W numerze
 
maj/czerwiec 2008 » OD REDAKCJI »

Od redakcji

Drukuj
Książka „Ściągać czy nie ściągać? O pomocach do homilii i kazań” (pod redakcją ks. Wiesława Przyczyny i ks. Macieja K. Kubiaka), wydana przez Księgarnię Świętego Wojciecha przy współpracy redakcji „Biblioteki Kaznodziejskiej” wywołała prawdziwą burzę medialną. Pisały o niej największe dzienniki ogólnopolskie, wiele gazet lokalnych, a także tygodniki katolickie. Mówiono o niej w stacjach radiowych i w programach telewizyjnych. Przez wiele portali internetowych przetoczyła się dyskusja o tym, jak to księża „podkradają” sobie kazania. Z doniesień prasowych niektórzy wyciągali bardzo daleko idące wnioski – księża to złodzieje. Wątpliwości zrodziły się u osób duchownych i kandydatów do kapłaństwa. Klerycy pytali mnie na wykładach o to, jak to jest naprawdę z tym „ściąganiem”.
Myślę więc, że warto przypomnieć, iż wspomniana publikacja powstała w oparciu o teksty referatów wygłoszonych podczas sympozjum homiletycznego, które odbyło się we wrześniu 2006 roku z okazji 100-lecia naszego miesięcznika. Uczestnicy sympozjum i autorzy zamieszczonych w książce tekstów zajmowali się rolą pomocy do homilii i kazań w przepowiadaniu słowa Bożego. Celem sympozjum oraz przygotowanej po jego zakończeniu książki było podjęcie dyskusji nad szerokim wachlarzem zagadnień, które dotyczą pomocy homilijnych i kaznodziejskich. Uczestnicy sympozjum rozważali naturę tych pomocy, zastanawiali się nad ich definicją, rodzajami i znaczeniem. Podjęto też szereg praktycznych zagadnień związanych z korzystaniem z pomocy zarówno w procesie przygotowywania, jak i wygłaszania homilii czy kazania. Dwóch prelegentów szeroko zaprezentowało pomoce do homilii i kazań dostępne w Internecie (w języku polskim i nie tylko). Wiele miejsca poświęcono wydawanym w Polsce czasopismom, które drukują materiały do homilii i kazań. W dyskusji podjęto jeszcze wiele innych kwestii, dotyczących z jednej strony twórców pomocy (dostrzeżono potrzebę formacji autorów pomocy do homilii i kazań), a z drugiej odbiorców, korzystających z tych pomocy w pracy duszpasterskiej. Zgłoszono postulat przygotowywania kleryków w ramach zajęć z homiletyki do właściwego korzystania z omawianych pomocy. Uczestnicy dyskusji zwrócili też uwagę na zagrożenie związane
z coraz częstszymi przypadkami mechanicznego kopiowania tekstów pomocy do homilii i kazań, a także przenoszenia ich na ambonę.
Uzupełnieniem dyskusji o pomocach homilijnych i kaznodziejskich był dołączony do książki tekst dra Tomasza Naganowskiego, ukazujący kazanie i homilię w świetle obowiązującego w Polsce prawa autorskiego. Słuszne i całkowicie uzasadnione stwierdzenia tego artykułu wywołały najwięcej kontrowersji, głównie za sprawą nie zawsze rzetelnych relacji prasowych.
Ksiądz Robert Nęcek, wykładowca PAT i rzecznik prasowy archidiecezji krakowskiej swoje wątpliwości zawarł w artykule opublikowanym na łamach „Gościa Niedzielnego”. Napisał tam między innymi: „kapłani drukujący kazania w periodykach kaznodziejskich nie drukują chyba po to, aby się chwalić kunsztem swojej twórczości? Dodatkowo są za to wynagradzani. Jeżeli idę do sklepu po bułki, to poprzez zakup stają się one moją własnością. Wypływa to przecież ze słusznej sprawiedliwości. Podobnie bywa z zakupem pomocy kaznodziejskich” (ks. Robert Nęcek, Komercjalizacja kaznodziejstwa?, „Gość Niedzielny”, 24 lutego 2008). W tym samym tekście ks. Nęcek nawiązał wprost do słów prof. Tomasza Naganowskiego, wypowiedzianych podczas konferencji prasowej połączonej z prezentacją omawianej książki: „Nieco mocniej wypowiedział się prof. Tomasz Naganowski, twierdząc, że przywłaszczanie cudzych kazań może skończyć się na sali sądowej. Czyżby zapomniał, że produkt kupiony nie jest produktem przywłaszczonym? Księża w parafiach doskonale zdają sobie sprawę z konsekwencji naruszania praw autorskich, ale korzystają z gotowych kazań i homilii, gdyż z takim przekonaniem inni księża dla nich je piszą” (ks. Robert Nęcek, Komercjalizacja kaznodziejstwa?, „Gość Niedzielny”, 24 lutego 2008).
Kilka tygodni później „Gość Niedzielny” opublikował replikę prof. Naganowskiego. Mogliśmy w niej przeczytać między innymi: „Pogląd ten [prezentowany przez ks. Nęcka] jest fałszywy, godzi w system prawa autorskiego, chociaż nie jest odosobniony. Wiele osób sądzi, że np. zakup obrazu, książki naukowej czy pracy magisterskiej upoważnia ich do dowolnego korzystania z zapłaconej rzeczy. Świadomość prawna społeczeństwa, w szczególności w kwestii praw autorskich, jest niewielka, stąd tyle piractwa fonograficznego, korzystania z programów komputerowych bez posiadania licencji etc.
Ile osób zdaje sobie sprawę z tego, że kupując piracką płytę z melodiami czy z filmem, stają się paserami i grozi im odpowiedzialność karna? Kupując obraz, który jest utworem malarza, nabywamy do niego prawo własności, możemy go powiesić na ścianie i podziwiać, a gdy się już nam znudzi, możemy go schować na strychu. Nie możemy jednak zrobić reprodukcji obrazu i sprzedawać ich w formie pocztówek. Gdybyśmy coś takiego uczynili, w obliczu prawa byłoby to przywłaszczenie autorskich praw osobistych. Czym innym jest zakup egzemplarza utworu, rzeczy materialnej, czym innym prawo do utworu, stanowiącego wartość niematerialną.
Kupując książkę naukową, będącą utworem naukowca, możemy z niej do woli korzystać, sprzedać ją w antykwariacie, nawet zniszczyć, ale nie możemy wykonać z niej kserokopii i odstępować czy sprzedawać kserokopii innym osobom. Nie możemy też przepisywać całości książki, ani jej fragmentów, i włączać do – na przykład – swojego artykułu prasowego bez zaznaczenia cytatu, dokładnego opisania autorstwa i źródła w przypisie. Nie możemy też wygłaszać wyuczonych na pamięć części książki, nie podając autora i chcąc uchodzić za autora wygłaszanych słów. Gdybyśmy tak zrobili, przywłaszczylibyśmy sobie nie książkę – bo ona jest już nasza, lecz jej autorstwo, a więc popełnilibyśmy plagiat. Nabywając książkę, nie stajemy się jej autorem [...].
Homilia jest swojego rodzaju świadectwem wiary kapłana, jest wypowiedzią bardzo osobistą i nie ma najmniejszej wątpliwości – jest utworem w rozumieniu prawa autorskiego. Czy się to komuś podoba, czy nie, utwór ten jest chroniony przez ustawę o prawie autorskim i prawach pokrewnych, ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Kapłan czytający bądź recytujący cudze słowa, nie wskazując ich autora, wprowadza w błąd odbiorców co do rzeczywistego autorstwa. Po Mszy Świętej może też zbierać gratulacje za żarliwe słowa, za mądrą homilię, i jak się wówczas zachowa? Zgoda rzeczywistego autora na to, aby ktoś inny podawał siebie jako autora, nie ma znaczenia prawnego, gdyż nie uchyla bezprawności czynu. Obecnie przygotowuje się płyty DVD z homiliami, będzie więc można skorzystać nie tylko z treści wzorcowych homilii, ale też będzie można przećwiczyć retorykę, szkolić kunszt mówcy i aktorstwo. A może ktoś wpadnie na pomysł kazania z playbacku? Aż ciarki przechodzą po plecach. A gdyby ksiądz, przytaczający cudzą homilię, wskazał na rzeczywistego autora, nie byłoby żadnego przestępstwa. Problem rodzi się dopiero z nieuczciwości, chęci uchodzenia w oczach wiernych za autora kazania, pochodzącego tymczasem z kupionej książki czy z Internetu. Ksiądz Nęcek ma rację, twierdząc, że ksiądz nie przywłaszcza sobie książki, za którą zapłacił, nie przywłaszcza sobie praw majątkowych do przekazu internetowego, bo jego autor wyraził na to zgodę. Dalej i głębiej jednak nie ma już racji, bowiem kapłan wprowadzając w błąd wiernych, przywłaszcza sobie autorstwo słów przytaczanych dosłownie, a więc kradnie własność intelektualną” (Tomasz Naganowski, Przywłaszczone homilie, „Gość Niedzielny”, 16 marca 2008).
Ważnym głosem w dyskusji była wypowiedź ks. prof. Wiesława Przyczyny, który również na łamach „Gościa Niedzielnego” przypomniał jaką rolę powinny pełnić pomoce do homilii i kazań (zarówno drukowane, jak i te zamieszczane w Internecie): „Zacznijmy od rzeczy najważniejszej: czym jest przepowiadanie słowa Bożego? Dawaniem świadectwa własnej wiary. Idealnym stanem jest, kiedy mówię to, czym sam żyję. Oczywiście czasem cudze teksty pełnią rolę wzorca, na którym możemy się uczyć, jak budować teksty własne. Mogą też inspirować oryginalnym ujęciem tematu. Kaznodzieja powinien jednak dostosować je do sytuacji słuchaczy. Wtedy faktycznie staną się one jego tekstem” (O dobrych kaznodziejskich pomocach i niedobrym kopiowaniu z ks. prof. Wiesławem Przyczyną rozmawia Szymon Babuchowski, „Gość Niedzielny”, 2 marca 2008). Na pytanie Szymona Babuchowskiego co robić w sytuacji, gdy ksiądz zostanie zaskoczony jakąś nagłą sytuacją, np. chorobą kolegi i potrzebą zastępstwa, ks. Przyczyna odpowada: W takich sytuacjach [ksiądz] „może ratować się, sięgając po tekst cudzy, ale trzeba w jakiś sposób wyrazić to, że nie ja jestem autorem wypowiadanych słów. Można np. zaznaczyć na początku homilii, że dane źródło będzie podstawą rozważania. Takie postawienie sprawy jest uczciwe. Kaznodzieja powinien sobie wcześniej to źródło przyswoić, uznać wartości, które ten tekst niesie, jako własne. I – przede wszystkim – żyć nimi [...]. Człowiek, który będzie się dzielił tym, co w nim płonie, na pewno zapali słuchaczy. Nawet jeśli kazanie będzie miało nie najlepszą formę i zdarzą się usterki językowe (O dobrych kaznodziejskich pomocach i niedobrym kopiowaniu z ks. prof. Wiesławem Przyczyną rozmawia Szymon Babuchowski, „Gość Niedzielny”, 2 marca 2008).
Warte przypomnienia są też słowa, które ks. prof. Przyczyna wypowiedział, odpowiadając na pytanie o to w jakim stopniu Internet może być źródłem inspiracji dla kaznodziejów: „Można tam znaleźć bardzo dużo pomocy do kazań i homilii. Ważne, by nie stały się one brykami. Jeśli są czytane żywcem na ambonie jako własne teksty, to jest to naganne. Natomiast jeżeli ułatwiają przygotowanie tekstu własnego, to można, a nawet warto z nich korzystać. Trzeba jednak mieć świadomość, że obok cennych wzorów kazań znajduje się tam wiele tekstów bardzo słabych” (O dobrych kaznodziejskich pomocach i niedobrym kopiowaniu z ks. prof. Wiesławem Przyczyną rozmawia Szymon Babuchowski, „Gość Niedzielny”, 2 marca 2008).
Ksiądz prof. Przyczyna ustosunkowuje się też do błędnych twierdzeń, uznających homilie i kazania za dobro wspólne całego Kościoła: „Domeną publiczną w Kościele są: Pismo Święte, katechizm, dokumenty Kościoła, modlitwy. Natomiast kazania są projektem autorskim. Trzeba też pamiętać, że są one wystąpieniem publicznym, a więc nie można w nich nikogo obrażać, pomawiać, bo możemy zostać za to pociągnięci do odpowiedzialności z powództwa cywilnego” (O dobrych kaznodziejskich pomocach i niedobrym kopiowaniu z ks. prof. Wiesławem Przyczyną rozmawia Szymon Babuchowski, „Gość Niedzielny”, 2 marca 2008). W rozmowach
i dyskusjach podejmowanych po ukazaniu się książki „Ściągać czy nie ściągać?” powracało pytanie o sens publikowania pomocy do homilii i kazań. Warto więc przypomnieć, że pełnią one przede wszystkim rolę pomocniczą. Nie jest ich celem zastępowanie homilistów czy kaznodziejów i wyręcznie ich w pracy. Homilia i kazanie muszą pozostać słowem żywym, wypływającym z wierzącego serca sługi słowa. Warto w tym kontekście przytoczyć jeszcze jedną wypowiedź ks. prof. Przyczyny, pochodzącą tym razem z audycji radiowej: „Teksty dostępne w Internecie mogą być traktowane jako pomoc, czyli mają służyć, ułatwiać, być inspiracją dla opracowania własnego tekstu homilii lub kazania i takie ich używanie nie jest czymś złym; te teksty mogą być traktowane w sposób niewłaściwy – tekst cudzy, wzięty z internetu i traktowany jako własny – to jest nadużycie, czyli po prostu plagiat. W historii Kościoła – mówił dalej ks. Przycyzna na antenie poznańskiego Radia Emaus – mieliśmy do czynienia ze zjawiskami, które moglibyśmy nazwać wykorzystywaniem cudzych tekstów. W VI-VII wieku pojawiły się tak zwane homiliarze, które zawierały najlepsze homilie Ojców Kościoła. Były one odczytywane przez duchownych podczas Mszy Świętej. Ale były czytane – zazwyczaj – z zaznaczeniem, kto jest ich autorem: św. Jan Chryzostom, św. Augustyn itd. Problem teologiczny dotyczący korzystania z tekstów cudzych jako własnych polega na tym, że można by ich używać jako tekstu własnego pod warunkiem, że identyfikuję się z wartościami, które ten tekst w sobie niesie, jest to mój świat wartości, które nie tylko intelektualnie akceptuję, ale również nimi żyję. W związku z tym utożsamianie się ze światem wartości prezentowanym przez autora tekstu sprawia, że treści zawarte w tym tekście stają się moimi treściami. Pojawia się tu jednak problem moralny, etyczny – gdyby z tego tekstu korzystało się w całości, to nie wystarczy utożsamianie się z wartościami, które zawarte są w tekście, ale konieczne jest zaznaczenie, że jest to tekst innego autora” (wypowiedź dla Radia Emaus z 12 lutego 2008 roku).
 
autor: ks. Maciej K. Kubiak