Autor jest doktorem habilitowanym homiletyki, adiunktem PAT w Krakowie, wykładowcą homiletyki w WSD Redemptorystów w Tuchowie. Był współtwórcą i redaktorem naczelnym serii „Redemptoris Missio”.
Słowo „uczeń”, dziś spontanicznie kojarzony ze szkołą, w starożytności kojarzył się z nauczycielem. Starożytni retorzy wyznawali zasadę, przeniesioną przez świętego Augustyna na grunt kościelnego przepowiadania, pierwszeństwa obcowania z mistrzem nad studium teorii1. Także bycie „uczniem” Chrystusa, nie wiązało się z uczęszczaniem do jakiejś szkoły, ale z obcowaniem z Nim. Chrystus obdarzany był tytułem Rabbi, czyli Nauczyciel (por. Mt 26,25;49). Tytuł ten wyraźnie akceptował: „Wy mnie nazywacie „Nauczycielem” i „Panem” i dobrze mówicie, bo nim jestem”(J 13,13). Domagał się przy tym, by uznawano Go za nauczyciela bezkonkurencyjnego: „Jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus” (por. Mt 23,10).
Do uczniów Chrystusa mogli być zaliczeni ci, którzy pozytywnie odpowiedzieli na Jego zaproszenie (por. Mk 3,13; Łk 6,12). Zaliczało się do nich grono Dwunastu, (por. Mt 10,1; 12,2), szersze grono uczniów (uczennic), którzy szli za Jezusem, jak owych siedemdziesięciu dwóch wysłanych z misją obwieszczania bliskości królestwa Bożego (por. Łk 10,1), później – wszystkich chrześcijan, choćby osobiście Mistrza nie słuchali (por. Dz 6,1)2.
Uczniów Chrystusa charakteryzowało to, że byli oni związani nie tyle z Jego doktryną (jak w przypadku uczniów doktorów żydowskich), co z Nim samym. Musieli też spełniać określone warunki, takie jak: bezkompromisowość pójścia za Nim (por. Mt 19,27; Mk 1,17-18), wykluczenie cofania się (por. Łk 9,62), przedkładanie związku z Nim ponad więzi rodzinne (por. Łk 14,26), towarzyszenie Mu (Mk 3,14) naśladowanie Go (Łk 14,27), dzielenie Jego losu w cierpieniu i w chwale (por. Mt 19,27-29).
Szczególnym zaś obowiązkiem uczniów Chrystusa było głoszenie słowa Bożego. Dotyczyło ono tak Dwunastu, których ustanowił by Mu towarzyszyli, by mógł wysłać ich na głoszenie nauki (Mr 3,14), jak i szerszego grona uczniów (uczennic) (por. Łk 10,1), oraz wszystkich wierzących (por. Dz 18,24-26).
Kto zatem uznaje się za ucznia Chrystusa musi czuć się posłanym do głoszenia słowa Bożego. Głosić zaś powinien na wzór swego Mistrza. Nie od rzeczy więc będzie przypomnieć sobie, czym odznaczało się głoszone przez Niego słowo.
Jezus głosi słowo Boże
Powołując się na otrzymane posłannictwo Jezus zapewnia swoich słuchaczy, że głoszone przez Niego słowo jest słowem Boga: Ten, kogo Bóg posłał, mówi słowa Boże (J 3,34). Jego słowa były Boże nie tylko w tym znaczeniu, że przemawiał jako Posłaniec Boga, ale i w tym, że były one tożsame ze słowem Boga, mówił bowiem to, co Bóg chciał przez Niego powiedzieć. Wielokrotnie przekonywał o tym słuchaczy, oświadczając: „Nauka nie jest moją, lecz Tego, który Mnie posłał” (J 7,16); czy też: „To mówię, czego Mnie Ojciec nauczył”(J 8,28). Podsumowując całość przepowiadania Jezusa Benedykt XVI mógł zatem napisać: „Nauczanie Jezusa nie zostało wzięte z żadnych ludzkich nauk. Jego źródłem jest bezpośrednie spotkanie z Ojcem, dialog prowadzony «twarzą w twarz», widzenie Tego, który jest w łonie Ojca. Jest słowem Syna”3.
Mistrz z Nazaretu wzywa zatem wszystkich mówców kościelnych, aby głosili nie co innego, tylko słowo Boże; nie upodabniali się do faryzeuszy i uczonych w Piśmie, których słowa często „znosiły słowo Boże” na rzecz ludzkiej tradycji (por. Mk 7,13). Słudzy słowa powinni raczej upodabniać się do jednego z najwierniejszych naśladowców Chrystusa, świętego Pawła Apostoła, którzy zapewniał: „Oświadczam więc wam, bracia, że głoszona przeze mnie Ewangelia, nie jest wymysłem ludzkim. Nie otrzymałem jej bowiem ani nie nauczyłem się od jakiegoś człowieka, lecz objawił mi ją Jezus Chrystus” (Ga 1,11-12).
Zwrócenie uwagi na sposób nauczania Jezusa wydaje na czasie dziś, kiedy z jednej strony narasta tendencja do sprowadzania misterium przekazu słowa Bożego do atrakcyjności publicznych wystąpień, z drugiej zaś – nie milkną oskarżenia, że słowo Boże nie zajmuje należytego miejsca w przepowiadaniu. Przedstawicielka lefebrystów zapraszając mnie pewnego razu na rekolekcje do swego kościoła, argumentowała: „bo tu mówi się o Bogu, i – wskazując gestem na widniejące w oddali wieże kościołów katolickich, dodała – a tam mówi się o polityce”. Nie przywiązując oczywiście zbytniej wagi do słów lefebrystki, warto jednak byłoby przy ich okazji pomyśleć, czy w owym, dość powszechnym zresztą zarzucie, nie ma trochę racji? Czy w naszym przepowiadaniu miejsce słowa Bożego nie zaczyna zajmować socjologia, psychologia, ekonomia, czy wreszcie owa – pożal się Boże – polityka?
Rozwiązanie problemu idzie zdaje się po linii zapewnienia należytego miejsca słowu Bożemu najpierw w całości naszego życia chrześcijańsko-kapłańskiego. Zdaniem natomiast bpa Z. Kiernikowskiego w naszym przeżywaniu chrześcijaństwa nie ma miejsca na słowo Boże: „Odczytujemy słowo Boże, bo trzeba je odczytać, ale go nie słuchamy, nie jesteśmy przygotowani do tego, żeby słuchać, nie przykładamy wystarczającej wagi, żeby ono stanowiło centrum liturgii. Oczywiście, nie wystarczy urządzić procesji wprowadzającej księgę Pisma Świętego, okadzić ją i wykonać przed nią ukłony. Ona nie znajduje miejsca w naszej przestrzeni psychicznej, w przestrzeni życiowej. Jesteśmy ludźmi w dużej mierze nastawionymi na to, żeby „produkować” własne formy pobożności: modlitwy, gesty, obrzędy, natomiast za mało jesteśmy ludem słuchającym słowa Bożego”4.
Życzyć by sobie zatem należało, aby tak często wypowiadane przez nas w Liturgii Godzin słowa psalmu: „Budzą się moje oczy jeszcze przed świtem, aby rozważać Twoje słowo” (Ps 119,148), z estetycznego wzruszenia przeszły w rzeczywistość naszego życia.
Jezus głosi słowo własne
Słowo Boże Jezus głosi jako słowo własne. Najpierw w tym sensie, że w pełni akceptuje to, o czym mówi, że nie ujawnia najmniejszego rozdźwięku pomiędzy głoszonym słowem, a własnymi przekonaniami. Jego głoszenie nie było jakimś, obowiązkowym, suchym, neutralnym, obojętnym, powtarzaniem słów Boga. Jego głoszenie przewyższało zatem funkcję herolda, którego obowiązkiem jest wyłącznie wierne powtórzenie cudzego słowa, bez ujawniania osobistego do niego stosunku. Chrystus głosił słowo Boże, jako słowo własne.
Działo się tak zarówno z powodu przytoczonej wyżej racji, jak i z powodu racji o wiele poważniejszych. Głoszone przez Niego słowo było Słowem, które pochodzi z ust Bożych (Mt 4,4). Wszak był On Wcielonym Słowem Boga. Głosząc zatem słowo Boże wypowiadał siebie. A więc, nie w jakimś jedynie metaforycznym sensie, ale w sensie dosłownym, słowo Jezusa było i Boże i Jego własne, gdyż było słowem, które pochodzi z ust Bożych5. Benedykt XVI stwierdza wyraźnie, że „Jezus zawsze mówi o Bogu. Ponieważ jednak On sam jest Bogiem – Synem – całe Jego przepowiadanie jest zwiastowaniem Jego własnej tajemnicy”6.
Z tego też względu Jezus nie musi się powoływać na autorytet Prawa, jak czynili to uczeni w Piśmie i faryzeusze, gdyż wystarcza mu autorytet własny, wyrażany w orzeczeniu: „A ja wam powiadam” (Mt 5,22). Stąd Jego przepowiadanie budziło powszechne zdumienie: „Uczył ich bowiem jako ten, który ma władze, a nie jak uczeni w Piśmie”(Mk 1,22).
Ów charakterystyczny rys przepowiadania Jezusa stanowi kolejne, ciągle aktualne, wyzwanie dla wszystkich sług słowa. Przypomina im ono, że nie mogą poprzestawać na teoretycznym zgłębianiu słowa Bożego, na porywającej jego popularyzacji, czy błyskotliwej aktualizacji, gdyż wymaga się od nich również, a może przede wszystkim, przyswojenia go sobie, uczynienia własnym tak w teorii jak i w praktyce osobistego życia.
Myśl tę dosadnie i przekonująco wypowiada kard. J. Ratzinger, w jednej ze swoich książek, pisząc: „Mam przekazywać słowa kogoś Innego, a znaczy to, przede wszystkim, że muszą je znać, muszę je zrozumieć, muszę je przyjąć za swoje. Ale to głoszenie wymaga jednak czegoś więcej niż postawy telegrafisty, który przekazuje wiernie cudze słowa, nie interesując się zgoła ich treścią. Muszę mianowicie te słowa przekazywać w pierwszej osobie i tak się z nimi utożsamić, by stały się one moimi własnymi. Orędzie to bowiem potrzebuje nie dalekopisu, lecz świadka” 7.
Odwiedzając Polskę już jako Papież, uznał za stosowne, kontynuując niejako wyżej przywołaną myśl, przypomnieć nam o czymś zdawałoby się znanym, a jednak na ogół zapominanym, że współcześni słuchacze oczekują od nas nie czegoś innego, jak właśnie przyswojonego i osobiście przez nas przeżytego słowa Boga. Przypomnijmy sobie te, godne stałej refleksji, jego myśli: „Wierni oczekują od kapłanów tylko jednego, aby byli specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem. Nie wymaga się od księdza, by był ekspertem w sprawach ekonomii, budownictwa czy polityki. Oczekuje się od niego, by był ekspertem w dziedzinie życia duchowego”(…). „Aby przeciwstawić się pokusom relatywizmu i permisywizmu nie jest wcale konieczne, aby kapłan był zorientowany we wszystkich aktualnych, zmiennych trendach; wierni oczekują od niego, że będzie raczej świadkiem odwiecznej mądrości, płynącej z objawionego Słowa” (Przemówienie do duchowieństwa, Warszawa, Archikatedra św. Jana, 25.05.2006).
Przypominając o prymacie życia duchowego, Papież odważa się być, nie tylko zresztą w tym przypadku, jakby mało atrakcyjnym i mało współczesnym, ale za to ponadczasowo merytorycznym. Gdzie indziej bowiem, jak nie w życiu duchowym bije właściwe źródło skutecznego pasterzowania, w tym i interesującego głoszenia słowa? Kto bowiem przyswoił sobie słowo Boże i stara się nim żyć na co dzień, ten w każdej sytuacji będzie miał coś interesującego, bo własnego, na jego temat do powiedzenia, tak jak na temat własnego samochodu, telewizora lub komputera.
Jezus głosi słowo żywe
Słowo głoszone przez Jezusa jest słowem żywym. Odpowiadało ono naturze słowa Bożego, które ze swej natury jest żywe (por. Hbr 4,12). Trzeba by mieć zresztą niezwykle wybujałą fantazję, by wyobrazić sobie, jak Chrystus, wygłaszając homilię w synagodze nazaretańskiej, wyciąga spod tuniki jakiś jej szkic, a dłuższe Kazanie na Górze odczytuje z papirusowego zwoju.
Będąc wędrownym prorokiem najczęściej przemawiał w drodze, nawiązywał relacje osobowe ze słuchaczami, wchodził z nimi w dialog. Jego przepowiadanie posiadało wyraźnie charakter komunikacji bezpośredniej, pozwalającej Mu oddziaływać na wszystkie zmysły człowieka, nie wyłączając zmysłu dotyku, odgrywającego wielką rolę w przypadkach dokonywanych uzdrowień.
Wypowiadane przez Jezusa słowo było żywe, czyli aktualnie rodzące się, wsparte wymownym gestem. Stosowany język był mówiony, potoczny, konkretny, życiowy, obrazowy. Obrazowość wypowiadała głównie w przypowieściach. Święty Mateusz zauważa, że: „Wszystko mówił Jezus tłumom w przypowieściach, a bez przypowieści nic im nie mówił” (Mt 13,34).
Jednym z bliskich nam przykładów języka zbliżonego do nauczania Jezusa może być język wypowiedzi sługi Bożego Jana Pawła II, który, zdaniem językoznawców, jest „językiem zrozumiałym (co nie znaczy łatwym), pozbawionym zbytniego patosu, czasem bardzo żywym, ekspresywnym, choć bez przesadnej uczuciowości, wzbudzającym postawę nadziei, radości, dającym poczucie ludzkiej godności, głębokiej ludzkiej wartości i wreszcie językiem, działającym na wyobraźnię, kształtującym poczucie piękna”8.
Nieodparcie przychodzi tutaj na myśl znane powiedzenie świętego Pawła Apostoła: „litera bowiem zabija, Duch zaś ożywia” (2 Kor 3,6). Wprawdzie służy mu ono przede wszystkim do scharakteryzowania Dawnego i Nowego Przymierza, ale w sposób metaforyczny zastosuje się do przedmiotu naszych rozważań. Wszak od słowa litera wywodzi się słowo literatura, oznaczające teksty przeznaczone do czytania. Głoszenie słowa staje się też niekiedy lekturą „kaznodziejskiej literatury”, co pozbawia je życia; litera bowiem zabija. Kiedy natomiast zachowuje postać słowa mówionego, czyli aktualnie wypływającego z najgłębszych pokładów ludzkiego ducha, staje się żywym: Duch zaś ożywia. Dlatego posługujący się żywą mową Jezus mógł zapewniać: „Słowa, które ja wam powiedziałem, są duchem i życiem” (J 6,63).
Przepowiadanie Jezusa za pośrednictwem żywego słowa skłania nas jeszcze do zwrócenia uwagi na wartość przepowiadania bezpośredniego. Epoka niebywałego rozwoju środków komunikacji medialnej zmusza do zastosowania ich w głoszeniu słowa Bożego. Nowe pokolenie sług Słowa to właśnie skutecznie czyni, a czynić będzie z większym jeszcze powodzeniem. Fascynacja mediami może wszakże prowadzić do niedoceniania walorów przepowiadania bezpośredniego. Stwarza ono przecież możliwość oddziaływania na wszystkie zmysły człowieka, czym nie dysponuje przepowiadanie pośrednie. Przemawiając w telewizji (Internecie) oddziałuje się jedynie na zmysł wzroku i słuchu, a w radiu – jedynie na zmysł słuchu. W przepowiadaniu bezpośrednim zyskuje się również, bardzo ważne dla skutecznego słuchania, wsparcie fizycznej obecności liturgicznego zgromadzenia, czego jest się pozbawionym w przepowiadaniu pośrednim. To ostatnie nie może też wytworzyć rzeczywistej interpersonalnej komunikacji, która jest naturalną przestrzenią zaistnienia komunikacji z Bogiem. Bez niej posługa słowa przestaje być żywym pomostem między Bogiem a ludźmi, realnym pośrednikiem toczącego się pomiędzy nimi dialogu. Łatwo zamienia się w informację, indoktrynację, polemikę. Dlatego też przepowiadanie pośrednie uznaje się zazwyczaj, wprawdzie za niezwykle cenną, ale jedynie preewangelizacyjną działalność. W przepowiadaniu bezpośrednim doświadcza się wreszcie czegoś, o czym wie każdy prawdziwy sługa słowa, a mianowicie poczucia uczestniczenia w przedziwnej tajemnicy słowa mówionego. Przepowiadanie bezpośrednie najskuteczniej wywołuje też odpowiedź wiary dlatego pozostaje ciągle niezastąpioną formą przepowiadania.
Trzeba by mieć zatem niezwykłe bujną fantazję, aby wyobrazić sobie, jak działający dzisiaj Jezus cały czas spędza w studio radiowym, telewizyjnym, czy na czacie internetowym, rezygnując z bezpośredniego kontaktu z człowiekiem, ze spojrzenia mu prosto w oczy, z odczucia jego reakcji, z dotknięcia jego ran.
Jezus głosi słowo uzdrawiające
Lektura Ewangelii prowadzi do oczywistego wniosku, że „Jezus nauczający jest jednocześnie Jezusem uzdrawiającym”9. Ewangelista Mateusz podsumowując Jego działalność stwierdza, że „Jezus obchodził wszystkie miasta i wioski. Nauczał w tamtejszych synagogach, głosił Ewangelię królestwa i leczył wszystkie choroby i wszystkie słabości”(Mt 9,35). Związek głoszenia bliskości Królestwa Bożego z uzdrawianiem mieli kontynuować Jego uczniowie. Nakazał bowiem najpierw Dwunastu, aby głosząc słowo zarazem „leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości” (Mt 10,8), następnie zaś i innym siedemdziesięciu dwom: „uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie przybliżyło się do was królestwo Boże” (Łk 10,9).
Cudowne uzdrowienia dokonywane przez Jezusa i Jego uczniów, aczkolwiek były wyrazem litości dla ludzi, miały raczej symboliczne znaczenie. Wskazywać one miały na istotną chorobę człowieka, jaką jest zniekształcona przez grzech relacja do Boga, oraz oferować jedyne na nią lekarstwo w postaci nawrócenia i wiary w bliskość królestwa Bożego (por. Mk 1,15). W uzdrowieniach chodziło zatem o zbawianie, czyli o zaleczenie rany grzechu, który owocuje duchową i fizyczną chorobą. Człowiek jest jednością duszy i ciała, stąd: „Kto rzeczywiście chce uzdrowić człowieka, musi go postrzegać w jego całości, musi też wiedzieć, że pełnego jego uzdrowienia należy szukać jedynie w miłości Boga”10.
Nic tedy dziwnego, że głoszenie słowa Bożego, podstawowa funkcja Kościoła, od początku wiąże się z posługą uzdrawiania. Ma ono być znakiem uzdrowienia, jakiego dokonuje w nim słowo Chrystusa. Ale nie tylko! Ma ono również owemu uzdrawianiu służyć, pomagając w swym ludzkim wymiarze doświadczyć uzdrawiającej mocy słowa Bożego. Aby mogło tę misję wypełnić powinno ono już w ludzkiej swej postaci objawiać uzdrawiający charakter. W swoim ludzkim wyrazie nie osłabiać, ale ożywiać wiarę w uzdrawiającą moc słowa Bożego. Aby tak właśnie było, powinno odznaczać się pewnymi przymiotami:
– Powinno być przyjazne człowiekowi. Nie jako wyraz kurtuazji, ale miłości pasterskiej (caritas pastoralis), będącej podstawą całej działalności Kościoła. Jan Paweł II, powołując się na autorytet świętego Augustyna przypomina, że cała posługa kapłańska powinna być traktowana jako obowiązek miłości (amoris officium) do człowieka (por. PDV 24). Czemu więc inaczej miałoby być traktowane głoszenie słowa Bożego, będące przecież pierwszorzędnym wyrazem tej posługi? Benedykt XVI stawia przed oczy sługom słowa postać Chrystusa przyjaźnie patrzącego na świat, jak na „Bożą rolę” (por. Mt 13,38-43), na której dojrzewa wielkie żniwo, potrzebujące robotników. Jego zdaniem postawę Jezusa charakteryzuje głęboki optymizm, opierający się na ufności w moc Ojca – „Pana żniwa” (Mt 9,38), która powinna być podstawą naszej nadziei, że ziarno słowa Bożego zawsze przynosi owoce (por. Mt 13,3-8) (Przemówienie do kapłanów i diakonów, Fryzyga, 14.09.2006).
Spojrzenie Jezusa jest pełnym miłości spojrzeniem dobrego gospodarza. Cóż by to bowiem był za gospodarz, który by z niechęcią patrzył na dojrzałe do żniw łany zbóż; nie cieszył się, że tyle z wrzuconych w ziemię ziaren wydało plon trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny, a niektóre nawet stokrotny!
W wyobraźni Jezusa obraz czekających na żniwiarzy łanów zbóż, kojarzy się z owcami potrzebującymi pasterza oraz nakłada się na widok otaczających Go tłumów. Budzi się w Nim uczucie litości, co odnotował święty Mateusz: „A widząc tłumy litował się nas nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza. Wtedy rzekł do swych uczniów: «Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo»” (Mt 9,36-38).
Gdy w głoszonym słowie przejawia się miłość do człowieka posiada ono uzdrawiającą moc. Z jednej bowiem strony przyczynia się do wyzwolenia słuchaczy z rozmaitych postaci frustracji, lęków, załamań, zwątpień, depresji, z drugiej natomiast – pozwala łatwiej zrozumieć, że są oni przedmiotem czułej troski Boga.
– Powinno być solidarne ze słuchaczami. Dobrze by było, aby wchodząc na ambonę sługa Słowa pamiętał, że ma być kontynuatorem misji Jezusa, który w nazaretańskiej synagodze oświadczył, że został posłany, aby:„ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana” (Łk 4,18-19). Przepowiadanie, w duchu ucznia Jezusa, ma zatem ujawniać ludzką, chrześcijańską i kapłańską życzliwość wobec wszystkich, nie wyłączając ludzi z marginesu społecznego.
Rzecz niewątpliwie godna uwagi, że Benedykt XVI podczas pierwszej pielgrzymki do Polski nie tylko sugerował, ale wprost nakazywał nam przyjęcie owej postawy solidarności z wiernymi, w dobrze znanych nam słowach: „Bądźcie autentyczni w waszym życiu i posłudze. Wpatrzeni w Chrystusa, żyjcie życiem skromnym, solidarni z wiernymi, do których jesteście posłani”. W tym samym przemówieniu uznał za stosowne przypomnieć: „Trzeba odrzucić chęć utożsamiania się jedynie z bezgrzesznymi. Jak mógłby Kościół wykluczyć ze swojej wspólnoty ludzi grzesznych? To dla ich zbawienia Chrystus wcielił się, umarł i zmartwychwstał” (Przemówienie do duchowieństwa, Warszawa, Archikatedra św. Jana, 25.05.2006).
Mówienie z podwyższenia ambony nie upoważnia do jakiegokolwiek wynoszenia się ponad słuchaczy. Wprawdzie sakrament świeceń upoważnia nas do oficjalnego przemawiania z ambony, pozostajemy nadal słuchaczami słowa Bożego, na równi z tymi spod ambony. Podobnie jak oni, borykamy się też z trudnościami związanymi z prowadzeniem życia według wymogów głoszonego słowa. Kiedy się o tym pamięta, łatwiej ustrzec się utrudniającej komunikację wyniosłości, tak często zresztą piętnowanej przez słuchaczy.
Solidarność ze słuchaczami nie oznacza oczywiście jakiegoś chrześcijańskiego relatywizmu, nie oznacza rezygnacji z głoszenia całej treści Dobrej Nowiny, z odważnego przypominania niepopularnych prawd, z piętnowania występków. Oznacza natomiast zachowanie niezbywalnego szacunku dla człowieka, chęć jego zrozumienia, pragnienie wczucia się w jego sytuację, okazania mu miłości, w jakiejkolwiek znajdowałby się sytuacji.
Solidarność, o jakiej mówimy, zakłada wrażliwość na człowieka i jego przeróżne doświadczenia, której brak tak często zarzucają nam słuchacze. Wrażliwość mówcy pozwala odczuć, jak Bóg przez swoje słowo solidaryzuje się z ludźmi w ich radościach, smutkach, cierpieniach, osamotnieniu, zranieniach emocjonalnych i duchowych.
– Powinno posiadać pozytywny charakter. Mistrz z Nazaretu istotę swej misji ujął w słowa: „Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony” (J 3,17). Chcąc okazać się pojętnymi uczniami naszego Mistrza, powinniśmy nadawać przepowiadaniu pozytywny charakter tak, by okazywało się ono bardziej w służbie zbawiania niż potępiania; by nie zarzucano nam tkwienia jedynie w kręgu zła, częstszego przerażania grzechem niż zachwycania Bogiem. Korzystniej zapewne byłoby zamiast ciągłego przedstawiania brzydoty grzechu, którą nota bene wszyscy raczej dobrze znają, ukazywać raczej mniej znane piękno obcowania z Bogiem.
Przezwyciężać by też należało ciągle zarzucaną nam tendencję do moralizowania, czyli głoszenia jedynie zakazów i nakazów, jakoby do nich sprowadzała się cała tajemnica chrześcijaństwa. Z powodu owych zadawnionych moralizatorskich tendencji termin „kazanie”, stał się synonimem, a „ambona” – symbolem napominania, piętnowania, potępiania. Z tego też powodu przyjęło się przypisanie Kościołowi pełnienia włącznie roli instytucji użyteczności publicznej, będącej na straży moralności, czyli „najżałośniejszą z możliwych funkcję: policji obyczajowej”11. Uzdrawiać słowem, to jak Jezus, raczej nim zbawiać, niż potępiać.
Konkludując, pozostaje wreszcie zauważyć, że chcąc być, zgodnie z otrzymanym powołaniem, sługą słowa jako uczeń Chrystusa, trzeba wiernie trwać przy swym Mistrzu, by przejąć się Jego duchem, być zawsze „pod ręką”, kiedy zechce wysyłać na głoszenie nauki i by wiedzieć, jak się zachować podczas wypełniania otrzymanego posłannictwa.
1 por. G. Siwek, Retoryka w procesie kształcenia kaznodziejów,w: Integralne kształcenie kaznodziei [red. W. Broński], Wydawnictwo KUL, Lublin 2006, s. 328.
2 por. Słownik Teologii Biblijnej (red. Xavier Leon-Dufour), Wydawnictwo Pallottinum, Poznań-Warszawa 1985, s. 1003-1004.
3 Benedykt XVI, Jezus z Nazaretu, cz. I, Od chrztu w Jordanie do Przemieniana, Wydawnictwo M, Kraków 2007, s. 21.
4 Słowo Boże mało kogo interesuje. Rozmowa z bpem siedleckim Zbigniewem Kiernikowskim, „Biuletyn KAI”, 47(764): 2006, s. 12.
5 por. W. Przyczyna, Kazanie jako słowo Boże, w: Fenomen kazania [red. W. Przyczyna], Kraków 1994, s. 50.
6 Benedykt XVI, Jezus z Nazaretu, dz. cyt., s. 63.
7 J. Ratzinger, Nowa pieśń dla Pana, Wydawnictwo Znak, Kraków 1999, s. 263-264.
8 Świat słowa Jana Pawła II, Refleksje – wspomnienia – opinie [opr. M. Dalgiewicz], Teolingwistyka 3, Wydawnictwo Biblos, Tarnów 2007, s. 115-116.
9 Benedykt XVI, Jezus z Nazaretu, dz. cyt., s. 66.
10 por. tamże, s. 153.
11 J. Pasierb, Zgubiona drachma. Dialogi z pisarzami, Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2006, s. 95.
autor: o. Gerard Siwek CSsR
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






