W numerze
 
marzec/kwiecień 2009 » FORUM HOMILETYCZNE »

List do Kaznodziei

Drukuj
Czcigodny Księże!
Postanowiłam napisać co myślę o kazaniach, których słucham w kościele. Pytał mnie Ksiądz o to w ostatnim liście, zaniepokojony, że tak niewiele zmieniło się w moim życiu, po wysłuchaniu tylu homilii.
Wiem, że nie jest łatwo być kaznodzieją, ale słuchaczem kazań, również nie. Jak mam wytrzymać, gdy homilia jest dłuższa niż wszystkie inne części Mszy Świętej razem wzięte? Wielość słów zagłusza najlepsze treści. Słuchając mam wrażenie, że dla kaznodziei homilia jest najważniejsza. A Ksiądz sam mi mówił, że Przeistoczenie. Długie kazanie bardzo mi przeszkadza w udziale w Eucharystii. Pół godziny kazania a tylko 3 minuty adoracji po Komunii Świętej? Te „homilie maratony”, zmuszające do oczekiwania na koniec, niewątpliwie przyczyniają się do ćwiczenia cnoty cierpliwości. Może więc nie powinnam krytykować skoro dobry Bóg najgorsze kazanie i tak umie wykorzystać dla mojego dobra? Powinien Ksiądz jednak wiedzieć, że wyrządzają one straszną szkodę tym, którzy do kościoła przychodzą rzadko, tylko na rezurekcję lub pasterkę. Te świąteczne homilie naprawdę porażają długością i patosem. Myślę, że niektórych tak skutecznie zniechęcają, że przyjdą znowu dopiero za rok.
Czasami mam wrażenie, że sam kaznodzieja nie wie, co chce przekazać ludziom. Jak więc ja mam domyślić się o co mu chodzi? Ksiądz, który się nadmiernie przejmuje różnorodnością słuchaczy mówi, jak sadzę najgorsze homilie, poruszające wiele wątków na raz. Tak, aby każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Uważam, że kto myśli o wszystkich na raz, nie myśli o nikim. Czy to nie pycha zmusza Księdza, by przemówił z korzyścią dla każdego, niczym sam Pan Bóg? Zapewniam Księdza, że „kazania typu groch z kapustą”, czyli o wszystkim i o niczym, mogą być korzystne tylko dla bardzo głęboko wierzących, ale ci i tak ze wszystkiego umieją skorzystać. Reszta w tym czasie albo śpi, albo ćwiczy brakującą nam wszystkim cierpliwość, lub myśli o zakupach. Nie lepiej się nastawić na mówienie do jednej i dla jednej tylko osoby ukrytej w tłumie? Nie lepiej wyjść z konkretnym tematem do tej jednej zabłąkanej owieczki, ignorując jakby wszystkie inne, które jakoś sobie radzą? Nie jest ważne skąd Ksiądz wziął pomysł. Nie ma się co tłumaczyć, że „wczorajsza rozmowa o północy z pewnym penitentem nasunęła mi myśl”. To nieważne, skąd, ważne, żeby powiedzieć i to tak, aby nie wyciskać łez współczucia u parafian, że biedny ksiądz pewnie się nie wyspał.
Szczerość i własny przykład w homilii są dla mnie zawsze cenne. Ale jeżeli sprowadza się to do osobistych zwierzeń, to coś jest nie tak. Taka „egocentryczna homilia” zmusza mnie do myślenia o kaznodziei na Mszy Świętej, a nie o dobroci Boga.
Tak jak moja nastoletnia córka uwielbiam, gdy Ksiądz podaje kontekst kulturowy czytanej Ewangelii, a jeszcze lepiej, gdy tłumaczy dlaczego sytuacja z czytań ma związek z codziennym życiem. Młodzież lubi „kazania od serca”, gdy kapłan patrzy na słuchaczy, widzi w nich dobro, nawiązuje z nimi kontakt, jak w rozmowie. No i nie dołuje, nie poucza, nie krzyczy o nawrócenie.
Gdy mój syn był przedszkolakiem uwielbiał homilie, podczas których można było spacerować, śpiewać i mówić do mikrofonu. Cieszę się jak słyszę takie w parafii. Są proste, jasne, krótkie, zrozumiałe dla dzieci a zabawne dla dorosłych. Zawsze wiem o czym są i wychodzę z zadaniem do wypełnienia w domu. Uważam, że kazania dla dzieci to najlepsze i najbardziej twórcze homilie. I muzyka i gitara, przebrania, rysunki, dużo rekwizytów skupiających uwagę dzieci, ale wciąż tylko jeden temat. Troska, by pokazać jedną rzeczywistość na wiele sposobów. Zastanawiałam się, czy naprawdę potrzebny aż taki teatr. Teraz już nie pytam, bo słyszałam jak ojciec zapytał swego synka po mszy świętej dla dzieci, czy już rozumie na czym polega Miłosierdzie Boże? A mały mu na to pokazał lizaka, którego dostawały wszystkie dzieci po homilii i mówi: „Pan Bóg jest Miłosierny, bo dał mi takiego jak lubię najbardziej, mimo że wczoraj byłem niegrzeczny”. Owocna homilia – zobaczyć dobroć Boga i swoją grzeszność. Też bym tak chciała, ale do dorosłych mówią księża inaczej. Często zawile z użyciem bardzo mądrych teologicznych słów, żeby było wiadomo, że ksiądz jest wykształcony. Często beznamiętnie, monotonnie. Czasem w patriotyczne święto słyszę, po tych szarych nudnych kazaniach jakieś patetyczne, wzniosło–górnolotne słowa wykrzyczane w szale emocji. To nic nie wnosi. Nadmiar jak i brak emocji u mówiącego jest fałszywy, nienormalny. Przecież Ksiądz jest w czasie kazania nadal sobą. Prostota i autentyczność kaznodziei ma w sobie ogromną siłę przekazu. Udawanie kogoś innego, nawet świętego nie przekonuje. Nie można dawać tego czego się nie ma.
Nie lubię kazań, w których kaznodzieja zapomina, że wszyscy przed chwilą wysłuchaliśmy słów Jezusa i zaczyna cytować inne fascynujące jego zdaniem teksty. Uważam, że ksiądz nie może ignorować słów Ewangelii. W ten sposób zniechęca mnie do szukania odpowiedzi w Słowie Bożym.
Msze święte poranne księża odprawiają często w zbyt dużym pośpiechu, by znaleźć czas na homilię. Nic tak nie zachęciło mnie do wsłuchania się w słowa modlitw liturgicznych, jak postawa Księdza, który zawsze ogranicza kazanie do kilku zdań nawiązujących do Ewangelii, jakby nie pokładał nadziei w swoich słowach, lecz w porządnie, spokojnie, odprawionej Mszy Świętej. Uwielbiam „homilie oszczędne w słowa”, jedno lub kilka zdań, ale takich co zostają w pamięci na cały dzień i dłużej. Najlepsze kazanie jakie usłyszałam, wiele lat temu w kaplicy księży orionistów pamiętam do dziś. Ksiądz powiedział tylko: „Cóż mam wam powiedzieć? Słyszeliście sami, że każdy ma swój krzyż, i czy chce, czy nie chce musi go nieść. Więc lepiej już nieść go z ochotą. Amen”.
Gdyby mógł Ksiądz podziękować temu nowemu księdzu z naszej parafii, który zawsze komentując słowa Ewangelii mówi: „To do Ciebie dzisiaj Pan Jezus mówi te słowa…”. Taki zwrot naprawdę pomaga mi usłyszeć głos Boga w homilii.
autor: Grażyna Rybak