W numerze
 
marzec/kwiecień 2008 » FORUM HOMILETYCZNE »

O bardziej skuteczne kanodziejstwo

Drukuj
Autor jest profesorem, doktorem habilitowanym teologii, prezesem Polskiego Towarzystwa Teologicznego w Krakowie i prorektorem PAT w Krakowie, gdzie kieruje Katedrą Homiletyki Wydziału Teologicznego. Jest autorem wielu książek, m.in. trzytomowej syntezy „Zarys historii kaznodziejstwa w Kościele katolickim” oraz redaktorem tomu „Wielcy kaznodzieje Krakowa”.
 
 
Jezus nauczał jak ten, który ma autorytet, a nie jak uczeni w Piśmie (por. Mt 7,29). Jakże odmienne są słowa głoszone przez nas, współczesnych kaznodziejów. Często nie mają mocy, nie docierają do słuchaczy i nie przekonują ich do prawdy Ewangelii.
 
 
Wydać walkę nudzie
 
Nudne i nieskuteczne kaznodziejstwo było problemem Kościoła od jego początków. Jakby echem tego jest definicja kazania, podana przez słownik Webstera: „Kazanie to wystąpienie dające wskazówki moralne lub religijne, najczęściej w nudny sposób”.
„Jeśli jestem rozczarowany moim kazaniem – zauważa Timothy Radcliffe, generał dominikanów w latach 1992-2001 – pocieszam się przypominając sobie, jak to święty Paweł przez swoje przedłużające się przemówienie, głoszone aż do północy, doprowadził do tego, iż pewien młodzieniec, imieniem Eutych, siedzący na oknie, zasnął i spadł z trzeciego piętra, ginąc na miejscu (por. Dz 20,7-9)1. O ile wiem, przez moje kaznodziejstwo nikt jeszcze nie stracił życia”2.
Humbert z Romans (†1277), generał dominikanów w latach 1254-1263, podał w swoich pismach program nauczania i technikę układania kazań3. Około 1240 roku opublikował traktat o kształceniu kaznodziejów De eruditione praedicatorum, w którym podkreśla, iż słowo kaznodziejskie posiada taką moc, iż zdolne jest wskrzeszać zmarłych. Tak zresztą zrobił św. Paweł ze wspomnianym wyżej Eutychem. Tymczasem nasze kaznodziejstwo nie tylko, że nie wskrzesza z martwych, ale w dodatku usypia żyjących. Można się pocieszać, że kłopoty z nudnymi wystąpieniami mieli nawet święci kaznodzieje. Słynący z niezwykle nudnych kazań Cezary z Arles, chcąc zatrzymać słuchaczy do końca swego wystąpienia kazał służbie kościelnej zamykać drzwi kościoła. Znane są jednakże przypadki odmienne. John Donne, poeta i kaznodzieja anglikański, stwierdza, że purytanie głosili długie kazania dlatego, że kiedy zgromadzenie zapadało w sen, kaznodzieje mówili dalej, dopóki ludzie nie obudzili się ponownie4.
Współczesny kaznodzieja, pragnący z największym oddaniem spełniać posługę słowa Bożego, doświadcza szeregu niepowodzeń. Wynikają one często z błędów popełnianych przez niego, braku zainteresowania ze strony słuchaczy, a często także niekomunikatywnego języka. W poniższym szkicu pragnę zwrócić uwagę na kilka ważnych spraw, od których zależy skuteczność przepowiadania.
 
 
Wnikliwie przeczytać i zrozumieć tekst biblijnych perykop
 
Jakie jest nasze podejście do czytań biblijnych? Błędem, płynącym być może z rutyny, jest podchodzenie do tekstu nie próbując go nawet dobrze przeczytać, a cóż dopiero wnikliwie zrozumieć. Często kaznodzieja narzuca perykopom biblijnym swoje problemy, których w ogóle nie ma w tekstach przeznaczonych na dany dzień. Wówczas to głosi nie tyle słowo Boże, co własne, a w dodatku chce się, aby Bóg się z nim zgadzał. Zdarzało się, iż niektórzy kaznodzieje w Wielki Piątek nie mieli nic więcej ludziom do powiedzenia jak, kierując się słowem Chrystusa: Pragnę! (J 19,28), mówić o grzechach pijaństwa, za które Jezus cierpiał.
Zanim nie wnikniemy w czytania biblijne, nie przeczytamy ich sami (za starą tradycją warto czytać na głos) i dokładnie ich nie zrozumiemy – nie wolno nam głosić słowa Bożego. Współczesny kaznodzieja, nie chcąc pozostać w kręgu własnych fantazji, winien prawidłowo odczytać autentyczny kerygmat perykop składających się na liturgię słowa. Mamy już dzięki Bogu szereg dobrych komentarzy do Pisma Świętego, jak choćby Prymasowska Seria Biblijna, tekst i objaśnienia poszczególnych ksiąg biblijnych opracowane przez KUL i inne.
Oto fragment księgi Amosa (7,12-15), przeznaczony na 15 niedzielę zwykłą roku B:
 
Amazjasz, kapłan w Betel, rzekł do Amosa: „«Widzący», idź, uciekaj sobie do ziemi Judy. I tam jedz chleb, i tam prorokuj. A w Betel więcej nie prorokuj, bo jest ono królewską świątynią i królewską budowlą”. I odpowiedział Amos Amazjaszowi: „Nie jestem ja prorokiem ani nie jestem uczniem proroków, gdyż jestem pasterzem i tym, który nacina sykomory. Od trzody bowiem wziął mnie Pan i Pan rzekł do mnie: «Idź, prorokuj do narodu mego, izraelskiego»”.
 
Ten krótki, kilkuzdaniowy tekst nie zostanie prawidłowo odczytany jeśli kaznodzieja nie sięgnie po dobry komentarz. Dopiero wtedy będzie w stanie dobrze zrozumieć przedstawioną w perykopie sytuację i przedstawić ją słuchaczom nie tylko poprawnie i interesująco, ale także z odniesieniem do współczesności, aktualizując ją. By nie być gołosłownym przytoczę fragment homilii Rolfa Zerfassa, niemieckiego homilety, wyjaśniający powyższy tekst:
 
Król Jeroboam panujący wtedy, gdy działał prorok Amos, miał na swym koncie wspaniałe dokonania: poszerzył obszar Izraela, sprawił, że ważne szlaki handlowe dawały wysokie dochody z pobieranego cła, dzięki czemu rozwinęła się koniunktura, odnotowano widoczny wzrost gospodarczy. Wszystko wskazywało zatem na długi okres bogactwa i dobrobytu. Jeroboam zapragnął mieć świątynię na wzór świątyni jerozolimskiej i wybudował ją. Obowiązkiem ustanowionych tam kapłanów i proroków było przepowiadanie szczęścia i upraszanie błogosławieństwa dla króla. I oto w tej właśnie świątyni, w okresie największego sukcesu króla, Amos zaczyna ostro piętnować ukrytą cenę sukcesu.
Jest nią religijny i moralny upadek. Bóg i Jego pomoc wydawały się czymś tak oczywistym, że wypełnianie praktyk religijnych ograniczało się tylko do świątyni. Nabożeństwa, poruszając wprawdzie serca i umysły, nie miały niczego wspólnego z życiem, nie znajdowały również żadnego rezonansu w codzienności. Nic nie stało na przeszkodzie, by w spokoju ducha odprawiać swoje nabożeństwa, a równocześnie bez cienia wstydu wyzyskiwać oraz oszukiwać najsłabszych w społeczeństwie, nakładając na nich wysokie podatki i wypłacając niskie wynagrodzenia. Amos przemawiający nie jako oficjalnie ustanowiony w świątyni prorok, lecz przybyły do Betel obcokrajowiec, był pasterzem, trudnił się także przycinaniem sykomor. I właśnie ten wieśniak przypisał sobie prawo do nazwania całego zła po imieniu i spojrzenia na nie z Bożej perspektywy.
Możemy sobie doskonale wyobrazić, że w świątyni królewskiej, a więc w jakimś sensie urzędzie państwowym, tego rodzaju krytyka była w najwyższym stopniu niepożądana. Dlatego Amosowi kazano się wynosić: „Wynoś się stąd, idź do Judy, tam skąd przyszedłeś, tam możesz złorzeczyć Izraelowi, ile dusza zapragnie, ale nie tutaj, ponieważ tutaj jest królewska świątynia, i tu my mamy prawo głosu, my decydujemy, o czym można mówić, a o czym nie!”.
Amos został wygnany, ale swoje zadanie wypełnił, wzywając Izraela do porzucenia niesprawiedliwości i wyzysku. Wystąpił odważnie, nie dał się zastraszyć świeckiej i religijnej władzy. Miał świadomość, że posłał go Pan, że działał w zgodzie z własnym sumieniem5.
 
 
Wydobyć „cząstkę ziemi nieznanej”
 
Kaznodzieja powinien sobie zadać trud wydobycia z biblijnych czytań bodaj cząstki ziemi nieznanej. W ten sposób z tekstu pozornie łatwego i powszechnie znanego stworzy nową jakość, sam ją głęboko przeżyje i wzbudzi nią zaciekawienie u słuchaczy. Nie jest to łatwe. Przez wielokrotne czytanie tych samych fragmentów Pisma Świętego stępia się wrażliwość poznawcza. A przecież. Znamienne, że znany detektyw Sherlock Holmes podejmował się rozwikłania jakiejś trudnej sprawy, gdy dostrzegł w niej jakiś dysonans, coś co go zaciekawiło, gdy spotykał się z czymś nietypowym. Tylko taka sytuacja, która zastanawia, zawiera jakąś sprzeczność, czy pozorną niezgodność prowadzi do odkrycia. Ten dysonans jest tym ziarnkiem piasku, który drażniąc i niepokojąc rodzi perłę w ostrydze perłodajnej. Takich scen nie brak w Piśmie Świętym. Uwagę Mojżesza pasącego owce swego teścia Jetry przyciąga płonący krzew, który płonie, a nie spala się (por. Wj 3,1-8a). Jest to więc coś, co sprzeciwia się jego dotychczasowemu doświadczeniu. Zaciekawiony, dlaczego krzew się nie spala, zbliża się i… Podobne doświadczenie staje się udziałem św. Piotra. Ten doświadczony rybak, po całonocnej pracy, w którą wkłożył wszystkie swe umiejętności, z przykrością przyznaje, że nic nie złowił. Tymczasem Jezus prosi, by zarzucił sieci jeszcze raz. Piotrowi wydaje się to bezcelowe. Czyni to tylko dla Jezusa, przekonany, że czeka go kolejne rozczarowanie. Tymczasem „zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać” (Łk 5,6). Dla Piotra jest to znak nadprzyrodzony. Przypada Jezusowi do nóg i mówi: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5,8). Kaznodzieja powinien swoim słowem doprowadzić słuchaczy do spotkania z rzeczywistością nadprzyrodzoną, do doświadczenia religijnego, które przekracza codzienność i nasze umiejętności zawodowe.
Pamiętam jak wielkie wrażenie zrobił na mnie prosty komentarz ks. prof. Edwarda Stańka do znanego tekstu ewangelicznego o ukazaniu się Zachariaszowi w czasie składania ofiary kadzenia anioła przynoszącego zapowiedź narodzin Jana (Łk 1,5-25). Rysunek tej narracji ewangelicznej jest retorycznie bardzo prosty. Przybliżając go kaznodzieja mówił (przytaczam z pamięci): „Istnieją dwa światy: ten, dostrzegany naszymi zmysłami i ten drugi niewidzialny. Pomiędzy nimi zachodzi wzajemne przenikanie i komunikacja. Anioł wie, co jest powodem zmartwienia Zachariasza i Elżbiety. Chociaż byli sprawiedliwi wobec Boga i postępowali nienagannie według wszystkich przykazań i przepisów Pańskich nie mieli jednak dziecka. Boży posłaniec przybywa, by przynieść Zachariaszowi radosną wieść: «Twoja prośba została wysłuchana: żona twoja Elżbieta urodzi ci syna». Anioł mówi precyzyjnie. Nie powiedział: urodzi ci dziecko. Wyraźnie zaznacza: to będzie syn, któremu nadasz imię Jan”. Przyznam, że po takiej wypowiedzi Ewangelia nabrała nowych rumieńców. Kaznodzieja dał mi nowe perspektywy widzenia tekstu biblijnego.
Przygotowanie kazania jest pracą trudną. Polega ono często na walce z tekstem, na zrozumieniu go. Cały ten wysiłek jest jak otrzymanie daru słowa zdolnego choćby w części wypowiedzieć tajemnice wiary. Jest to łaska. Trzeba jej szukać, gdyż szukający znajduje. By być dobrym kaznodzieją twórczym trzeba mieć dar zadziwienia; umiejętność zdumienia nad pięknem przesłania Bożego do człowieka. Wybitny myśliciel żydowski Abraham Joshua Heschel dziękuje Bogu: „Nie prosiłem Cię o sukces, ale o dar zdumienia i Ty mi go dałeś”.
 
 
Waga pierwszego zdania
 
Sprawą niezwykle ważną w każdym kazaniu są pierwsze słowa. To pierwsze wypowiedziane przez kaznodzieję zdanie ma niezwykle doniosłe znaczenie. Nie tylko dlatego, że przerywa ono ciszę, jaka powinna nastąpić po odczytaniu Ewangelii, ale także dlatego, że już po tym zdaniu następuje podświadoma ocena możliwości kaznodziei. W słuchaczu wzbudza się przekonanie: ten kaznodzieja ma coś do powiedzenia, potrafi zaciekawić, bądź przeciwnie – nie ma nic do powiedzenia. Konsekwencją tego jest decyzja: będę lub nie będę go dalej słuchał. Nie wolno więc nigdy zaczynać homilii, gdy asysta krząta się wokół ołtarza, a wierni siadają. Pierwsze słowa są naprawdę ważne. Powinien w nich być zawarty motyw wiodący całej homilii, tak jak w symfonii Beethovena. Powinno to być zdanie skondensowane, bogate w treść, zawierające jak w soczewce skupiającej wiele promieni. Jeśli bowiem kaznodzieja rozpocznie od słów: „Kochani, dzisiaj mamy niedzielę. Jest to 28 niedziela zwykła, roku C” – to po takich rewelacjach nikogo nie zachęci do dalszego słuchania.
O znaczeniu pierwszych słów doskonale wiedzieli wielcy pisarze. Warto prześledzić pod tym kątem kanon dzieł literackich uznanych za klasykę. Lew Tołstoj rozpoczyna swą wielką powieść pt. Anna Karenina zdaniem: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, a każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”. Taka wypowiedź otwiera szerokie perspektywy. Równie ciekawe jest pierwsze zdanie znanego dzieła Aleksandra Sołżenicyna Oddział chorych na raka: „Pawilon onkologii oznaczony był numerem trzynastym”. Zestawienie trzynastki i onkologii wiele mówi. Ogniem i mieczem Henryk Sienkiewicz rozpoczyna podobnie pojemnym zdaniem: „Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia”. Trudno zapomnieć zdanie otwierające Popioły Stefana Żeromskiego: „Ogary poszły w las. Echo ich grania słabło coraz bardziej, aż wreszcie utonęło w milczeniu leśnym”. Czy równie dobre są pierwsze zdania naszego przekazu Ewangelii?
Kaznodzieja ma uświadomić słuchaczom wielkość chwili. Już w pierwszych jego słowach musi dojść do głosu świadomość: Czy zdajecie sobie sprawę, że to Pan mówi? Otwórzmy swoje uszy i słuchajmy Jego słów. Nie jest to łatwe, gdyż współczesne chrześcijaństwo coraz bardziej cierpi na amnezję religijną. Zapomina o Bogu swoich ojców, o Bogu Abrahama, Izaaka i Jakuba, o Jezusie Chrystusie, jedynym Odkupicielu człowieka. Kaznodzieja ma więc we współczesnym człowieku budzić potrzebę udania się „do ziemi płynącej mlekiem i miodem”, ma ten lud otwierać na obietnice, o których on zapomniał.
Prorok Izajasz mówi, iż słowo, które wychodzi z ust Bożych nie wraca bezowocnie, zanim wpierw nie dokona tego, co chce Bóg i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa (por. Iz 55,11). Nasze głoszenie Ewangelii powinno sprawić, że słowo to będzie płodne i stanie się zalążkiem owocu dobra w życiu tych, którzy je słuchają.
Kaznodziejstwo jest nie tyle zwiastowaniem Ewangelii, głoszeniem jej, co dzieleniem się nią. Jeśli potrafimy mówić o naszym doświadczeniu wiary, dawać jej świadectwo – uwiarygodnimy ją.
 
 
Nie zasłaniać sobą Jezusa
 
Wzorem kaznodziei jest Jan Chrzciciel. Mówi on do Jezusa: „Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał” (J 3,30). Kaznodzieja nie może więc skupiać uwagi na sobie, zasłaniając Chrystusa. Przeciwnie, tak jak Jan Chrzciciel ma wskazać na Jezusa: „Oto Baranek Boży”. Zatrzymanie uwagi na sobie, a w konsekwencji zasłanianie sobą Jezusa jest pułapką, która czyha na kaznodziejów wszystkich czasów. Trzynastowieczny dominikanin włoski Jan z Vincenzy był gwiazdą ambony do tego stopnia, że kiedy obcinał sobie włosy, ludzie przepychali się, aby zdobyć choćby kosmyk, tak jakby to były relikwie6. Paradoksalnie umniejszamy się nie poprzez usuwanie wszelkich śladów naszego człowieczeństwa, ale właśnie podejmując je. Jan Chrzciciel mógł ukazać Jezusa właśnie dlatego, że On się wcielił w nasze ciało i posługiwał naszymi pojęciami. Słowo Boże w ciele ludzkim doświadczało bycia człowiekiem. Być kaznodzieją oznacza, iż mam przyjąć Słowo Boże w moim życiu, takim jakim ono jest, z jego sukcesami i klęskami. To właśnie w konkretnym życiu chce zakorzenić Słowo Boże.
 
 
Pożądać wzgórz wiekuistych
 
Kaznodziejstwo jest wreszcie zaproszeniem kierowanym do człowieka, aby opuścił swoje ciasne i duszne więzienie, w którym przebywa i zaczął żyć w wielkich przestrzeniach Boga. Kaznodzieja, niczym Dobry Pasterz, zaprasza stado do opuszczenia zamknięcia, aby wyruszyć w nieograniczone przestworza Boga, które są naszą ojczyzną. Nasze słowa powinny budzić pragnienie szerokiej, słonecznej przestrzeni wzgórz wiekuistych; rzeczywistości Bożych, ziemi obiecanej, w której cała ludzkość będzie się czuła u siebie. Zadaniem kaznodziei pozostaje znalezienie takich słów, które by trafiły do człowieka współczesnego, aby ten pragnął wejść „do domu Ojca, w którym jest mieszkań wiele” (J 14,2).
 
1 „Paweł, który nazajutrz zamierzał odjechać, przemawiał do nich i przedłużył mowę aż do północy. Wiele lamp paliło się w górnej sali, gdzie byliśmy zebrani. Pewien młodzieniec, imieniem Eutych, siedział na oknie pogrążony w głębokim śnie. Kiedy Paweł przedłużał przemówienie, zmorzony snem spadł z trzeciego piętra na dół. Podniesiono go martwego. Paweł zszedł, przypadł do niego i wziął go w ramiona: Nie trwóżcie się – powiedział – bo on żyje. I wszedł na górę, łamał chleb i spożywał, a mówił jeszcze długo, bo aż do świtania” (Dz 20,7-11).
2 T. Radcliffe, Le buisson ardent de la prédication, „Connaissance des Pčres de l’Église” nr 99 (2005), s. 113.
3 D. Roth, Die mittelalterliche Predigtheorie und das «Manuale Curatorum» des Johannes Ulrich Surgant, Basel 1956, s. 54-64.
4 T. Radcliffe, Globalna nadzieja, Poznań 2005, s. 41.
5 R. Zerfass, Od perykopy do homilii, Kraków 1995, s. 163-164.
6 A. Thompson, Revival Preachers and Politics in Thirteenth Century Italy: the Great Devotion of 1233, Oxford 1992, s. 129.
 
autor: ks. Kazimierz Panuś