W numerze
 
listopad/grudzień 2004 » "ODDANI NA SŁUŻBĘ LUDOWI BOŻEMU" » FORUM PASTORALNE »

Czy można opowiadać baśnie na lekcji religii?

Drukuj

Któż z nas nie pamięta, kiedy to mama, tato albo babcia lub dziadek opowiadali lub czytali nam rozmaite bajki na dobranoc. Ja pamiętam baśń o królewnie Śnieżce, o Marysi i krasnoludkach oraz inne ciekawe opowiadania, które rozwijały moją dziecięcą i dziewczęcą fantazję. W sposób szczególny zapamiętałam takie małe książeczki pod znamiennym tytułem „Poczytaj mi, mamo”. Mój brat otrzymał kiedyś na zakończenie pierwszej klasy (jako nagrodę) taką właśnie książeczkę o odważnym Stefku, który nie bał się nikogo i niczego: ani niedźwiedzia, ani lwa, ani lamparta. Dopiero w końcu opowiadania okazało się, że był odważny tylko w słowie, bowiem bał się małej myszki. „Stefek Burczymucha” (tytuł książeczki) był niezwykle śmiesznym bohaterem. Ponieważ miałam wtedy pięć lat utkwiło mi w pamięci, że nasz tato bardzo często czytał nam o Stefku. Śmialiśmy się razem z bratem ze Stefka i z naszego taty, który miał tak samo na imię.

A propos tytułu: Dlaczego Wydawca akurat zwracał się do mamy, a nie do taty? Być może w tamtym czasie (lata 60-te) uważano, że ojcowie nie mają czasu na czytanie opowiadań dla dzieci? Zresztą, zostawmy ten problem. Dzisiaj „cała Polska czyta dzieciom”.

Pragnę podzielić się swoim niezwykle ciekawym doświadczeniem. Otóż spotkałam się na dworcu centralnym w Warszawie z Autorem serii „Czar afrykańskich baśni” – księdzem Romualdem Bakunem. Jest on misjonarzem świętego Wincentego a Paulo. Z opowiadań mego brata Andrzeja (również misjonarza) znałam go od dawna, ale dopiero po wielu latach miałam szczęście spotkać się z tym ciekawym człowiekiem. Zanim spotkałam go osobiście czytałam jedną z wielu jego afrykańskich baśni i... No właśnie! Po spotkaniu z Autorem jeszcze raz zaglądnęłam do tych niezwykle prostych, na pierwszy rzut oka wydających się „naiwnymi” opowiadań z serca Afryki. Coś mnie tknęło – chyba „afrykański czar” i wzięłam owe baśnie na... katechezę. I co?

Miałam wtedy lekcję z młodzieżą. Nie pamiętam która to była klasa. Zaraz na samym wstępie powiedziałam: - Dzisiaj przeczytam wam baśń. Ucieszyli się jak dzieci. Nic dziwnego. Wszak młodzież zawsze woli robić coś innego, niż uczyć się. Zaczęłam czytać baśń o przyjaźni między Małpą a Krokodylem. Może ją znacie? Już na samym poczatku zszokawała mnie postawa młodzieży. Zasłuchali się jak dzieci, które pokornie i cichutko leżą w łóżku, gdy któreś z rodziców opwoada im bajkę na dobranoc. Nie wiem co się stało. Czytając baśń patrzyłam na młodych i sama już nie wiedziałam co się z nimi dzieje! W klasie była taka cisza, że aż dziwnie mi się zrobiło na sercu. No bo proszę sobie wyobrazić: na lekcji religii z dorastającą młodzieżą siostra zakonna czyta baśnie afrykańskie. Młodzież ma otwarte buzie jak u małych dzieci, które zasłuchane tracą kontakt z rzeczywistością i przenoszą się w świat baśni.

- Niech nam siostra jeszcze jedną bajkę przeczyta – prosili, gdy skończyłam. – Dobrze, ale nie teraz, lecz na następnej religii – spokojnie powiedziałam. Nie pytałam ich o to, jak oni rozumieją baśń, bo pytanie to byłoby zbyt naiwne, śmieszne, a nawet niepoważne. Natomiast pomyślałam: - Gdyby tak oni zasłuchali się w Ewangelię? No tak, ale Ewangelia nie jest baśnią i nie można porównywać tych odmiennych rodzajów literackich. Co jednak powoduje, że wielu z nich „wyłącza się” nie tylko podczas szkolnej katechezy, lecz także w czasie homilii (o ile są obecni na mszy świętej)? Czyżby „nuda”? A może niewłaściwa (trudna) forma przekazu? A może znudzili się, po prostu znudzili się słuchać, uczyć się o swojej wierze?

A ja, pójdę dalej w swoim myśleniu i zaryzykuję stwierdzeniem: Skoro nasi afrykańscy bracia dawno, dawno temu potrafili odszukać prawdę o Bogu, człowieku, o stworzonym świecie, o wszelkich wartościach moralnych (dobro i zło) i przekazują ją po dziś dzień w baśniach, to może i my – żyjący nad Wisłą, żyjący w Europie – powinniśmy odszukać nasze prastare korzenie i wrócić do nich, jak do źródeł? Ależ to nic nowego! Przecież wciąż prosi o to nas, Europejczyków, Jan Paweł II, gdy zwraca się z prośbą, aby nie zapominać o naszych chrześcijańskich korzeniach.

Hmm... no to co robić? Oczywiście możemy czytać polskie bajki, baśnie, opowiadania o naszej historii, wierze, o walecznych rycerzach, szlachetnych kobiecych sercach, o grodach, grodziskach, o orłach i tak dalej... A może jednak znajdzie się ktoś i napisze ciekawie o tym, jak dzisiaj przeżywamy Zmartwychwstanie, Zesłanie Ducha Świętego, jak pielgrzymujemy do domu Ojca?... Osobiście nie czuję się w sobie takiego powołania więc... sięgam po „czar afrykańskich baśni”...

autor: s. Arletta Ziółkowska