mamy Southall – dzielnicę hinduską. Trudno określić z ilu krajów pochodzą wierni naszej parafii. Są tu ludzie z Indii, Sri Lanki, Nigerii, Polski, Irlandiii wielu innych miejsc – parafia oryginalnie była irlandzka. Powstaław XIX wieku. Miała służyć imigrantom irlandzkim budującym kolejw tych okolicach. Dziś najlepiej to widać w czasie pogrzebów, mamy czas, gdy to starsze pokolenie odchodzi i wszyscy ich przyjaciele z tej grupy językowej zbierają się razem. Choć w tej okolicy Irlandczyków i ichpotomków jest już coraz mniej”. Tutaj również nigdy nie nudziłam się na kazaniach ks. Richarda. Mówi on otwarcie o sobie i codziennych problemach swoich parafian, nie żyje w oderwaniu od nich. Może wynika toz bardzo dojrzałej decyzji, by wstąpić na drogę kapłańską, został wyświęcony po 40 roku życia. Faktem jest też, że księża w Wielkiej Brytanii nie opływają w luksus i dobrobyt, jakim charakteryzuje się życie księżyw Polsce. Tutaj bycie duchownym, to mało popularne zajęcie, często mało płatne i narażone na drwiny. Wszystko to czuć w jego kazaniach.
Z moich angielskich obserwacji wynika, że kapłan wcale nie musi być wyjątkowo elokwentny i oczytany, by ludzie lubili jego kazania. Podstawą jest jego postawa wobec wiernego. Jeśli wychodzi ze stanowiska przyjaciela i współbrata, to jego homilie będą przesiąknięte również takimi słowami. Myślę, że kultywowana w Polsce zasada, że ksiądz zawsze naucza, czyli występuje jako mentor, jest lekko przesadzona i staje się powodem wielu nieporozumień. A częsty brak pokory skazuje duchownych na mówienie do „przysłowiowej” ściany.
autor: Małgorzata Białecka
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






