Dobór słowa
Profesjonalne nauczanie kaznodziejów jest przedmiotem wielu rozważań przedstawianych na łamach niniejszego pisma. Wypowiadają się na ten temat sami kaznodzieje, ci, którzy ich formują, ale również słuchacze słowa Bożego. Chciałabym, jako słuchacz, wskazać na wyrażenie, które, należąc do pewnej grupy językowej, jest bardziej powszechne niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Posłużę się poniższym przykładem, ponieważ każdy łatwo może sprawdzić, że taka wypowiedź istotnie miała miejsce. Otóż o. Tomasz Golonka OP w wywiadzie pt. “Światło jest mocniejsze” zamieszczonym w “Gościu Niedzielnym” (10/2005) naucza – w imieniu Pana Jezusa. Tematem jest spowiedź święta (wielkanocna). Jest to temat poważny. Ludzi zachęcać do spowiedzi trzeba, więc o. Tomasz, przytacza argumenty za spowiedzią, nie szczędząc potencjalnym penitentom zachęty. Zwieńczeniem jego wypowiedzi jest zdanie: “Owocne praktykowanie spowiedzi daje duchowego kopa…” (s. 22).
Z tego, co się orientuję, “kopa” daje się w jakąś część ciała, wiadomo bowiem, że ciało ma części. Nigdy jednak nie spotkałam się z takim dokumentem kościelnym, któryby wyszczególniał części duszy, a zwłaszcza takie części (czy taką część), w które by można dać owego “kopa”. To było po pierwsze.
Po drugie: czytając Ewangelię nigdy nie spotkałam się z żadną wypowiedzią Pana Jezusa wyrażoną takim językiem. Pan Jezus do nikogo i nigdy nie powiedział i nie powiedziałby, że da mu “kopa”, choć przecież wypędził przekupniów ze świątyni i o duchowości nauczał wiele. Takiego wyrażenia nie słyszałam również z ust Ojca Świętego Jana Pawła II, a przecież i on był narciarzem. Święty Paweł powołuje się na zmagania sportowe, jednakże nie mówi nic o “kopie” (por. 1Kor 9,24-27).
Po trzecie głosząc słowo Boże należy się dostosowywać do poziomu słuchaczy, wie to każdy, kto głosi kazania. Czy nauka na temat “kopa” jest słowem Bożym – myślę nie trzeba wyjaśniać. Natomiast chodzi mi o słuchaczy. Czy autor tej wypowiedzi uważa, że jego słuchacze, albo czytelnicy reprezentują sobą poziom “kopa”? Jeżeli tak, to jest to nieporozumienie, ponieważ znam wielu ludzi, a jeszcze więcej nie znam, którzy czytają katolickie pisma, ponieważ są spragnieni rzetelnej wiedzy o Bogu i o Kościele wyrażonej odpowiednim językiem.
W związku z językiem: ks. A. Ziółkowski wymienia wiele stylów kaznodziejskich (por. “Ach, co to był za …styl!” BK 2/2005 s. 17-19). Na s. 19 czytamy: “Kaznodzieja, który używa środków służących odświeżaniu obrazów i skojarzeń, uniezwyklaniu kazania, uwydatnianiu jego treści zawartej w wyrazach i zwrotach, pobudzaniu zaciekawienia i wyobraźni słuchaczy – to kaznodzieja wyrażający się stylem urozmaiconym”. Danie “duchowego kopa” budzi skojarzenia…, “uniezwykla” wypowiedź, w wielu wzbudza zaciekawienie i na pewno pobudza wyobraźnię. Obawiam się jednak, że zupełnie nie w tym kierunku, o którym myślał ks. Ziółkowski i jego Profesor, którego ks. Ziółkowski cytował w artykule. Sądzę również, że takiego poruszenia wyobraźni nie oczekuje Pan Jezus. I jeszcze jedno: kaznodzieja w ten sposób wyraża siebie, jak to ks. Ziółkowski określił. Zakładając, że o. Golonka miał dobre intencje, można by taki styl wypowiedzi nazwać stylem “skakania z narożnika świątyni”.
Słyszałam wypowiedź ojca Jana Góry, w której opowiedział, że swojego czasu zwrócił się do dziewczyny z prowadzonej przez siebie grupy studenckiej: “Możesz mi mówić Dzidek”. Na co ona odpowiedziała: “Dzidków, to ja mam w klasie, nam potrzebny jest ojciec”. Ojciec Góra, jak sam twierdzi od tego momentu zaczął stawać się ojcem, a nie kumplem na siłę, a teraz jako ojciec, a nie “fajny” kolega potrafi uciszyć kilka tysięcy rozwrzeszczanych młodych ludzi. (Co jak sądzę w innych okolicznościach nie przeszkadza mu wrzeszczeć razem z nimi. I bardzo dobrze…) Zatem spoufalanie się z wiernymi i próba bycia “fajnym” na siłę, nie spełnia ich oczekiwań. Jaki stąd wniosek? Kapłan ma być dla ludzi i z ludźmi, ale nie wolno mu zapominać, że występuje w imieniu Pana Jezusa i że ma być dla ludzi ojcem. Inny przykład: pewien kapłan z tego samego zakonu, powiedział, że został kiedyś postawiony w sytuacji, w której miał ochotę użyć wyrażenia, jakie znał jeszcze z czasów sprzed wstąpienia do klasztoru. Nie użył tego wyrażenia ani w tamtej sytuacji, ani później, gdy o niej opowiadał. Stąd do dziś nie wiem, jakie to miałyby być słowa. I muszę stwierdzić, że bardzo się z tego cieszę, ponieważ ich znajomość nie jest mi do niczego potrzebna. Sądzę zatem, że należy wyeliminować ze swojego słownictwa nieodpowiednie wyrażenia, żeby się nie pojawiały w najmniej oczekiwanych momentach. Ale nad tym trzeba pracować. I jeszcze jeden wniosek. Należy brać pod uwagę doświadczenia swoich starszych braci, ponieważ one są przeznaczone również dla młodszych. Sądzę, że również po to – wiem, że nie przede wszystkim – istnieją zakony.
“Duchowego kopa”… Zastanawiam się, czy nie grozi nam zagubienie istoty chrześcijaństwa. Chrześcijanie mają bowiem miłować się wzajemnie na wzór miłości Chrystusa, być solą ziemi i światłem świata, a nie kopać się nawzajem (również duchowo).
Po takich naukach, jak wyżej przytoczona, trudno się dziwić, że słyszymy wypowiedzi wiernych, które często ośmieszają chrześcijaństwo. Powinny one przyprawiać o łzy skruchy, że posługa nauczania słowa Bożego nie została z należytą starannością dopełniona.
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






