W numerze
 
lipiec/sierpień 2009 » FORUM HOMILETYCZNE »

Zbawcza chwila

Drukuj
Autor jest doktorem teologii w zakresie homiletyki, pełni obowiązki kierownika Katedry Teologii Pastoralnej, Liturgiki i Homiletyki Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Szczecińskiego. Publikuje m.in. w „Więzi”, „Tygodniku Powszechnym”, „W drodze”. Ostatnio wydał książkę pt. „Eucharystia zmediatyzowana. Teologiczno-pastoralna interpretacja transmisji Mszy Świętej w radiu i telewizji”. Mieszka w Zielonej Górze.
 
 
Redakcja „Biblioteki Kaznodziejskiej” poprosiła mnie o podsumowanie wypowiedzi świeckich słuchaczy na temat polskiego kaznodziejstwa. Obraz wyłaniający się z tych wypowiedzi zapewne nie jest zupełny, a to przynajmniej z trzech powodów. Po pierwsze, redakcja poprosiła o opisanie negatywnych zjawisk w słyszanych kazaniach. Po drugie, mamy niewielki korpus wypowiedzi, bo tylko 11. Po trzecie, osoby, które podzieliły się swoimi uwagami, tworzą dość specyficzną grupę słuchaczy. Są to osoby o wykształceniu humanistycznym, niektóre z nich same parają się nauczaniem (także nauczaniem wiary), cechują się wysokim stopniem religijnej i teologicznej świadomości. Mówiąc inaczej – to nie jest słuchacz „uśredniony”, przeciętny parafianin, to słuchacz wymagający, a nawet bardzo. Wszystko to nie powoduje jednak, iż uwagi formułowane przez te osoby są nazbyt wygórowane. Są to osoby o wyostrzonym słuchu kaznodziejskim, niezadowalające się kościelnym „byle czym”, a więc ich uwagi – tym dotkliwsze. Spróbujmy zebrać to, co słuchacze myślą o naszym kaznodziejstwie: o treści naszych kazań, o ich formie i o nas – kaznodziejach.
 
 
Treść
 
Współcześni kaznodzieje częściej sięgają po Biblię – przyznają nasi słuchacze. Niestety, nie zawsze w sposób właściwy i wystarczający. Bywa, że kaznodzieja ogranicza homilię do poprawnej biblijno-komentarzowej interpretacji, która „działa jak szczepionka przeciw żywemu Słowu – uodparnia słuchaczy na to, że Bóg »dziś« mówi przez swoje słowo, które zostało zapisane »wczoraj«” (S. Zatwardnicki). Jak się jednak okazuje, kaznodzieje nie zawsze sięgają do odczytanych perykop, szukając uzasadnień dla głoszonego kazania w innych fragmentach Biblii: „Nie lubię kazań w których kaznodzieja zapomina, że wszyscy przed chwilą wysłuchaliśmy słów Jezusa i zaczyna cytować inne fascynujące jego zdaniem teksty. Uważam, że ksiądz nie może ignorować słów Ewangelii” (G. Rybak). Obserwacja pokazuje, iż błąd ten nie należy wcale do najrzadszych, a jest to jeden z największych grzechów przeciwko soborowemu rozumieniu przepowiadania słowa Bożego, którego głównym założeniem jest wierność programowi kerygmatycznemu czytań mszalnych.
Moralizm (moralizatorstwo) to chyba odwieczny grzech kaznodziejstwa, grzech, który – jak się okazuje – wciąż ma się dobrze. Problem ten zgłasza wielu słuchaczy. Ten grzech pojawia się zawsze wtedy, „kiedy kaznodzieja, zamiast wyjść od Słowa Bożego i tego, co Pan uczynił dla człowieka, a przez to dać szansę na spontaniczną tegoż odpowiedź […], sam o własnych siłach próbuje wymusić na słuchaczu, aby ten coś czynił pierwszy dla Boga” (S. Zatwardnicki). Kiedy czyta się wypowiedzi słuchaczy, zdumiewa wiedza o tym, jaka powinna być w homilii zależność między indykatywem zbawczym a imperatywem moralnym. Przytoczmy dłuższą wypowiedź, która brzmi jak wyjęta z podręcznika homiletyki: „Najpierw należałoby podkreślić dzieło Boże, tj. dane wydarzenie zbawcze umiejscowić w całej historii zbawienia. Natomiast odpowiedzią na nie byłoby nawrócenie i wiara ożywiona miłością, aby z kolei w wierze przystąpić do sakramentów świętych, czyli powinno się ukazać, co Chrystus dokonał, aby potem wezwać do pokuty – do inicjacji zbawczej, tj. do pełnego i radosnego udziału w tajemnicy Chrystusa. Dopiero potem można apelować o życie i obyczaje chrześcijańskie. […] Toteż przemówienie powinno dziś podkreślić czyn zbawczy Boga, tj. w strukturze homilijnej należałoby staranniej wypracować aspekt mistagogiczny. Słowem, w głoszeniu trzeba należycie uwzględnić udział czynnika Boskiego, aby słuchacze przyjęli słowo Boże tak, jak przyjmuje się osobę, ponieważ przedmiotem homilii nie jest prawda abstrakcyjna, ale podmiot, Osoba żywa, która uczy, zbawia i uświęca” (T. Stankiewicz). Analiza wypowiedzi słuchaczy nasuwa smutny wniosek. Zdaje się, iż kaznodzieje zbawczą i „nawracającą” moc Bożego słowa zamieniają na siłę moralnych argumentów, które nie zawsze zakorzenione są w Dobrej Nowinie.
Moralizatorska koncentracja przepowiadania siłą rzeczy opiera się na negatywnym postrzeganiu odbiorców kazań. „Razi bijąca z polskich ambon retoryka negacji, nierzadko groźby i ciągłego utwierdzania wiernych w przekonaniu, że są nikczemni i źli. […] Ciągłe założenie kaznodziei, że sytuacja moralna społeczeństwa, zwłaszcza jego części obecnej w kościele, jest wręcz katastrofalna, często nie zachęca a wręcz zniechęca do słuchania i tym samym uczestnictwa w głoszeniu Bożego słowa. Dobra Nowina posiada tożsamość przepełnioną radością z jej doświadczania. Tak więc nadawanie jej szczególnie ponurego i dekadenckiego charakteru nie służy z całą pewnością Bożemu celowi, który jej przyświeca” (P. Lubiński). Słuchacz – jak czytamy – nie oczekuje „słów typu: »należy«, »trzeba«, »powinno się«”, przeciwnie – „warto skupić się bardziej na radosnym wydźwięku Dobrej Nowiny, dającej siłę i moc” (A. Bałoniak). Na domiar złego ta moralna połajanka zamiast homilii kierowana jest najczęściej do nieobecnych: „Permanentnie powtarzane groźby wobec tych, którzy nie odwiedzają świątyni w niedzielę czy święto, rzadko bywa przekazywane przez słuchających, właściwym adresatom” (P. Lubiński). Reasumując, chodzi o takie mówienie, gdzie kapłan „nie dołuje, nie poucza, nie krzyczy o nawrócenie” (G. Rybak).
Kolejny zarzut musi szczególnie niepokoić, dotyczy on bowiem dogmatycznej poprawności głoszonych kazań. „Nie byłbym do końca szczery – pisze jeden ze słuchaczy – gdybym nie wspomniał, że z drżeniem serca zmuszony byłem kilkakrotnie słuchać kazania, zawierającego błędy natury dogmatycznej. Można oczywiście wybaczyć, gdy u podłoża takiego błędu leży przejęzyczenie czy też pomyłka o charakterze niezamierzonym lub przypadkowym. Gorzej, gdy jej nadawca głosi tezę, zawierającą błąd i jest przekonany, że stanowi ona jedyną i najczystszą prawdę” (P. Lubiński). Przytoczone przykłady zdradzają przede wszystkim ignorancję mówców. „Byłam świadkiem – pisze jedna ze słuchaczek – że po przeczytaniu fragmentu ewangelii o odnalezieniu Pana Jezusa w świątyni, kaznodzieja powiedział w homilii: I Maryja dała na pewno Panu Jezusowi klapsa. To już jest nierzetelność karygodna! Pan Jezus uznał macierzyństwo Maryi, ale wskazał, że jest również Bogiem. I Maryja dała Mu klapsa?! Inny kapłan natomiast głosił na kazaniu: Kto nie pracuje, niech nie je. Upomniany, że św. Paweł powiedział: Kto nie chce pracować, niech nie je, a Kto nie pracuje, niech nie je powiedział Lenin, odpowiedział, że to przecież wszystko jedno” (T. Cybulska). Jak pokazuje lektura, do najczęstszych błędów należy zaliczyć – delikatnie mówiąc – teologiczną nierzetelność w przepowiadaniu o Matce Bożej. Bywa, że kaznodzieje maryjni „nie wychowują wiernych do prawdziwej pobożności maryjnej, ale zostawiają ich w niebezpieczeństwie herezji kultu Maryi wyłączonego z kultu Chrystusa” (S. Zatwardnicki).
Bez aktualizacji nie ma homilii. Ta homiletyczna oczywistość nie wydaje się taka oczywista w wydaniu kaznodziejów wysłuchiwanych przez naszych czytelników. I znów cytat z wypowiedzi słuchacza jak z podręcznika do homiletyki: „Oznacza to, iż jak słowo Boże, tak i homilia ma mówić o Bogu, ale i o człowieku, tj. powinna mówić o Bogu w związku z człowiekiem i całym porządkiem doczesnym. Czyli na świeckie pytania należy odpowiedzieć w duchu prawdy zbawczej, a nie filozoficzno-teologicznej, ukierunkowując człowieka i doczesność na zbawienie i doskonałość. Słowem, homilia powinna się opierać na Objawieniu, na które składa się nie tylko Pismo Święte, tradycja i teologia, ale i ludzkie dzieje, które są także istotną treścią Objawienia” (T. Stankiewicz). Proponowany model homilii wydaje się przecież taki prosty. Najpierw „potrzebne jest wyjaśnienie kontekstu teologicznego, kulturowego, językowego komentowanych słów. […]. A potem przychodzi czas na umieszczenie tego przesłania w realiach naszego życia. Jak ja mam odczytywać i rozumieć usłyszane słowo Boże? Jak mam je wprowadzać w swoje osobiste życie?” (A. Lipczyńska). Aktualizacja – jak sygnalizuje wielu słuchaczy kazań – pozostaje największym problemem współczesnego kaznodziejstwa. Homilia pozostaje często jedynie komentarzem do tekstów biblijnych bez egzystencjalnego odniesienia do życia słuchacza. W konsekwencji Dobra Nowina pozostaje bez związku z jego życiowym doświadczeniem, czyli de facto przestaje być Dobrą Nowiną, a słuchacz nie rozpoznaje żadnego kerygmatu, który byłby do niego skierowany.
 
Forma
 
Okazuje się, że kaznodzieje nie wiedzą nie tylko, co mają przepowiadać, ale także w jaki sposób mają to robić. Problemem, który najczęściej powraca w krytyce naszych słuchaczy, jest kwestia głosowej realizacji kazania. „Jakże cieszę się – pisze jeden ze słuchaczy – kiedy z ambonki słyszę zwykły ludzki, naturalny głos, głos… człowieka. […] Wtedy ksiądz kaznodzieja mówi tak, jak mówi na co dzień! Nie stosuje jakichś przedziwnych modulacji, intonacji. […] Kazanie nie ma już wtedy dobrze znanej melodii i rytmu w specyficznie ukształtowanych konstrukcjach składniowych: najpierw trochę w górę, potem w dół. Potem kilka skoków (najczęściej trzy, cztery): trochę do góry, jeszcze raz, jeszcze troszeczkę… i opadamy. I od początku…” (A. Tomaszewski). Z zebranych wypowiedzi wynika jasno, iż tzw. „ton kaznodziejski” powinien bezpowrotnie odejść. Nie chodzi tutaj bynajmniej tylko o kwestię estetyczną, ale faktycznie o wiarygodność mówiącego. „Otóż kapłan sposobem mówienia […] powinien reprezentować cechy adekwatne do płci, przez siebie reprezentowanej. Odnoszę często wrażenie, że głos płynący z ambony naszpikowany jest znacznym pierwiastkiem cech zniewieściałego faceta, mówiącego pozornie patetycznym, lecz tak naprawdę monotonnym, przerysowanym akcentowo głosem, który trudno jest w choć najmniejszym stopniu skojarzyć z głosem zdrowego, inteligentnego mężczyzny” (P. Lubiński). „Przecież Ksiądz jest w czasie kazania nadal sobą” – czytamy w jednym z listów. Chyba raczej: powinien pozostawać nadal sobą. Często jednak zapomina, że jest człowiekiem i mężczyzną, i popada w dziwną bezcielesność, fałszywy angelizm, którego owocem jest kaznodziejski zaśpiew i patos. A wtedy w kazanie wkradają się „jakieś patetyczne, wzniosło–górnolotne słowa wykrzyczane w szale emocji”. I tak oto patosowi w głosie towarzyszy patos w słowach: „Naszpikowana »umiłowanymi w Chrystusie« melodia wznoszącej się z patosem i opadającej śpiewnie rzeki słów, z której trudno jest wychwycić chociażby podmiot i orzeczenie, nie mówiąc o przesłaniu” (M. M. Lewicka).
Bardzo wiele do życzenia pozostawia język kaznodziejski. Słuchając kazań „niestety przypomina się komunistyczna nowomowa. Totalitarny język składał się bowiem z kilkudziesięciu – kilkuset wyświechtanych, skostniałych (i przez to wytartych) językowych tworów, które zestawiano ze sobą za każdym razem na nowo – jakby tasowano kartki, fiszki i odczytywano to, co »wyszło«” (A. Tomaszewski). Coś podobnego dzieje się z dzisiejszymi kazaniami, w których kapłan „żongluje” zamkniętym zbiorem teologicznych formuł. Takimi formułami mogą się stać pojęcia i wyrażenia, do których my jako kaznodzieje bardzo się przyzwyczailiśmy, ale które nadmiernie używane ocierają się o banał. Niestety, w odbiorze słuchaczy kazanie wygłoszone „zawile z użyciem bardzo mądrych teologicznych słów” jest po to, „żeby było wiadomo, że ksiądz jest wykształcony”. „Komunistyczna nowomowa” znalazła godnego następcę – „kościelną nowomowę”. A przecież – jak czytamy w jednym z listów – „Im prostszy będzie język kazania, tym bardziej zrozumiałe staną się tajemnice Kościoła, a Bóg bliższy. Czasami księża niepotrzebnie męczą się na ambonie, proponując wiernym wykład teologiczny, naszpikowany terminologią. Takie kazanie nigdy nie będzie skuteczne, może być jedynie udane” (A. Bałoniak). Bardzo interesujące jest to rozróżnienie na kazanie „skuteczne” i kazanie „udane”, w gruncie rzeczy chodzi przecież o przekaz mądrości, a nie wiedzy.
W nadesłanych wypowiedziach powraca także postulat poprawności językowej. „Słowo Boże musi być głoszone poprawnym językiem. Nie chodzi tu o krasomówstwo, ale właśnie o poprawność gramatyczną, stylistyczną, o prawidłowe stosowanie wyrażeń – jednym słowem o dobrą znajomość języka polskiego. To chyba nie jest nadmiar wymagań?” – pyta jedna ze słuchaczek (A. Lipczyńska). „Chyba nie jest” – należałoby odpowiedzieć, każdy przecież kaznodzieja ma za sobą maturę i 6 lat studiów, które przecież mają charakter humanistyczny i uczą poprawności w formułowaniu wypowiedzi pisemnych i ustnych. Co interesujące, zarzut ten kierowany jest do najmłodszego pokolenia kaznodziejów. Okazuje się, że starsi kapłani o wiele lepiej radzą sobie z polszczyzną.
Interesujące są wypowiedzi dotyczące problemu długości kazań. Generalnie krytykowane są kazania trwające zbyt długo. Okazuje się, że rzadką zdolnością mówców jest umiejętność „lądowania”: „Kazanie może mówić każdy. Nie wszyscy jednak potrafią skończyć, szczególnie w porę. Im mniej trudu ktoś włoży w przygotowanie, tym więcej trudności ma ze skończeniem” (T. Cybulska). „Jak mam wytrzymać – pyta słuchaczka – gdy homilia jest dłuższa niż wszystkie inne części Mszy Świętej razem wzięte? […] Długie kazanie bardzo mi przeszkadza w udziale w Eucharystii. Pół godziny kazania a tylko 3 minuty adoracji po Komunii Świętej?”. „»Homilie maratony« są szczególnie szkodliwe w dni świąteczne, gdy na Mszy pojawiają się ci, „którzy do kościoła przychodzą rzadko, tylko na rezurekcję lub pasterkę. Te świąteczne homilie naprawdę porażają długością i patosem. Myślę, że niektórych tak skutecznie zniechęcają, że przyjdą znowu dopiero za rok” (G. Rybak).
Czy rzeczywiście jednak każde długie kazanie jest automatycznie złym kazaniem? Czy jego główny walor tkwi w jego krótkości? Na tę wątpliwość tak odpowiada jedna ze słuchaczek: „Wiele dyskusji toczy się na temat długości kazań. Generalnej krytyce poddaje się kazania »zbyt długie«. Co to jednak znaczy: zbyt długie kazanie? Dla mnie każde marne kazanie jest zbyt długie, niezależnie od tego ile czasu trwa. Kazanie dobre, skłaniające do refleksji, odkrywające nowe horyzonty, nie będzie zbyt długie nawet gdyby trwało kilkadziesiąt minut. Nie czuje się upływu czasu, gdy słucha się słów mądrych i trafiających do głębi człowieczego jestestwa” (A. Lipczyńska). Jak widać, krytyka długości kazania nie wynika z samego faktu przekroczenia jakiejś z góry narzuconej normy. Długość kazania zapewne należy widzieć w połączeniu z jego jakością. Nawet najlepsze kazanie musi kiedyś się skończyć. To prawda, ale dobre kazanie – nawet jeśli jest długie – zbyt szybko się nie dłuży.
 
 
Mówca
 
Ani treści, ani – tym bardziej – formy kazań nie da się postrzegać w oderwaniu od samego mówcy, czyli kaznodziei. Karmią oni bowiem słuchaczy nie tylko tym, czym żyją, ale także tym jak żyją: „Głoszenie idzie od Boga poprzez kaznodzieję. Toteż jego osobowość, tj. słowa oparte na wiedzy, jak i życie święte współtworzą homilię, tj. decydują o jej jakości i pomagają w jej urzeczywistnianiu” (T. Stankiewicz). Wydaje się, że wielu kaznodziejów wciąż nie uświadamia sobie, że zmienił się świat, a w nim społeczne i kościelne postrzeganie księdza. Minął więc już czas wzniosłych form adresatywnych typu: kochani, najmilsi, moi drodzy. I to nie tylko dlatego, że „mężczyźni nie przepadają za takimi wyznaniami” (S. Zatwardnicki), i że w przypadku parafii wielkomiejskich kaznodzieja po prostu nie zna swoich wiernych słuchaczy, ale dlatego, że tchnie to paternalizmem i mówieniem „pod koloratkę” (A. Bałoniak). W odbiorze słuchaczy zwroty te najczęściej nie wyrażają serdeczności relacji (jak to bywa w słynnym „Kochani moi!” bp. J. Zawitkowskiego), ale raczej są odbierane jako sygnał fałszywy, pod którym kryje się przekonanie, „że z racji pełnionej misji i piastowanej pozycji mówiący zasługuje na posłuch. Mówca jest namaszczonym i kompetentnym moralistą, posiadającym patent na prawdę” (A. Bałoniak). Na jaką więc postawę kaznodziei liczą nasi słuchacze? „Jeśli wychodzi ze stanowiska przyjaciela i współbrata, to jego homilie będą przesiąknięte również takimi słowami. Myślę, że kultywowana w Polsce zasada, że ksiądz zawsze naucza, czyli występuje jako mentor, jest lekko przesadzona i staje się powodem wielu nieporozumień. A częsty brak pokory skazuje duchownych na mówienie do »przysłowiowej« ściany” (M. Białecka).
Postulat, iż „trzeba mieć przede wszystkim coś do powiedzenia” wydawać się może prawie obraźliwy. Ambonowe mówienie nie może wynikać ani z poczucia obowiązku ani z litery liturgicznego prawa, ale z wiary: „Dobrze też słucha się księży… wierzących. […]. Nie trzeba być bardzo mądrym. Nie trzeba na siłę być «luzakiem». Nie trzeba naśladować telewizyjnych czy radiowych spikerów. Nie trzeba (nie wolno!) z kazania zrobić religijnego »reality show«” (A Tomaszewski).
Słuchacze oczekują kazań na wysokim poziomie. W konsekwencji – kaznodziejów o wysokim standardzie. Wymagania stawiane kościelnym mówcom dotyczą ich świętości życia, wysokiej teologicznej wiedzy, zdolności krasomówczych. Ale są też wymagania o wiele bardziej fundamentalne: chodzi o uczciwość w spojrzeniu na siebie i rzetelność w pracy kaznodziejskiej. Nie chodzi tutaj też o postulaty dla samych postulatów. Gorliwość księdza przekłada się bowiem na wiarę słuchaczy: „[…] im większy jest wysiłek twórczy głoszącego, tym na wiernych obficiej spływa łaska Boża” (T. Stankiewicz). „Prostota słów, jakimi kapłan mówi o Panu Bogu, którym sam żyje każdego dnia i każdej chwili – postuluje słuchaczka kazań – to jest największy walor kaznodziejskiego przepowiadania. Zarówno w homilii jak i w kazaniu musi być zawarta prawda, która jest fundamentem życia kaznodziei. Aby homilia spełniła swoją rolę trzeba, aby głoszący wykorzystał w niej posiadaną wiedzę teologiczną oraz swą znajomość Biblii – i w równym stopniu trzeba także, aby ukazał on swą bliską więź z Panem Bogiem” (A. Lipczyńska).
Trzeba jednak pamiętać, iż ostatecznie nie chodzi o niego, nie chodzi o kaznodzieję, ale o Boga, którego ma sobą pokazać. „Szczerość i własny przykład w homilii są dla mnie zawsze cenne – czytamy w jednym z listów. – Ale jeżeli sprowadza się to do osobistych zwierzeń, to coś jest nie tak. Taka »egocentryczna homilia« zmusza mnie do myślenia o kaznodziei na Mszy Świętej, a nie o dobroci Boga” (G. Rybak). Granica między świadectwem a kaznodziejskim ekshibicjonizmem bywa bardzo cienka. Kapłan, który ją przekroczy, zamiast pokazywać Boga zaczyna go sobą zasłaniać.
 
 
Zakończenie
 
„Młodzież uważa, że najlepszym kazaniem jest takie, którego nie ma” – czytamy w jednym z listów. I jeśli miałoby to być kazanie, w którym ujawnią się wszystkie błędy wymienione przez naszych słuchaczy, to może rzeczywiście lepiej, by go nie było. Złe kazanie może być bowiem jedynie środkiem do ćwiczenia się w cnocie cierpliwości, jak pisał jeden z czytelników: „Wielu pogodziło się już chyba z faktem, że ze zjawiskiem pt. »kazanie« już nic się nie da zrobić. Jest skostniałym obyczajem, tak samo niezrozumiałym jak niektóre gesty z liturgii (np. obmywanie rąk). I cześć! Czeka się więc spokojnie, przeczekuje kazanie w kościelnej ławce, planując niedzielny obiad, rozmyślając, jak spędzi się pozostałą część niedzieli – czy kupić w pobliskiej cukierni ciastka z kremem czy tym razem jedynie z cukrem? Czy samochód jest na tyle umyty, że można nim pojechać do rodziny. Aż strach zadać pytanie, czy taki obraz ma swoje odbicie w rzeczywistości?” (A. Tomaszewski). Tak, strach pomyśleć, że podstawowym dylematem słuchacza naszych kazań miałaby być opcja z cukrem czy z kremem.
Czy przedstawiony tutaj obraz błędów polskiego kaznodziejstwa jest rzeczywiście aż tak negatywny? Wiele z formułowanych zarzutów jest bardzo poważnych, sięgają bowiem samej istoty tego, czym powinna być współczesna, poprawnie rozumiana i zrealizowana homilia. Być może niska jakość (zapewne części a nie całości) polskiego kaznodziejstwa wynika z niedoceniania jej wartości w tym, co nazywamy w teologii pastoralnej pośrednictwem zbawczym. „Jest to nieoceniona chwila – pisze jedna ze słuchaczek naszych kazań – jedyna w swoim rodzaju, gdy przez kilka minut możemy przyjrzeć się naszemu życiu w świetle Ewangelii. Nie oszukujmy się. Niewielu z nas zadaje sobie trud, by analizować swoje życie, decyzje, codzienność w kontekście wymogów wiary. Dlatego kazanie jest takie bezcenne. Dla współczesnego dorosłego człowieka, który już nie chodzi na religię, nie czyta książek rozwijających duchowość, nie czyta i nie dyskutuje o problemach moralnych – ekspozycja na kazanie, nawet jeśli na mszę przyszedł z nawyku, jest wielką szansą. Nie zawsze czuję, że księża zdają sobie z tego sprawę. A trzeba na kazanie patrzeć jak na… „udział w Konkursie Chopinowskim: cała moja formacja, praca, cały mój talent, mobilizacja i siły – muszą zabrzmieć w tych kilkunastu minutach. Bo drugiej szansy może już nie będzie” (M. M. Lewicka). Trzeba więc tak przepowiadać, jakby w każdym kazaniu chodziło „o wszystko”, jakby od tego właśnie kazania miało „zależeć” zbawienie. Czy mamy taką świadomość? Homilia to nie jest tylko wyjaśnienie tekstu biblijnego, ani nawet jego aktualizacja. Homilia jest „chwilą zbawczą”. I wiedzą o tym nasi słuchacze. „Dzisiaj wiara musi być głoszona. Niedzielna homilia dla większości z nas jest jedyną szansą otrzymania tegoż przekazu wiary. To ogromna odpowiedzialność dla kaznodziejów, z której muszą oni zdawać sobie sprawę każdego dnia” (A. Lipczyńska). Analiza wypowiedzi naszych słuchaczy każe nam się przyznać, że – niestety – nie zdajemy sobie z tego sprawy każdego dnia, przynajmniej niewystarczająco.
 
 
 
 
autor: ks. Andrzej Draguła