Jakże dziwne są polskie (chyba nie tylko polskie) słowa, nachodzenie na siebie ich znaczeń, zmiany znaczeń. Czasami ze starej semantyki wyrazu coś przetrwało albo coś bardzo ważnego wynika z jej analizy. Innym znów razem zaskoczeni porównujemy zupełnie nieprzystające do siebie znaczenia – stare i nowe – jednego słowa.
Zdaje się, że dość ciekawie wypadnie porównanie wyrazu „kazanie”z jego wyrazami pokrewnymi, z ich etymologią i związkami frazeologicznymi, w skład których wchodzą…
Mamy zatem m.in.: „kazać”, „kazać coś komuś”, „rozkaz”, „wygłosić kazanie”, „prawić kazanie”, „kaznodzieja”, „kaznodziejski”, „kazalnica”, „siedzieć jak na tureckim kazaniu”, „kazanko”… Już na pierwszy rzut oka widać, że te słowa raczej nie przywołują pozytywnych skojarzeń. Zwykle nie lubimy bowiem, gdy się nam coś każe czy rozkazuje, do czegoś zmusza, czy po prostu poucza. Unikamy mądrali, którym wydaje się, że zjedli wszystkie rozumy, ludzi, którzy mówią do nas jakimś wyniosłym tonem, niegotowych do rozmowy, dialogu, wysłuchania…
Zjawisko kazania
Czy to znaczy, że kazania powinny już być jedynie reliktem zamierzchłej (feudalnej) przeszłości? Czy rzeczywiście na słuchanie kazań może zdobyć się jedynie „ciemny, głupi i nieoświecony lud”? Czy można, nie naruszając kościelnych przepisów, zamienić kazanie na jakąś dyskusję panelową? Żywię nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie.
Wielu pogodziło się już chyba z faktem, że ze zjawiskiem pt. „kazanie” już nic się nie da zrobić. Jest skostniałym obyczajem, tak samo niezrozumiałym jak niektóre gesty z liturgii (np. obmywanie rąk). I cześć! Czeka się więc spokojnie, przeczekuje kazanie w kościelnej ławce, planując niedzielny obiad, rozmyślając, jak spędzi się pozostałą część niedzieli – czy kupić w pobliskiej cukierni ciastka z kremem czy tym razem jedynie z cukrem? Czy samochód jest na tyle umyty, że można nim pojechać do rodziny. Aż strach zadać pytanie, czy taki obraz ma swoje odbicie w rzeczywistości?
A jak na kazanie patrzy polski „statystyczny” ksiądz, kaznodzieja? Czy też bywa, że chce zwyczajnie po ludzku przeczekać? Jakoś odbębnić swoją kolejkę w parafii? Mieć to już za sobą?
No, bo tak – „Przecież już wszystko zostało powiedziane. Do Objawienia nic nie dodamy. Na Mszę Świętą przyszli wierzący, którzy To Wszystko przyjmują, akceptują… Po co się w kółko powtarzać? Ameryki nie odkryjemy”.
Albo tak – „Trzeba mówić, bo przecież cicho w kościele być nie może. To oznaczałoby jakąś niestosowną przerwę. Czy głośniki się popsuły, czy organista leniuchuje, a może ksiądz zapomniał, co chciał powiedzieć? Zakłopotanie…”
Ale co mówić? „No mówić to, co się zawsze mówiło: Umiłowani w Chrystusie Panu…, Bracia i siostry w Chrystusie… albo Bóg w swoim nieskończonym miłosierdziu…, Módlmy się za tych, którzy pogubili się na krętych ścieżkach życia, Przenajświętszy Sakrament… Do tego dołożyć warto intonację, którą doskonale pamiętamy z dzieciństwa sprzed dwudziestu, trzydziestu lat”. I już mamy wspaniale wypełnioną kłopotliwą ciszę, która po prostu nie pozwala się… skupić!
Jest dobrze, ale nie jest… tragicznie
Jakże cieszę się, kiedy z ambonki słyszę zwykły ludzki, naturalny głos, głos… człowieka. (A tak dzieje się na szczęście coraz częściej). Wtedy ksiądz kaznodzieja mówi tak, jak mówi na co dzień! Nie stosuje jakichś przedziwnych modulacji, intonacji. I kazanie wytrąca zgromadzonychz dobrze już wyuczonej roli „zasłuchanego” wiernego myślącego o ciastkach, kawach i domowych remontach. Kazanie nie ma już wtedy dobrze znanej melodii i rytmu specyficznie ukształtowanych konstrukcjach składniowych: najpierw trochę w górę, potem w dół. Potem kilka skoków (najczęściej trzy, cztery): trochę do góry, jeszcze raz, jeszcze troszeczkę… i opadamy. I od początku…
Niestety przypomina się komunistyczna nowomowa. Totalitarny język składał się bowiem z kilkudziesięciu-kilkuset wyświechtanych skostniałych(i przez to wytartych) językowych tworów, które zestawiano ze sobą za każdym razem na nowo – jakby tasowano kartki, fiszki i odczytywano to, co „wyszło”. Nic nowego. A intonacja tych wypowiedzi, to powtarzalna melodia, nieustanny refren. Przemówienia już nic nie znaczyły. Właściwie znało się na pamięć większą część tych językowych wytrychów, które (o ironio!) już żadnych drzwi otworzyć nie potrafiły. Każdy słuchacz wygłosiłby „z mety” podobną do komunistycznych „kaznodziejską” mowę. Na pozór wszystko było w porządku: na wiecach, w telewizji nikt się nie mylił, bo teksty odczytywano z kartek, a programy były wcześniej nagrywane, cenzurowane, „czyszczone”. Nie było więc np. czegoś tak naturalnego dla żywego języka jak zająknięcie, powtórzenie, dłuższa pauza… Skąd my to znamy?
A teraz uwaga! Przypomnijmy sobie, jak wielką popularnością cieszyło się np. „na żywo idące” sławne telewizyjne Studio2 w latach siedemdziesiątych. Na żywo! Ludzie wreszcie usłyszeli kogoś, kto mówi tak jak oni. Może bardziej staranie, nie niechlujnie, ale tym samym językiem!
Oczywiście byłoby niesprawiedliwością na jakimś innym polu porównywać (i wskazywać na podobieństwa) dwóch rzeczywistości: komunizmu i Kościoła – niż na polu języka czy intonacji wypowiedzi. Z tego porównania coś przecież jednak wynika…
Nie przesadzajmy…
Osobna – może nawet zasadnicza – kwestia dotyczy treści kazań. Trzeba mieć przede wszystkim coś do powiedzenia. (A są jeszcze w naszym Kościele tacy kaznodzieje). Dobrze też słucha się księży… wierzących. (Tacy też wciąż jeszcze są wśród nas). Nie trzeba być bardzo mądrym. Nie trzeba na siłę być „luzakiem”. Nie trzeba naśladować telewizyjnych czy radiowych spikerów. Nie trzeba (nie wolno!) z kazania zrobić religijnego „reality show”. O tym, co mówić niech jednak mówią mądrzejsi…
Ja wiem…
Ja wiem, że mi nie-księdzu jest łatwo wygłaszać tego typu uwagi. Ja nie muszę przygotowywać kazań. Nie powtarzam tyle razy dziennie co duchowni modlitewnych formuł. Nie popadnę w rutynę w mówieniu na tym polu. Ja muszę pilnować się, żebym nie popadł w rutynę w słuchaniu. Zgadnijcie, co jest łatwiejsze? Zawsze to, co nas bezpośrednio nie dotyczy.
autor: Andrzej Tomaszewski
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






