lipiec/sierpień 2010 » FORUM HOMILETYCZNE »

O ewangelizacji, którą pokazał mi Sobór Watykański II

Drukuj

Nowa ewangelizacja, o której tutaj dywaguję, nie jest nowa przez wyszukane formy działania, spektakularne nazwiska i sposoby przekazu, ale przez świeżość podejścia do każdego człowieka. Słowo podejście nie oznacza tu nowej metodyki, ale dosłownie „podejście”, tzn. zrobienie kilku kroków wprzód, w kierunku każdego człowieka, a nie tylko wobec jakiejś jego kulturowej idei. Może to stać się fundamentem dla budowania zaufania do każdego, kto faktycznie nosi własne imię, a które teraz staje się poznane i uszanowane. Oznacza to konsekwentne przyjęcie takiej etymologii słowa zbawienie, że w całości przekłada się ono na miłość. Doświadczać zbawienia znaczy poznać miłość, która jest darem bez-interesu.

Autor jest doktorem teologii (Papieski Uniwersytet Gregoriański, 2009), wykłada na Wydziale Teologicznym UAM w Poznaniu i jest duszpasterzem studentów tego wydziału.
 
 
Ewangelizacja jest tym, co czyni Kościół żywą wspólnotą. „Wiara umacnia się, gdy jest przekazywana” (RM 2). Jan Paweł II wielokrotnie przypominał, że ewangelizacja jest podstawowym zadaniem Kościoła, który o tyle jest Kościołem Jezusa Chrystusa, o ile kontynuuje Jego misję. Chciałbym przedstawić kilka myśli dotyczących tej problematyki w kontekście naszej obecnej sytuacji kościelnej i społecznej w Polsce. Mam nadzieję, że krótkie przedstawienie mojej subiektywnej diagnozy i wypływających z niej konsekwencji stanie się dla niektórych Czytelników inspiracją do pewnego stylu działań duszpasterskich, a przede wszystkim do pewnego sposobu łączenia tej praktyki z głoszeniem słowa Bożego.
Jan Paweł II nie tylko wzywał do ewangelizacji, ale też nazywał ją „nową ewangelizacją”, co znaczyć miało próbę odnowienia formy przekazu. Mam wrażenie, że przyzwyczailiśmy się tak dalece do tego nowego języka Kościoła, że niekoniecznie to, co nazywane jest dziś nową ewangelizacją, jest naprawdę czymś, co nadaje nową jakość przekazywaniu wiary. Często nowym jest wszystko to, co robimy, nawet jeśli sami zdajemy sobie sprawę, że owo novum ze świeżością nie ma nic wspólnego. Tworzenie nowych form bez głębokiego przekonania, że odpowiadają one autentycznie świeżości ducha i umysłu, raczej nie jest trafioną realizacją papieskiego wezwania. Dziś czasem kpimy sobie z tzw. piosenek oazowych, bo w jakimś sensie minął już czas ich świetności. Swego czasu były one jednak wyrazem pewnej świeżości, bo faktycznie wyrażały nie tylko nową estetykę, ale nowego ducha wspólnoty Kościoła. Nie dziwi mnie więc, że niektórzy młodzi ludzie powracają do mszy trydenckiej, szukając głębokiego przeżycia, a nie tylko nowej formy. Ta ostatnia być może nie niesie za sobą niczego, prócz tego, że jest kolejnym wymysłem w celu urozmaicania duszpasterstwa. Niektórzy duszpasterze prześcigają się w uatrakcyjnianiu Kościoła poprzez coraz to „ciekawsze” ozdobniki okołoewangeliczne, które czasem mocno oddalają się od przesłania chrześcijańskiej nadziei. Nierzadko przepowiadając, czy też przygotowując spotkania tematyczne, podtrzymujemy wciąż tę samą konwencję oczywistych odpowiedzi na oczywiste pytania, usiłujemy łamać tę odczuwalną stereotypowość dobrymi nazwiskami i kolorowymi gadżetami. To, co kryje się za naszym działaniem jest więc narastającym „podskórnie” przeświadczeniem, że prawda chyba nie może się bronić siłą samej prawdy i jakoś musimy jej pomóc. Myślę tu oczywiście o tej najpiękniejszej prawdzie, o której sam Chrystus mówił: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem”.
Zdaję sobie sprawę z tego, że kultura polska galopuje w kierunku konsumizmu i przejawia się to na wielu poziomach życia społecznego. Widzę też wyraźnie, że w naszym nowoczesnym społeczeństwie mamy dużo więcej okazji to tego, ażeby zamknąć się przed przyjaciółmi i sąsiadami w murach nowego domu, a na co dzień tak biegać za pieniędzmi, żeby zapomnieć o tych, których kochamy jeszcze za mało. Z drugiej jednak strony trudno mi uwierzyć, że odpowiednim antidotum będzie Kościół z jego powierzchownymi ozdobnikami, umoralniającymi konferencjami.
Nie chcę pretendować do roli specjalisty, który potrafi diagnozować sytuację najlepiej, ale nabrawszy odwagi po rozmowie z niektórymi redaktorami „Biblioteki Kaznodziejskiej”, chciałbym sformułować kilka wniosków. Przede wszystkim uważam, że zapomnieliśmy o tym, co Jan Paweł II zawsze łączył z ideą nowej ewangelizacji. Gdy nasz wielki rodak podejmował decyzje o nowej formie swojego zaangażowania misyjnego, tzn. o swojej nowej ewangelizacji, dokonywał głębokiej analizy kultury. Sam przypominał zresztą, że dobry głosiciel słowa Bożego to ten, który wpierw zdolny jest do właściwej analizy społecznej na poziomie kultury.
Można wiec pytać dalej: a czym jest kultura? Czy chodzi tylko o kulturę masową czy raczej o tzw. kulturę bardziej wysublimowanych klas intelektualnych? Przypomnijmy sobie w tym momencie klasyczny już w XX wieku spór, który wyznaczyli Matthew Arnold i Edward Tylor. Pierwszy opublikował swój „manifest” kulturowy w 1868 roku i zatytułował go Kultura i anarchia, natomiast drugi w 1871 wydał pionierską wówczas pracę Kultura prymitywna. Faktycznie Arnold sugerował użycie w stosunku do kultury terminu „elokwentna”, czyli taka, która staje się domeną tych, którzy faktycznie „czują się” elokwentni. Tylor natomiast podkreślał szersze znaczenie pojęcia kultura, które odnosiło się raczej do powszechnych odczuć danej społeczności, aniżeli konkretnej grupy. Nie umiem w tym momencie odpowiedzieć na pytanie, czy polskie elity kultury bronią dziś stanowiska Arnolda, przez co pewnie poczułyby się bardziej dowartościowane, czy też więcej jest wśród nich zwolenników odnajdywania tego, co Tylor nazywał rodzajem niewidzialnego poziomu podzielanych przekonań społecznych. Niewidzialność miała się odnosić do przekonań umiejscowionych w najgłębszych, często nieświadomych, strukturach ludzkiej motywacji.
Arnolda definicja kultury odnosi się przede wszystkim do elit inteligenckich, dla których poważne sformułowanie doktryny wiary musiałoby się wiązać z pewnym uprawnionym lub wręcz wymaganym skomplikowaniem sposobu wypowiedzi oraz uzasadnienia treści wiary. Pojawia się jednak pytanie, czy aby faktycznie inteligenci sami nie podzielają tych samych niewidzialnych przekonań, co reszta społeczeństwa? Czy naprawdę bycie człowiekiem wykształconym klasyfikuje kogoś na wyższym poziomie percepcji świata duchowego, a tym bardziej tego, jak i z czym zwraca się do nas Bóg?
Zastanawiam się, o jakiego rodzaju kulturze pisał polski papież? Odpowiedź wydaje się iść w kierunku szerszego znaczenia kultury, ponieważ to właśnie w jego tekstach wielokrotnie mieliśmy okazje czytać o naturalnej zdolności każdego człowieka do oceny tego, co dobre i piękne, a co ostatecznie decyduje o najbardziej podstawowym umocowaniu ludzkiej wolności jako istotowego przymiotu osoby ludzkiej. Analiza kultury dokonywać powinna się więc nie tyle w obrębie zacieśnionych obszarów terminologii filozoficznej, ale raczej na bardziej podstawowym poziomie ludzkiego ducha, który daje o sobie znać w życiu każdego, kto nie zwalnia się z wewnętrznego poszukiwania tego, co piękne i dobre. Owe „niewidzialne przekonania”, o których wspomina Tylor, dotyczą więc w jakiś sposób całej społeczności, zwłaszcza gdy ta kształtuje się w tej samej tradycji kulturowej. Przekonania tzw. inteligencji tylko pozornie są odmienne od przekonań reszty społeczeństwa. Nierzadko różni je od siebie faktycznie tylko forma, a już nie tak bardzo ich ukryta treść.
Jakie ma to znaczenie dla nowej ewangelizacji? Otóż analiza kultury, która poprzedzać powinna głoszenie słowa, jest konieczna nie tyle na poziomie akademickim, tj. w odniesieniu do analizy za pomocą wyszukanych pojęć filozoficznych, ale przede wszystkim w relacji do powszechnych i często nieuświadomionych wyborów egzystencjalnych. Niezależnie od wykształcenia są one w znacznym stopniu kształtowane przez tradycję i podzielaną mentalność. Pytam wiec siebie, czy faktycznie nasze religijne ozdobniki, które pretendują do bycia nową formą przekazu, odnoszą się faktycznie do najgłębszych motywacji człowieka? Czy żyjąc w kraju o tak, a nie inaczej ukształtowanej tradycji religijnej i politycznej, a co za tym idzie pewnego typu mentalności, można mówić o nowej ewangelizacji wtedy, gdy przez nowość rozumie się jedynie czysto powierzchowne przyprawianie „koronek” do starego ornatu? Te „koronki” przybierają często postać bardzo wysublimowanych „barokowych” wywodów i dyskusji, jednak nie docierają tam, gdzie problem rzeczywiście istnieje – tam, gdzie żyje prawdziwy człowiek.
Moim zdaniem to, co kryje się za naszym metaforycznym „starym ornatem” życia religijnego w Polsce, to bardzo powierzchowne aplikowanie treści najistotniejszemu słowu wiary chrześcijan, czyli słowu zbawienie. Wydaje mi się, że powszechne i często nieuświadomione przekonanie, które wyraża treść wiary w dzieło Boga, przekłada się na coś, co streściłbym tak: Bóg ma jakiś interes, który chce w tym świecie załatwić, a kiedy mu w tym pomożemy, On odpłaci nam godnie za poniesiony trud. Nawet jeśli będziemy się posługiwać tym wyszukanym wyrażeniem – „zbawienie dusz”, to i tak bez odpowiedzi pozostaje bardziej podstawowe i egzystencjalne pytanie: A co jeśli poszedłem inną drogą, niż nauka Kościoła, i wcale nie żyje mi się na tej drodze najgorzej? Inaczej mówiąc: A co jeśli sprawę mego życia chcę poukładać inaczej? Czy Bóg na tym straci? A właściwie, kto na tym straci? To więc, co nazywam przekonaniem powszechnym, jest właściwie brakiem głębokiego przekonania, że to „człowiek żyjący” (homo vivens), a wiec jego pełne urzeczywistnienie jako osoby wolnej i szczęśliwej, jest prawdziwą chwałą Boga, a nie to, co w naszej wyobraźni z tym wiążemy, czyli należny Bogu kult i przestrzeganie Jego prawa, które ma „zadowolić” prawodawcę natury ludzkiej. W przeciwnym razie niedaleko będzie nam do przeakcentowania poprawności życia moralnego jako najwłaściwszej drogi do przypodobania się sprawiedliwemu Stwórcy, który w końcu zadecyduje o naszej wiecznej przyszłości. Sadzę więc, że obok znienawidzonej postawy political correctness uprawiamy w Kościele swego rodzaju moral correctness, która w praktyce oznacza pogardę dla różnorodności poziomów odczuwania życiowych powinności, a więc czegoś, o czym faktycznie nie wypada mówić głośno. Dostrzegam też możliwość zaistnienia doctrinal correctness, która z kolej próbowałaby przeakcentować czystość wypowiedzi i form kultu, pomijając – „kościelnopoprawnie” – szczerość ludzkich pytań na zawiłej czasem drodze odnajdywania sensu życia.
Zastanawiam się więc, czy nowa ewangelizacja w naszym kraju jest poprzedzona wystarczająco głęboką analizą szeroko rozumianej „kultury niewidzialnej”? Czy nie podtrzymujemy czasem karykaturalnego obrazu Boga, który w gorsecie „poprawności” kościelnej „objawia się” jako Ten, który o coś dla siebie jednak zabiega? Oczywiście znajdujemy niejedno potwierdzenie w Piśmie Świętym na to, że ten sam Bóg wynagrodzi poszukiwaczy nowych form propagandy „pseudoboskiego interesu”. Pytam jednak, czy Bóg ma do wygrania jakąś swoja sprawę, którą my umiejętnie próbujemy sprzedać elitom społecznym, aby te z kolei, rozumiejąc lepiej „boskie posłanie”, pociągnęły za sobą „społeczne niziny”? Jaką odpowiedź zamierza dać dziś Kościół, który nie chce propagować prawdy jedynie ludzkiej, ale głosić tę, która jest tajemnicą Boga Jezusa Chrystusa? Któż odważyłby się dać jednoznaczną odpowiedź…? I ja sobie na to nie pozwalam. Zapraszam jednak Czytelników do zobaczenia na nowo tego, co w tymże kontekście głosi nam Kościół. Chciałbym zatrzymać się na zaledwie jednym, ale kluczowym zdaniu z dokumentów ostatniej wielkiej duchowej reformy wspólnoty rzymsko-katolickiej, która dokonała się na Soborze Watykańskim II.
W konstytucji Dei Verbum czytamy, że „przez wiarę człowiek cały powierza się Bogu” (KO 5). Owa całość przekracza więc to, co potocznie nazywamy rozumem (jeżeli oczywiście utrzymujemy oświeceniowy postulat o wyrzuceniu „tajemnicy” z obszaru racjonalności) i przez co pojęcia wiary nie odnosimy jedynie do przyjęcia prawd intelektualnie zrozumiałych. Powierzenie się znaczy raczej zaufanie komuś, na kim można polegać. Dziecko nie rozumie wszystkiego, co każe mu robić tata, ale przeczuwa, że jest wystarczająco wiarygodny, aby z zaufaniem podać mu rękę. Ten prosty przykład ukazuje nam zwykłość i prostotę przesłania soborowego. Wnioskujemy stąd, że to nie Bóg ma coś do załatwienia dla siebie w tym świecie, ale że chodzi raczej o nas; o to, abyśmy zaufali Mu na drogach życia, które czasem stają się tak kręte. On sam zaś chce być Bogiem, któremu ludzie powierzają samych siebie, tzn. pokładają w Nim ufność serca.
Jaki jest jednak związek tej ufności z analizą kultury i problemem nowej ewangelizacji? Taki, że nowa forma przekazu nie może oznaczać jedynie nowych form, w które ozdabiamy odziedziczone uproszczenia. Jest to faktycznie pewnego rodzaju zakłamanie – już o tym była mowa – które przeakcentowuje rolę danej idei, jaką musimy rozpropagować, w stosunku do misyjnego zbliżenia się wspólnoty wierzących do człowieka, który zagubił drogę zaufania. Jeżeli bowiem każdą formę krytyki społecznej uznamy za atak na Kościół, tracimy szansę, aby szczerze zapytać wpierw samych siebie, tj. wspólnotę wierzących, co stało się faktycznie z naszym obliczem, które miało przecież być boskim? Dlaczego nie jest tak często godne zaufania? Czy nie jest ucieczką od pytania koncentrowanie sie wokół moralno-kultycznej poprawności? Odwrócić uwagę społeczeństwa od obrazu Boga mającego interes w tym świecie może tylko wspólnota, która o ten interes sama zabiegać nie będzie. Godnym zaufania nie staje się tak bardzo ten, kto przestrzega jakiejś poprawności (G. Giussani), ale raczej ten, kto uznając ważkość dążenia do odkrywania praw moralnych i zachowania czystości doktryny, wpierw jednak powierza się Bogu, który ogarnął go swoją miłością. Odwrócenie tych porządków jest zabieganiem o „jakiś interes”, nie zaś o samego człowieka – chwałę żywego Boga. Uważam więc, że niekoniecznie skandale moralne w Kościele są naszą największą słabością, a z drugiej strony najsilniejszym narzędziem ewentualnej medialnej walki z Kościołem. Utrata zaufania to nie kwestia czystości postępowania moralnego (chyba że niemoralnością staje się pycha, i to z religijnym podtekstem), ale wiarygodności wspólnoty jako przestrzeni, w której naprawdę można spotkać żywego Boga. Również grzeszni ludzie mogą tworzyć Kościół, zresztą zawsze będą go tworzyć. Niewiarygodne staje się jednak każde działanie mające przynieść korzyści, choćby to było karykaturalne ocalenie czystości idei Boga i czystości instytucji, która chce Go reprezentować. Mimo szczerych czasem intencji będzie to nadal pozyskiwaniem czegoś dla siebie, bowiem to nie Bóg boi się przebywać z grzesznikami, ale ludzie, którzy chcą ocalić własną twarz.
Moją wypowiedź piszę w kontekście konkretnych wydarzeń w naszym Kościele lokalnym. Odnoszę się do spotkania młodych z braćmi ze wspólnoty Taizé, które miało miejsce w Poznaniu na przełomie 2009 i 2010 roku. Ci, którzy obserwowali pozytywny ruch we wspólnotach parafialnych (tam, gdzie on faktycznie był pobudzany przez działania zaangażowanych parafian, księży i wolontariuszy), wiedzą, że dokonało się coś pięknego na poziomie podstawowych ludzkich relacji. Samo spotkanie sylwestrowe było tylko zwieńczeniem czegoś, co faktycznie przypominało pielgrzymkowe zabieganie o jakieś dobro. Jakie dobro? Właśnie to, które stało się jakby niewidzialne! Nic się specjalnego nie wydarzyło! Chyba że za coś wyjątkowego uznamy sam fakt, że ludzie w tak wielotysięcznej masie spotykają się na modlitwie, a nawet potrafią utrzymać wspólnie głęboką ciszę. Poza tym jednak nie zwyciężyła żadna „prawda” prócz tej, która zbudowała wzajemne zaufanie!
Papież Jan Paweł II powiedział kiedyś, że do Taizé przybywa się jak do źródła. Teraz zaczynam przeczuwać, co mógł mieć na myśli. Taizé to nie superkościół albo synkretyzm prawd, ale droga do źródła zaufania. Źródło nie jest rzeką, ale jej początkiem. Taizé nie jest wszystkim, co na drodze wiary mamy do odkrycia, ale jest drogą w górę strumienia (por. Tryptyk Rzymski), ku źródłu, które wytryska tam, gdzie ludzie patrzą na siebie z zaufaniem i często niewerbalnie przekazują znamienne przesłanie: „nie mam żadnego interesu – tu przyprowadził mnie Bóg, żeby ciebie spotkać!”
Doświadczenie Taizé w Poznaniu jest więc początkiem pielgrzymki zaufania, którą możemy faktycznie podjąć. Wierzę, że może nas ona zaprowadzić tam, gdzie drzemie w naszym społeczeństwie najbardziej karykaturalne zniekształcenie miłości Boga, czyli pogląd, że Kościół zabiega o jakąś sprawę, że ma jakiś interes. Wspólnota Kościoła nie propaguje idei Boga, ale stara się czynić Go obecnym w tym świecie poprzez bezinteresowną miłość, która wpierw akceptuje człowieka i go przygarnia, zanim będzie wygłaszać mu kazania: „Po tym poznają, żeście uczniami moimi, gdy miłość wzajemną mieć będziecie”.
Ośmielam się więc zaprosić Czytelników do podjęcia pielgrzymki zaufania. Nie wydaje mi się, że musimy wciąż biegać z kąta w kąt, szukając lepszego sposobu czynienia idei Boga bardziej atrakcyjną. Myślę też, że nie w tym leży źródło jakiegokolwiek prawdziwego sukcesu duszpasterskiego! Przestając przejmować się, ilu ludzi przyszło dziś nas posłuchać, popatrzmy na nasze siostry i braci tak, żeby zobaczyć ich oczy i poznać ich imię. Abraham kiedyś przez „głupstwo” prostej gościnności samego Boga przyjął w gościnę.
Może nadszedł już czas, aby powrócić do źródła? Czy nie tego właśnie potrzeba w dobie kultury powszechnego uprzedzenia wobec Kościoła: „przecież oni chcą coś dla siebie osiągnąć…”. Już samo słowo „oni” stawia nas poza okrąg prawdziwego życia naszego społeczeństwa, które wciąż podejrzewa nas o jakiś interes. Czy styl umocowania prawnego, które będzie zabezpieczać nam wejście tam, gdzie nie jesteśmy mile widziani, będzie dobrym sposobem na odzyskanie zaufania społecznego? Czy Bóg będzie chciał wchodzić tam, gdzie „siłą” zrobimy mu przejście?
Nowa ewangelizacja, o której tutaj dywaguję, nie jest nowa przez wyszukane formy działania, spektakularne nazwiska i sposoby przekazu, ale przez świeżość podejścia do każdego człowieka. Słowo podejście nie oznacza tu nowej metodyki, ale dosłownie „podejście”, tzn. zrobienie kilku kroków wprzód, w kierunku każdego człowieka, a nie tylko wobec jakiejś jego kulturowej idei. Może to stać się fundamentem dla budowania zaufania do każdego, kto faktycznie nosi własne imię, a które teraz staje się poznane i uszanowane. Oznacza to konsekwentne przyjęcie takiej etymologii słowa zbawienie, że w całości przekłada się ono na miłość. Doświadczać zbawienia znaczy poznać miłość, która jest darem bez-interesu. Takiej miłości nie odkryjemy poza Bogiem ani w sensie logicznym, ani tym bardziej w sensie egzystencjalnym, który istotnie wpływa na podejmowane na co dzień decyzje życiowe. Miłość jest wiec zbawcza, bo niesie zdrowie ducha i pokój serca, i w końcu staje się dostępna u samego źródła – to jest w Bogu – kiedy wspólnota wierzących owo źródło uobecnia i do niego prowadzi.
Nowa ewangelizacja w naszych czasach to dla mnie dogłębne odkrycie ducha Soboru Watykańskiego II, który na nowo nauczył nas, jak odejść od kościelnego egoizmu szukania własnych interesów, i poprowadził w kierunku prawdziwego realizowania starożytnego zawołania chrześcijan: Gloria Dei homo vivens! Chwała Boga na tym świecie stanie się faktem tylko wtedy, gdy miłość sióstr i braci w wierze stanie się faktem. Kościół o wiele bardziej od wyszukanego języka odpowiednio wyważonych wypowiedzi potrzebuje zwykłych znaków zaufania, którymi wspólnota wierzących żyje wobec Boga i wobec każdego człowieka. Wierzę, że Sobór Watykański II chciał nas uczynić bardziej godnymi zaufania nie dlatego, że będziemy się oczyszczać z grzeszników, ale poprzez siłę znaku miłości braterskiej, w której każdy grzesznik mógłby odnaleźć swój drugi dom. Kiedy bowiem ten ostatni z naszych braci ponownie wyzdrowieje, całe Ciało będzie zdrowe, a krew która je wypełnia, będzie faktycznie znakiem zbawczej mocy miłości Krzyża i współcierpienia braci.

autor: ks. Mirosław Tykfer