Kazanie może mówić każdy. Nie wszyscy jednak potrafią skończyć, szczególnie w porę. Im mniej trudu ktoś włoży w przygotowanie, tym więcej trudności ma ze skończeniem. To najczęściej grozi kazaniom w dni powszednie, gdyż kaznodzieje zajęci szkołą i życiem parafialnym mają niewiele czasu na przygotowanie kazania. Często właśnie te wypowiedzi bywają w stylu „ratuj się, kto może”. Zdarza się również, często, że w niewielu słowach kaznodzieja opowie w formie perełki o jakiejś relacji międzyludzkiej na miarę wydarzenia spod Jerycha (por. Łk 10,30-37). To tak, jakby podniósł wdeptaną w ziemię miniaturkę, oczyścił i pokazał jej piękno. Słuchacze nie muszą płakać ze wzruszenia, wystarczy, że odnajdą analogiczne wydarzenie ze swojego życia i pomyślą, że fakt ten był rzeczywistym spotkaniem z drugim człowiekiem lub, „że zmarnowałem tamto spotkanie”.
Dzisiejszy człowiek przesycony publikacjami wydarzeń drastycznych chętnie słucha o normalnym życiu, a czasem i heroicznym i komponuje w ten sposób obraz pełnej rzeczywistości, w której sam żyje i w której żyje świat. W Piśmie Świętym jest bowiem zawarta cała rzeczywistość i w czytaniach z każdego dnia można odnaleźć „lusterko”, by przyjrzeć się sobie. Właśnie takiej pomocy oczekuje człowiek, który zadaje sobie trud bycia na mszy św. lub traktuje to uczestnictwo jako ucieczkę od rzeczywistości. Łączenie wydarzeń biblijnych z życiem jest procesem dojrzewania, a kaznodzieja może w tym pomóc nawet mimo nieświadomości słuchacza.
Następna kwestia, to rzetelność, przedstawienie całej prawdy. Kaznodzieja mówił homilię na temat bogactwa materialnego (Łk 18,24-27) o przechodzeniu wielbłąda przez ucho igielne. Formułuje to przez ucho od igły. Odruchowo pokręciłam głową. To samo zrobiła osoba siedząca obok mnie. Ksiądz to spostrzegł. Ciąg dalszy wydarzeń nie mieści się w definicji homiletyka, więc tu relację zakończę. Nie uważam, że nie wiedział, iż pojawiają się dwie wersje. W kulturze i tradycji polskiej Kościół głosił, że chodziło o przejście objuczonego wielbłąda przez wąską bramę lub szczelinę zwaną uchem igielnym. Nigdzie natomiast nie znalazłam wyrażenia przez ucho od igły. W Polsce szczelina nazwana uchem igielnym istnieje w Kotlinie Jeleniogórskiej. Jest to jedna z trzech jaskiń na Górze Witosza. Istnieją również zaułki nazwane uchem igielnym. Chrystus w swoich przypowieściach odnosił się do rzeczy i spraw znanych słuchaczom. Na przykład: Królestwo niebieskie podobne jest do… Może kaznodzieja powinien był przynajmniej powiedzieć, że w tej kwestii są kontrowersje. Ostatecznie Chrystusowi Panu chodziło o przekazanie, jak wielką przeszkodą może być majątek, jeśli człowiek do niego nie dorasta. Można by przedstawić tych, co dorośli np. Gemelli, którego klinika jest nam tak bliska ze względu na Jana Pawła II. Był to lekarz, ateista, który towarzyszył do Lourdes swojej nieuleczalnie chorej pacjentce, która cudownie odzyskała zdrowie. Nawrócił się, wstąpił do zakonu, a swój ogromny majątek przeznaczył na zbudowanie kliniki. Ojciec Pio, który nic nie posiadał a ufundował szpital. Współczesny nam milioner ks. M. Heller za otrzymaną nagrodę zamierza zbudować instytut pracujący nad budowaniem mostu między nauką a religią.
Byłam świadkiem, że po przeczytaniu fragmentu ewangelii o odnalezieniu Pana Jezusa w świątyni, kaznodzieja powiedział w homilii: I Maryja dała na pewno Panu Jezusowi klapsa. To już jest nierzetelność karygodna! Pan Jezus uznał macierzyństwo Maryi, ale wskazał, że jest również Bogiem. I Maryja dała Mu klapsa?! Inny kapłan natomiast głosił na kazaniu: Kto nie pracuje, niech nie je. Upomniany, że św. Paweł powiedział: Kto nie chce pracować, niech nie je, a Kto nie pracuje, niech nie je powiedział Lenin, odpowiedział, że to przecież wszystko jedno. Jeszcze inny kaznodzieja w okresie Wielkanocy grzmiał na św. Jana Ewangelistę, że był zdrajcą (uwierzył dopiero, jak ujrzał). Mój Boże – bardzo bym chciała dorosnąć do św. Jana. Myślę, że nasza wiedza o Miłości i o miłości byłaby znacznie uboższa, gdyby nie św. Jan Ewangelista. To chyba był popis nowoczesnością przed słuchaczami.
Następnym problemem to wszechobecny hałas. W jednym z kościołów na rekolekcjach dzieci „wdeptywały diabła w ziemię”, tupiąc i skacząc również po ławkach. W innym obszernym neogotyckim kościele również na rekolekcjach dla dzieci był taki hałas, że ławki i ciało drgało od przechodzących fal dźwiękowych. Przechodząca tamtędy osoba, chcąc się pomodlić, zdziwiona zastaną sytuacją, pytała, krzycząc przez zwiniętą w trąbkę dłoń w ucho stojącej obok: „Co to jest?!”. Odpowiedź udzielona w tej samej formie brzmiała: „Rekolekcje!”. Kapłan przyjechał pod kościół samochodem, w którym wrzeszczało wniebogłosy(?) radio, po czym poszedł odprawiać mszę św. (z kazaniem). A Kościół przez wieki uczył, że słowa Boga słucha się w ciszy serca. Jak kapłan, który nie ma potrzeby wyciszania się, potrafi wyciszyć swoją obecnością uczestników mszy św.?
Homiletyka nie musi się dostosowywać do mody na wątpliwą uczoność czy do upodobań tego świata, bo jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? (Mt 5,13). Tak mnie i miliony innych ludzi uformowały i ukształtowały homilie kapłańskie. Teraz też są kapłani zwyczajni, jak i mistycy, czy homiletycy i jest nadzieja, że podołają wśród coraz trudniejszego świata. Dziś też słyszy się homilie pełne mądrości i miłości do słuchacza i troski o jego wzrost. Trzeba jednak zdawać sobie coraz bardziej sprawę z niebagatelnych zagrożeń.
autor: Teresa Cybulska
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






