Kazanie nad fińską zatoką
“Oj, niedobrze, niedobrze! Oj, źle jest! Trzeba coś robić, księże! Trzeba coś robić, żeby było lepiej” – tak bardzo często mawiał mój pierwszy proboszcz. Nie wiem na kogo lub na co narzekał (no bo przecież ja nie byłem powodem wypowiadania tych frazesów), ale czynił to bardzo regularnie – prawie codziennie. Jemu może to pomagało, ale mnie nie, bo mimo upływu dwudziestu jeden lat słowa te wciąż brzmią w moich uszach. “Wdrukowały się”. No cóż, nie ma się co dziwić. Pozwól więc, Drogi Czytelniku, że tak “ciut – ciut” sobie ponarzekam:
“Oj, niedobrze, panowie kaznodziejowie, niedobrze!” Wprawdzie słowa te trochę przypominają cykl satyrycznych audycji o “Rycerzach...” ze “Studia 202”, ale fakt jest faktem: Narzekam. A dlaczego? Bo często docierają do mnie narzekania ze strony uczestników niedzielnej liturgii na temat słabych a nawet miernych “naszych” kazaniach. Mówię “naszych”, bo kto mówi kazania? My – księża. A cóż takiego zawierają te narzekania? Głównie to, że kazania są skierowane nie do obecnych, lecz tylko do tych, których nie ma. Dzieje się tak najczęściej wtedy, gdy ksiądz “gromkim głosem unosi się ponad głowami słuchaczy, a w całym kościele panuje fanatyczno-bezkrytyczny patos”. Ów “pastoralny krzyk” dotyczy wielu spraw:
– przede wszystkim tego, że ludzie nie chodzą do kościoła na mszę świętą niedzielno-świąteczną;
– że wciąż są tacy, którzy upijają się i tacy, którzy rozpijają naród;
– że młodzież jest niedobra, nieposłuszna i że robi to, co chce;
– że rodzice nie wychowują swoich dzieci w wierze...
Są też i inne krytyczne głosy, które wprost mówią o braku przygotowania księży do wystąpienia na ambonie, o spłycaniu kazań oraz mówieniu “ponad głowami”, zbyt długo, z błędami językowymi... Wtedy staram się bronić takiego kaznodziei, jako żem i ja kaznodzieja, a ponadto jestem odpowiedzialny za homiletyczne przygotowanie krakowskich diakonów OFMConv. A jak bronię? Otóż mówię, aby nie uogólniać. Jeśli jakiś ksiądz – dajmy na to «ks. Andrzej» – ma takie “wpadki” i to dość często, to trzeba się zastanowić nad tym, jak pomóc księdzu Andrzejowi! Na miły Bóg! Przecież w seminarium wykładowca homiletyki nie uczy jak należy krzyczeć na wiernych albo jak mówić, aby nie być zrozumiałym. Gdzieś po drodze, ów młody ksiądz nabiera złych manier. Trzeba uchwycić moment, w którym może on zawrócić z tej błędnej ścieżki. Tylko jak pomóc? Kto to ma uczynić? Wierni nie kwapią się do tego, bo to nie jest takie proste zwrócić jakiemuś konkretnemu księdzu uwagę na temat jego kazania. Można potem mieć dość poważne problemy... Być może trzeba uczyć alumnów jak należy przyjmować uwagi krytyczne dotyczące kazań, ale to jest już chyba kwestia ogólnie pojętej wyższej kultury wzajemnego zrozumienia. Osobiście uważam, że zbyt mało mówi się w polskich mass mediach o dobrych kaznodziejach. Rzadko też można usłyszeć o tym, jaki powinien być “język kazań” i “ucho słuchacza”.
Pozwól, Uważny Czytelniku, że podzielę się z Tobą pewną refleksją. Otóż przez trzy dni miałem rekolekcje dla członków chóru przy katedrze Niepokalanego Poczęcia NMP w Moskwie (słowo “rekolekcje” w tym wypadku jest nieadekwatne – nazwijmy te spotkania “dniami skupienia”). Wyjechaliśmy poza Moskwę – gdzieś pod Szeremietiewo. Biedni byli ci chórzyści – musieli słuchać mojego “łamanego” rosyjskiego. Ale “biedny” byłem także ja sam, bo większość z nich pragnęła ze mną indywidualnie porozmawiać. Zamieńmy teraz słowo “biedny” na “bogaty”. Dlaczego? Bo każdy z nas ubogacił się duchowo – tak ja, jak i moi rekolektanci. Otwarci na siebie nie widzieliśmy jedynie swoich błędów i niedostatków życia duchowego, lecz – co jest o wiele ważniejsze – poczuliśmy się prawdziwą wspólnotą Chrystusa. Ja zaś wzbogaciłem swoje słownictwo i stylistykę języka. Łatwiej mi teraz czytać i rozumieć Dostojewskiego, Puszkina, Lermontowa, Cwietajewę... Ale jest coś jeszcze innego, ciekawego. Wśród nas byli też chórzyści prawosławni, którzy dali siebie – swoją wiarę, kulturę, tradycję. Szkoda, że u nas nie ma więcej takich spotkań w małych grupach, w których można by podyskutować na temat głoszenia i odbioru słowa Bożego. Zawsze to wymiana zdań – o odmiennej polaryzacji – wzbogaca Kościół. Źle, źle się dzieje, że takich spotkań jest bardzo mało!
Oj, zaczynam narzekać! Wybacz więc, Szanowny Czytelniku, za ten ton, ale ponieważ nie chcę naśladować mego pierwszego proboszcza, dlatego udam się w ciekawe miejsce. A ponieważ w czasie mego sabatowego roku trafiłem teraz do “Wenecji Północy”, dlatego pozwól, że pojadę nad Fińską Zatokę – to niedaleko Pitera (Piter – tak Rosjanie popularnie mówią na Sankt-Petersburg. Nazwa tego miasta jest trójczłonowa: łacińskie “sankt”, holenderskie “Piter” i niemieckie “burg”. To zasługa cara Piotra I – 1682-1725, który strojem i mową udawał Niemca. Miasto nosiło też imię Piotrogród. Wielu Rosjan nadal używa nazwy Leningrad. Dziwne igranie z imieniem...). Tam siądę sobie nad brzegiem morza i będę mówił kazanie do ryb. Chyba mnie zrozumieją, a jeśli coś będzie niezrozumiałe, to przecież głosu nie mają – posłuchają, pomyślą i... odpłyną. Jeśli tak się stanie, to dadzą mi do zrozumienia, że czas zacząć uczyć się... innego języka. Wszak jestem na rdzennie fińskiej ziemi...
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






