W numerze
 
listopad/grudzień 2007 » FORUM HOMILETYCZNE »

Podobnie jak uczniom w Emaus

Drukuj
Autor jest doktorem teologii i komunikacji społecznej. Wykłada na Wydziale Teologicznym UAM w Poznaniu. Jest również rzecznikiem prasowym Kurii Metropolitalnej w Poznaniu.
 
 
Hasło roku duszpasterskiego: „Bądźmy uczniami Chrystusa”, przypomina mi doświadczenie osobowego wpływu jednego człowieka na drugiego. W miłości, w przyjaźni, w pragnieniu naśladowania mistrza, gotowi jesteśmy wyrzec się samych siebie. Niekiedy zmieniamy przyzwyczajenia, ulubione ścieżki, dostosowujemy się do pragnień drugiego człowieka. Z trudem przychodzi nam takie zachowanie w odniesieniu do ludzi, których nie akceptujemy.
Realizacja powołania kapłańskiego zakłada bycie uczniem Chrystusa. Dlatego kaznodzieja w pierwszym rzędzie stawia siebie w roli ucznia, któremu Jezus, podobnie jak uczniom w Emaus, wyjaśnia pisma i łamie dla niego chleb. My sami, zanim zaczniemy głosić, przepowiadać, wyzwalać ludzi z rozmaitych niewoli, chcemy zasiąść z Chrystusem przy stole i pozwolić wyjaśnić sobie, co tak naprawdę wokół nas się dzieje.
 
 
Emaus się zmieniło
 
Wiemy, że Jezusowe orędzie o zbawieniu jest ciągle to samo, ale Emaus się zmienia, zmieniają się funkcje katedr, ksiąg, śpiewów, zmienia się świat, w którym żyjemy. Dlatego stwierdzenie z zakazanego kiedyś przez Kościół dzieła Wiktora Hugo, Katedra Maryi Panny w Paryżu (Notre-Dame de Paris), znanego w naszym języku również pod tytułem Dzwonnik z Notre Dame, przypomina mi o konieczności zapraszania Chrystusa do mojego życia, by On sam wytłumaczył mi swoje słowa i pozwolił znaleźć najwłaściwsze środki wyrazu, zrozumiałe dla współczesnych uczniów Jezusa. „Myśl ludzka, zmieniając swoją formę, zmieni również i środek wyrazu, idea główna każdego pokolenia nie będzie zapisywana w tym samym, co dotychczas, materiale ani w ten sam sposób”1. Dziś nie można mówić już tylko językiem pergaminów do ludzi, którzy rozumieją jedynie zapis elektroniczny.
 
 
To Jezus inspiruje
 
Kiedy zasiądziemy z Jezusem do stołu w Emaus, zrozumiemy, że to On sam prowadzi tę rozmowę, sam ją inspiruje. Jezus usuwa nieporozumienia, przemawia, jak kiedyś do faryzeuszów, pozwala zrozumieć nam zachowanie innych.
„Pięknym powołaniem teologa jest mówienie. To jego misja: w gadulstwie naszych czasów (…), pośród panującej inflacji słów, pozwolić zaistnieć słowom najistotniejszym”2, przypominał członkom Międzynarodowej Komisji Teologicznej Benedykt XVI. Ale zaraz dodawał, że zanim zaczniemy mówić, „potrzebujemy tego milczenia, które staje się kontemplacją, które pozwala nam wkroczyć w milczenie Boga i tak dotrzeć do miejsca, gdzie rodzi się Słowo, zbawcze Słowo”3. Zanim w ustach teologa zabrzmi słowo, które pochodzi od Boga, zanim przemówi Słowo, które jest Bogiem, on sam, głosiciel tego słowa, musi wsłuchać się w Jego głos. „Nasze mówienie powinno służyć jedynie temu, by mówienie Boga zostało wysłuchane, by (…) Słowo Boga znalazło miejsce w świecie”4.
Na tym właśnie polega dialog Jezusa z Jego uczniem, czyli ze mną: chcę, aby zasiał we mnie ziarno swego słowa, pragnę, aby pomógł mi zrozumieć głęboki sens Bożego objawienia. On sam wszystko już powiedział poprzez swoje Wcielenie, ale ciągle – jak w Emaus – wyjaśnia mi pisma, daje się poznać i zrozumieć.
 
 
Kościół, dom, ulica
 
Stołem w Emaus staje się kościół, dom, posiłek z drugim człowiekiem, droga, brzeg jeziora, samotność. Ciągle za mało przeżywamy kapłańskie powołanie jako nieustanne przebywanie z Jezusem. Zanurzeni w myśleniu tego świata, w którym wszystko jest wynagradzane, zapisane w umowach, albo w aneksach do umów, tracimy poczucie chodzenia za Nauczycielem. Z trudem dajemy się ponieść potrzebie chwili, kiedy trzeba nagle kogoś wyspowiadać (nie w wyznaczonej godzinie), powiedzieć teraz dobre słowo, pomóc w tej chwili wstać leżącemu.
Jezus często wypominał uczniom myślenie tylko o swoich sprawach. Mówił: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14,26). Wiemy, że nienawiść w języku hebrajskim nie tyle wiązała się z jakimś ładunkiem emocjonalnym, z wrogością, ale raczej z poczuciem oddalenia. Jezus-Nauczyciel, w niezwykle delikatnym momencie swego nauczania, u szczytu „popularności” („szły za Nim wielkie tłumy”), mówi o byciu uczniem bez reszty, bez oddalania się ani na moment od Niego. Uczeń Jezusa musi kochać bardziej Jezusa niż inne sprawy – niż innych ludzi. Musi postawić Boga na pierwszym miejscu, odsuwając na bok wszystko, co sprzeciwia się wierności Jego słowu. Jezusa trzeba kochać więcej, trzeba Mu się oddać w pełni, bo On „do końca nas umiłował” (J 13,1). Dlatego też, „kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem (Łk 14,27); „nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem” (Łk 14,33).
 
 
Osobowa relacja
 
Greckie słowo uczeń – mathetes – posiada wyraźnie dwa znaczenia. Z jednej strony mathetes to osoba nauczana, od czasownika manthano, uczyć, instruować. Świadectwem użycia tej formy znaczeniowej jest ewangelijne stwierdzenie: „Uczeń nie przewyższa nauczyciela. Lecz każdy, dopiero w pełni wykształcony, będzie jak jego nauczyciel” (Łk 6,40). W Nowym Testamencie mathetes to jednak przede wszystkim ten, który idzie za, od czasownika matheteuo, iść za, postępować za5. Takie rozumienie słowa uczeń zakłada bycie w relacji do drugiej osoby. Uczeń idzie za Jezusem, bo chce z Nim być, chce, by On wpływał na jego życie, by kierował nim, chce pozwolić się Mu prowadzić. Dlatego w Dziejach Apostolskich uczniowie to ci, którzy uwierzyli Jezusowi i idą za Zmartwychwstałym. Ich liczba ciągle wzrastała (Dz 6,1.7), a więc nie obejmowała już tylko bezpośrednich świadków życia Jezusa. To właśnie tych uczniów, jak stwierdza tekst natchniony, w Antiochii nazwano chrześcijanami (Dz 11,26).
W komentarzach biblijnych w języku angielskim stosunkowo często używa się słowa discipleship na określenie relacji „uczniostwa”, bycia uczniem Chrystusa. Zwraca się w ten sposób uwagę na to, że bycie uczniem jest relacją, a więc odniesieniem się do kogoś drugiego, kto z kolei pozostaje w relacji do nas. Warto zauważać w mówieniu o uczniach Chrystusa potrzebę owej osobowej relacji6.
Ewangelie poświęcają dużo uwagi budowaniu tych wzajemnych relacji. W ich świetle można lepiej zrozumieć, że Jezus przyszedł zbawić człowieka w jego konkretnym otoczeniu i zależało Mu na budowaniu więzi z ludźmi, których powołał, by Mu towarzyszyli na drogach życia. Bycie uczniem Chrystusa oznacza budowanie wspólnoty z Nim.
Dlatego kaznodzieja – uczeń Jezusa – uczestniczy w Jego misji („Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”, J 20,21), pozwala prowadzić się Duchowi Świętem, który przypomina to, co Jezus powiedział („Pocieszyciel, Duch Święty, (…) którego Ojciec pośle w moim imieniu, (…) przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem, J 14,26) i prowadzi ku pełni prawdy (por. J 16,13). To właśnie mocą Ducha Świętego Chrystus jest wśród nas obecny i działa we wspólnocie Kościoła, zwłaszcza w sakramencie Eucharystii.
 
 
Głęboka przemiana
 
Jeśli nie ma w nas tego odniesienia do Jezusa żywego i prawdziwego, łatwo stajemy się podobni do uczniów idących do Emaus, zanim zaczęli oni rozmowę z Jezusem. Pięknie mówił o tym doświadczeniu Jan Paweł II w Rzymie do młodzieży przeżywającej Jubileusz młodych: „Boski Nauczyciel wielokrotnie zapowiadał, że powstanie z martwych, i wiele razy dał dowody, że jest Panem życia. A jednak doświadczenie Jego śmierci było tak silne, że wszyscy potrzebowali bezpośredniego spotkania z Nim, aby uwierzyć w Jego zmartwychwstanie: apostołowie w Wieczerniku, uczniowie na drodze do Emaus, pobożne niewiasty przy grobie… Potrzebował go także Tomasz. Kiedy jednak jego niedowiarstwo spotkało się z bezpośrednim doświadczeniem obecności Chrystusa, wątpiący apostoł wypowiedział słowa, w których wyraża się najgłębsze sedno wiary: Jeżeli tak jest, jeżeli Ty naprawdę jesteś żywy, choć zostałeś zabity, znaczy to, że jesteś «moim Panem i moim Bogiem»”7.
Chcemy dostrzegać sens głoszenia słowa Bożego w urzeczywistnieniu zbawczego dzieła Chrystusa w osobowym spotkaniu z człowiekiem i chcemy zaczynać to dzieło w sobie samych. Jeśli Chrystus ukrzyżowany i zmartwychwstały ma zmieniać ludzkie życie przez swoją obecność w słowie kaznodziei, to najpierw pragnie przebóstwić go swoją obecnością. A kaznodzieja, jak zakochany po uszy młodzieniec, powinien dać się przeniknąć Jezusowi i pozwolić dokonać w sobie tej głębokiej przemiany. Bycie uczniem Chrystusa jest dialogiem miłości, w którym spojrzenie Boga i człowieka na najbardziej fundamentalne problemy egzystencji powinny spotkać się ze sobą.
Uczniowie z Emaus uwierzyli dopiero po pokonaniu żmudnej drogi, dużo dłuższej, niż ta z Jerozolimy do wsi oddalonej od niej sześćdziesiąt stadiów. Była to droga duchowego wzrostu, wewnętrznego przeżycia, pokonania uprzedzeń i odkrycia, za kim naprawdę idę i kogo słucham.
 
1 Wiktor Hugo, Katedra Marii Panny w Paryżu, tłum. Hanna Szumańska-Gross, Warszawa, Mediasat, 2005, s. 184.
2 Benedykt XVI, Homilia wygłoszona do członków Międzynarodowej Komisji Teologicznej, Rzym, 6 października 2006 (tłum. własne).
3 Tamże.
4 Tamże.
5 por. Louw-Nida Greek-English Lexicon of the New Testament Based on Semantic Domains, 2nd Edition, Edited by J. P. Louw and E. A. Nida, United Bible Societies, New York, 1988.
6 Relacja, według Słownika języka polskiego (PWN, Warszawa 2004), to: „wszelki związek czy zależność (stosunek) między dwoma (lub więcej) przedmiotami danego rodzaju, pojęciami, wielkościami, itp.”. Wydaje się, że mówienie o osobowej relacji nie wykracza poza ten zakres znaczeniowy.
7 Jan Paweł II, Przemówienie podczas spotkania z młodzieżą, Światowy Dzień Młodych, Rzym, 19 sierpnia 2000 roku.
autor: ks. Maciej Szczepaniak