W numerze
 
marzec/kwiecień 2009 » FORUM HOMILETYCZNE »

To wcale nie jest łatwe

Drukuj
To wcale nie jest łatwe. Tak oceniać kazania. Mam świadomość, że stąpam po niezwykle kruchej powierzchni. Ale może trzeba ufnie wyjść z łodzi i pójść po wodzie?
Niejeden raz słuchałam kazań, które były jak sztuka – ta, która zwykłych zjadaczy chleba w aniołów przerobi. Słyszałam też takie, gdzie od ołtarza padały słowa, że… „nie samym słowem Bożym żyje człowiek” lub zachętę, by zostać chwilę na adoracji, bo te 5 minut nikogo nie zbawi… Bywają momenty, że człowiek zbulwersowany ględzeniem kaznodziei chciałby się poskarżyć, użalić, wnieść pretensje… Gdy się chce to jednak zwerbalizować, zająć stanowisko, uczciwie osądzić – nagle wszystko przestaje być takie jednoznaczne…
Klasa. Jakaś – dajmy na to – IIIa liceum ogólnokształcącego. Sprawdzian z polskiego: 15 dostatecznych, 5 dobrych, 2 bardzo dobre, jakaś jedynka i dwa dopuszczające. Jeden to dla matematyka, najlepszego w klasie. Przejdzie jak burza przez studia, nikt go nie zapyta o zdolności z polskiego. Zostanie cenionym konstruktorem. Drugą dwóję dostaje przyszły ksiądz… Będzie kapłanem-błogosławieństwem i kaznodzieją-zmorą dla ludu Bożego. Wszyscy to wiemy. Ale jak wymagać od każdego chłopaka, który dźwiga trudny dar powołania, żeby jeszcze był urodzonym pisarzem ze swadą i biegłością władającym piórem, erudytą z dużą dozą politycznej mądrości, talentem ekonomicznym, organizacyjnym, filozofem i przenikliwym etykiem, by miał podejście pedagogiczne do młodzieży i talent do dzieci, cierpliwość siostry zakonnej i… co jeszcze?! Wiele razy, gdy chcę rzucać gromy na księdza, który katował uszy kazaniem, przychodzi mi na myśl… bycie żoną. Ile z nas jest „erudytą z dużą dozą politycznej mądrości, talentem ekonomicznym, organizacyjnym, filozofem i przenikliwym etykiem, ma podejście pedagogiczne do młodzieży i talent do dzieci, cierpliwość siostry zakonnej” i… jeszcze najlepiej figurę i urodę Merlin Monroe, zdolności kucharskie, nie mówiąc o powołaniu! A przynajmniej sprawności literackiej się od nas nie oczekuje…
Niemniej, problem istnieje. Jest bardzo wielu księży, którzy tak dalece nie dają sobie rady z głoszeniem kazań, że rodzi się pytanie, czy mają coś do powiedzenia. Nie wiem jak funkcjonuje zasada odpowiedzialności za homilie w parafiach. Wiem, że głuchy rzadko uważa, że ma problem. Przeważnie twierdzi, że to my za cicho mówimy. Trudno jest wtedy pomóc. Kazania głoszone jednak byle jak są sygnałem, że dzieje się coś niedobrego. Czasem jest to tylko brak talentu. Gorzej, jeśli wkrada się niedbałość, lenistwo, brak zaangażowania, pycha… A przecież metod zaradzenia nieumiejętności jest sporo. Od korzystania z „gotowców”, do współpracy z kimś biegłym językowo, kto wyszlifuje napisany tekst tak, by słuchacz na pewno rozumiał co autor miał na myśli… Pod warunkiem, że kaznodzieja wie, co chciałby przekazać.
Czasem jednak myślę, że problem rodzi się gdzie indziej, że może cele jakie stawia sobie kapłan są zbyt ogólnikowe? Może nie przekłada nauki o zbawieniu na konkretne przypadki? Głosi kazanie o antykoncepcji i przerywaniu ciąży, mimo że widzi, że 100% osób w kościele to panie w wieku, w którym nie wypada już im śpiewać „Sto lat”! Nie doda nawet – „byście umiały poradzić”, tylko bez kontaktu ze słuchaczami uparcie powtarza, „że powinny poznać rytm swojego ciała, i stosować naturalne planowanie poczęć”…
To częsty problem – że kaznodzieja nie trafia do słuchacza. Jest to na pewno trudne. Przecież kazanie, to i tak słowo kierowane do bardzo zróżnicowanego odbiorcy. Mówienie do średniej statystycznej jest mówieniem do nikogo. I choć są na pewno sytuacje, że trzeba wypośrodkować, to są i takie, że trzeba się dostosować. Ale musi być ku temu dobra wola. Odnoszę natomiast często wrażenie, że są księża, którzy wychodzą na ambonę i mówią kazanie z zamkniętymi oczami. Skończą i mają uczucie… „uff, odhaczone”. Albo – jeszcze gorzej: „to sobie pogadałem!”. I nic to, że nikt nic z tego nie wyniósł.
 
I jeszcze jedno. Coś, co już funkcjonuje pod nazwą „kościelna nowomowa”. Naszpikowana „umiłowanymi w Chrystusie” melodia wznoszącej się z patosem i opadającej śpiewnie rzeki słów, z której trudno jest wychwycić chociażby podmiot i orzeczenie, nie mówiąc o przesłaniu. I oczywiście, diabeł tkwi w szczegółach. Każdy z nas żyje przecież tym, że jest umiłowanym w Chrystusie i nie daj nam Boże, byśmy mieli przeciwko temu protestować. Ale po to nam dał Bóg rozum, byśmy z jego darów rozumnie korzystali. Wydaje mi się, że to bardzo słychać, czy kapłan wychodzi na ambonę, wygłosić homilię, dlatego że taki jest kolejny punkt liturgii, czy dlatego, że chce ten punkt liturgii odpowiedzialnie wykorzystać, by coś nam przekazać. Jest to nieoceniona chwila, jedyna w swoim rodzaju, gdy przez kilka minut możemy przyjrzeć się naszemu życiu w świetle Ewangelii. Nie oszukujmy się. Niewielu z nas zadaje sobie trud, by analizować swoje życie, decyzje, codzienność w kontekście wymogów wiary. Dlatego kazanie jest takie bezcenne. Dla współczesnego dorosłego człowieka, który już nie chodzi na religię, nie czyta książek rozwijających duchowość, nie czyta i nie dyskutuje o problemach moralnych – ekspozycja na kazanie, nawet jeśli na mszę przyszedł z nawyku, jest wielką szansą. Nie zawsze czuję, że księża zdają sobie z tego sprawę. A trzeba na kazanie patrzeć jak na… udział w Konkursie Chopinowskim: cała moja formacja, praca, cały mój talent, mobilizacja i siły – muszą zabrzmieć w tych kilkunastu minutach. Bo drugiej szansy może już nie będzie.
Ale dla sprawiedliwości, czuję się zobowiązana napisać jeszcze jedno. Stare przysłowie mówi: „w tym właśnie jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz”. Na pewno potrzeba choć minimalnej dobrej woli ze strony słuchacza… Nastawiony szyderczo na „nie” malkontent, nie usłyszy nawet wyjącego wichru, a co dopiero w lekkim powiewie przychodzącego Słowa… Ale na szczęście, mimo tych wszystkich naszych ułomności Pan Bóg pisze prosto nawet po krzywych liniach. Tylko wypadałoby chyba, by dziecko Ojcu nie utrudniało!
autor: Maria M. Lewicka