Autor jest doktorem teologii, przez wiele lat był wykładowcą homiletyki, tworzył podstawy tzw. homiletyki kontekstualnej, był redaktorem naczelnym „Biblioteki Kaznodziejskiej” (1985-2004).
„A myśmy się spodziewali…” – „O, bezmyślni i nieskorzy do wierzenia”. Tak, tak bywa: u zarania kapłaństwa, duszpasterzowania, posługi kaznodziejskiej wiele zapału, optymizmu, zaangażowania, a potem – jak wygasłe wulkany – „wypaleni”, możemy ulec zwątpieniom, zniechęceniu, rozczarowaniu… Gorzej, gdy gorliwość przemienia się w rutynę, gdy stajemy się bezmyślni, a nawet może nieskorzy do wierzenia. „Trzeba mieć, żeby dać”, a jeśli straciło się, zaczyna brakować zapału lub – nie daj Boże – wiary?
A więc i taką refleksję trzeba nam przeprowadzić, by się uchronić (wyzwolić?) przed „wypaleniem zawodowym” – kolejną chorobą cywilizacyjną, która może dotknąć każdego z nas, a ulegają jej przede wszystkim osób pracujące zawodowo z ludźmi i pomagający innym.
O „wypaleniu” mówi się wówczas, kiedy osoby zaangażowane w określone przedsięwzięcie tracą motywację do działania. Objawia się ona nieuzasadnionym przekonaniem o utracie zdolności do danych zadań, narastającą tendencją do negatywnego myślenia, zagubieniem celu, sensu działania, utratą energii, nawet wyłączaniem się z życia społecznego, co może jeszcze bardziej nasilać istniejące problemy.
Zajrzyjmy do opracowań szeroko dyskutowanego problemu. Na przykład Ewa Bilska podaje, że „Wypalenie zawodowe jest jedną z wielu możliwych reakcji organizmu na chroniczny stres związany z pracą w zawodach, których wspólną cechą jest ciągły kontakt z ludźmi i zaangażowanie emocjonalne w ich problemy. Do nich zalicza się m.in.: pielęgniarki, lekarzy, nauczycieli, psychologów, pedagogów, terapeutów, prawników, pracowników socjalnych, kuratorów sądowych, księży (podkreślenie moje – ks. G.) i osoby zajmujące się szeroko rozumianą pomocą drugiemu człowiekowi” (Jak Feniks z popiołów czyli syndrom wypalenia zawodowego, „Niebieska Linia”, nr 4/2004). Jest to „zespół wyczerpania emocjonalnego, depersonalizacji i obniżonego poczucia dokonań osobistych” (Christiny Maslach), objawia się zniechęceniem do pracy, coraz mniejszym zainteresowaniem sprawami zawodowymi, obniżoną aktywnością, pesymizmem – niezadowoleniem z osiągnięć w pracy, przeświadczeniem o braku kompetencji, utratą wiary we własne możliwości. Minął „miesiąc miodowy” – okres zauroczenia pracą i pełnej satysfakcji z osiągnięć zawodowych. Człowiek zauważa, że idealistyczna ocena swej pracy była nierealistyczna. Pojawiają się stany depresyjne, poczucie pustki i samotności, chęć wyzwolenia się, ucieczki od pracy. „Główna przyczyna wypalenia tkwi w potrzebie sensu życia człowieka. Każda jednostka chce wierzyć, że egzystencja ma sens, a własna aktywność jest pożyteczna i ważna. Silnie identyfikuje się z pracą i angażuje emocjonalnie, a sukces zawodowy traktuje równoznacznie z osobistym. Wszelkie niepowodzenia w dążeniu do zrealizowania założonych celów odbiera jako osobistą porażkę, a to powoduje wypalenie” (Alyala M. Pines, http://scholaris.pl/).
Tymczasem – w wymiarze ludzkim – niepowodzenia, brak widocznych efektów naszego duszpasterzowania, przepowiadania, mogą przygnębiać, jeśli zagubi się ich religijne rozumienie. „O, bezmyślni i nieskorzy do wierzenia…”. Kaznodzieja „sieje”, ale Bóg daje wzrost! On daje łaski, ale od wolnej woli człowieka i współpracy z nią są związane możliwe przemiany. A więc właśnie trzeba także naszej pracy, wysiłku głoszenia słowa.
Zaskakujące: według ankiety przeprowadzonej w latach 1972-2006 przez Instytut Badań Społecznych Uniwersytetu Chicago wśród 50 000 świeckich i duchownych Amerykanów, zawód księdza lub pastora należy do tych, które „dają człowiekowi najwięcej szczęścia”. „L’Avvenire”, dziennik Konferencji Episkopatu Włoch, który w swym wydaniu elektronicznym informuje o wynikach tych badań, pisze, że „zaskoczyły one socjologów”. Byli bowiem przekonani, że najwięcej szczęścia zapewnia praca dobrze wynagradzana, dająca prestiż zawodowy. „L’Avvenire”, przedstawiając wyniki prac chicagowskich socjologów, przypomina, że w latach 1964-2004 było 69 tysięcy księży, którzy „porzucili sutannę”. Ponad 11 tysięcy spośród nich, po przejściu kryzysu, jednak powróciło do kapłaństwa (zob. http://scholaris.pl/).
Samuelu! – Oto jestem – wołałeś mnie
Bracia, cóż mamy robić? – Ożywić motywację swego przepowiadania, usprawnić je, odzyskać energię i zaangażowanie! Co robić? – Rozwijać swoją kapłańską osobowość, starać się o właściwą samoocenę i obiektywnie – rozumem oświeconym wiarą – oceniać rzeczywistość, by radzić sobie ze stresem. Ja służę Panu i ludziom, ale On jest Panem. Paradoksalne: mniej „osobiście” sprawować posługę, tak jakbym był sam i ode mnie wszystko zależało. Jeśli robię, co mogę – reszta zależy od Niego. Co nie znaczy, że nie mam wierzyć w swoje możliwości, że niewiele ode mnie zależy. Praebe se concham et non canalem.
Wypaleniu sprzyjają stresujące sytuacje, których doświadczamy w kontaktach z innymi ludźmi, konflikty ze współbraćmi, zaburzona komunikacja międzyludzka, blokowanie aktywności twórczej, może brak lub niedostateczna umiejętność zarządzania sobą w czasie, przeciążenie obowiązkami… Ale brak wiary w swoje możliwości, unikanie trudnych sytuacji także sprzyja „wypalaniu się” sługi Słowa. Miast smęcić – doskonalić swój warsztat kaznodziejski. Tego wymagamy od fachowców, którzy służą społeczności, a z tych chyba najbardziej od lekarzy.
Może parę konkretnych sugestii homilety. – By pokonać „wypalenie”, radzi się uświadomić sobie własne osiągnięcia w posłudze słowa: co mi się „udaje”, ale także na jakie natrafiam trudności, gdy przygotowuję szkic homilii. Czy nie trzeba by nad tym popracować, znaleźć jakieś źródła?
Warto przypomnieć sobie, że przygotowanie dobrej homilii winno się zaczynać od… słuchania: Boga na modlitwie – tego co zapisano w Piśmie Świętym – tego co mówi otaczający nas świat. Wobec tego wypada pytać się: czy poświęcam dość czasu na modlitwę, refleksję nad tekstem biblijnym, nad problemami ludzi, do których będę mówił, nad wydarzeniami, które ludzi ostatnio absorbują…
Jak analizuję tekst biblijny: powierzchownie, pomijam trudniejsze fragmenty? To „jak” jest ważne, także gdy homilista zastanawia się nad problemami egzystencjalnymi słuchaczy. Czy szukam okazji, by na ten temat zamienić z nimi słowo, zapytać, jak im pomóc?
A gdyby zrobić dalszy krok: nagrać kazanie i odsłuchać: czy powiedziałem to, co planowałem, czy mogli zrozumieć, o co mi chodzi? Czy logicznie powiązałem to, co przeanalizowałem, nad czym się zastanawiałem? Czym mogłem najbardziej poruszyć, przekonać moich wiernych? Który moment homilii był najbardziej trafny? – Wtedy chyba jasno zarysuje się, co trzeba by usprawnić, ulepszyć, a tym bardziej, gdy teraz nie patrzę na zapiski, ale słucham tak jak oni mnie słuchali: tak ostatecznie odebrali moją posługę słowa. Czy styl mówienia był naturalny, myśli właściwie wyakcentowane?
A gdyby homilię odtworzyć koledze i pytać, jaka była główna idea wypowiedzi, co Bóg ci powiedział moimi słowami? Czy pomogłem ludziom zrozumieć i przyjąć ewangeliczne orędzie? Znaleźli powiązanie między natchnionym słowem czytań a światem i problemami, z którymi ludzie się borykają? Czy ich poruszyłem, przekonałem, zachęciłem do działania? Co mogli pomyśleć o mojej wierze, postawie życiowej – moim świadectwie? – Co mógłbym poprawić?
„Przypatrzcie się powołaniu waszemu” – a porównajmy jego realizację z narzucającymi się teraz własnymi wnioskami…
Co mnie zaskoczyło w tym, co mi powiedziano? Zrozumieli, co ja im chciałem powiedzieć, jak ich poruszyć? – Co mam do „dania” słuchaczom? Jak się pogłębić, ulepszyć moją posługę słowa – moją wiedzę – ożywić moje zawierzenie temu, który mnie posłał? – Dobre kazanie głosi ten kaznodzieja, który się rozwija, który… słucha! „O, nieskorzy do wierzenia…”.
(Niektóre sugestie wybrano z portalu anglosaskiego Kolegium Kaznodziejskiego, którego twórcy zachecaja ksiezy internautów do nawiazania kontaktu i szukania pomocy – http://www.collegeofpreachers.org.uk/).
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






