Jest za co dziękować!
Smutek, jaki przeżywamy po nieuchronnym “odejściu Jana Pawła II do domu Ojca” pozwala zarazem uświadomić sobie dar, jakim był on dla nas. Stąd też coraz głośniej i liczniej wypowiadane Bogu dziękczynienia za ów dar. Wypowiadają je jego współpracownicy, przyjaciele, towarzysze apostolskiego posługiwania, politycy, przedstawiciele rożnych wyznań i religii. Do owego potężnego Te Deum laudamus, pragnę dołączyć swoje, aczkolwiek skromne, lecz gorące podziękowanie. Ograniczę je jedynie do paru aspektów posługi słowa, które z mojego subiektywnego punktu widzenia, uważam za godne zauważenia. Do ich wypowiedzenia przynagla mnie fakt, iż Pan sprawił, że na pewien czas droga mojej posługi słowa spotkała się drogą owego mocarza słowa Bożego.
Otóż w połowie lat sześćdziesiątych minionego wieku pracowałem w Krakowie jako misjonarz rekolekcjonista i przygotowywałem wiele parafii na uroczystość przyjęcia peregrynującej Kopii Jasnogórskiego Obrazu. Na uroczystości te, jak to było w zwyczaju, przybywali zazwyczaj biskupi krakowscy, między innymi i arcybiskup, potem kardynał Karol Wojtyła. Miałem więc okazję wysłuchania wygłaszanych przez niego z tej okazji homilii.
Z tych też czasów jestem mu wdzięczy za przemiły gest życzliwości względem początkującego głosiciela słowa Bożego, jakim było zaproponowanie – po zakończeniu Peregrynacji w jednej z podhalańskich parafii – zabrania z sobą samochodem do Krakowa oraz za prowadzenie w drodze bezpośredniej, miłej, chwilami żartobliwej konwersacji, z której parę szczegółów pamiętam do dziś.
Jego ówczesne homilie, jakie pozostały mi w pamięci, bywały zazwyczaj wygłaszane tonem spokojnym, refleksyjnym; bywały też pod względem treści i języka niekiedy dość trudne w odbiorze (wśród duchownych krążyło nawet powiedzenie, że stopień trudności jego homilii uzależniony był od stopnia trudności książki, jaką ostatnio czytał). Ale bywały też homilie wygłaszane – kiedy sytuacja tego się domagała, z niezwykłą ekspresją. Jedna z nich szczególnie utkwiła mi w pamięci, gdyż wygłoszona była z taką mocą, że z trudem mogłoby jej dorównać kazanie jakiegoś znanego z charyzmatycznej siły głosu ludowego misjonarza.
Byłem i pozostaję mu nadal wdzięczny za tę homilię, gdyż w czasach, kiedy “mówienie z mocą” przestawało cieszyć się dobrą sławą, świadczyła, że w sposobie głoszenia bardziej chodzi o zachowanie naturalności pozwalającej na wypowiedzenie tego, co się uważa za konieczne, stosownie do okoliczności i potrzeb duchowych słuchaczy, niż o wierność zasadom jakiejś obowiązującej “homiletycznej poprawności”.
Jestem mu wdzięczny za ukazanie możliwości pogłębienia i zachowania niektórych wyrażeń popularnego języka peregrynacyjnego, takich jak “Maryja wędruje”, “Maryja króluje”, które były piętnowane przez niektórych mówców kościelnych, uzasadniających, że Ona jest nieustannie pośród nas obecna i raczej “matkuje” niż “króluje”. Przyszły Papież nie wahał się używać owych popularnych określeń wyjaśniając jedynie na czym owo maryjne “wędrowanie i królowanie” w rzeczywistości polega. Umiał też w bogactwie dekoracji, uznawanych niekiedy jedynie za wyraz “dekoracyjności” polskiego katolicyzmu, dopatrzyć się wyrazu wiary i autentycznej miłości do Maryi.
Z owych początków mej posługi słowa jestem mu niezmiernie wdzięczny za książkę Miłość i odpowiedzialność, z której uczyłem się ukazywania w konferencjach do młodzieży, racjonalności zasad moralności seksualnej i piękna ludzkiej miłości.
Z całości jego pontyfikatu jestem mu wdzięczny za tyle inspiracji do kazań i homilii, jakie czerpałem z jego encyklik, adhortacji, listów, przemówień; za jego autorytet, do którego tyle razy się odwoływałem przy interpretacji Ewangelii i jej wymogów moralnych.
Jako nie tylko praktyk ale i teoretyk kaznodziejstwa misyjno-rekolekcyjnego dziękuję mu za wsparcie swym autorytetem często kontestowanych misji ludowych. W jego nauczaniu pojawiały się bowiem wypowiedzi wskazujące na ciągłą ich aktualność, zachęcające do ich organizowania, ukazujące kierunki ich modyfikacji; także za wyrazy poparcia dla wspólnot zakonnych oddanych tego rodzaju działalności. Szczególnie wymowne w tym względzie było jego patronowanie Wielkiej Misji dla Rzymu organizowanej jako przygotowanie do Jubileuszu Roku 2000.
W szczególnie wdzięcznej pamięci zachowam praktyczne doświadczenie teoretycznego przekonania, że głoszenie słowa Bożego stanowi “misterium”. Takim bowiem “misterium”, była dla mnie atmosfera towarzysząca wszystkim papieskim homiliom i przemówieniom, jakich dane mi było wysłuchać, gdyż nie dało się jej do końca wyjaśnić czysto naturalnymi racjami.
Na tle funkcjonującego negatywizmu wielu homilii (kazań) wdzięczny mu jestem za podkreślanie potrzeby pozytywnego nastawienia do ludzi, nawet wówczas, kiedy piętnuje się zło i przypomina trudne wymogi moralne Ewangelii. Zamiast polemizować, zwalczać, potępiać, starał się on podkreślać to, co dobre, co budzi chociażby nadzieję na dobro; co można rozwinąć, lub czemu trzeba pomóc się rozwinąć, aby zaowocowało ukrytą w sobie wartością.
W czasach, kiedy retoryka została posadzona na ławie oskarżonych, a zasady sztuki pięknego mówienia wypierane były przez zasadę spontaniczności, bezpośredniości, swojskości wypowiedzi, jestem głęboko wdzięczny Janowi Pawłowi II za przypomnienie aktualności zasad “sztuki żywego słowa”. Jej swego rodzaju apologią były Jego homilie, kazania, przemówienia, które skrzą się od figur i tropów retorycznych, umiejętnie zastosowanych i należycie wypowiedzianych.
Kończę moje podziękowanie ze świadomością, że to, co zostało zauważone, to bardzo niewiele w stosunku do tego, za co winieniem wdzięczność owemu Wielkiemu Słudze Słowa.
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






