W numerze
 
listopad/grudzień 2005 » "ODDANI NA SŁUŻBĘ LUDOWI BOŻEMU..." » FORUM PASTORALNE »

Kiedy jest wskazany pośpiech?

Drukuj

Mój starszy brat uczył swoją siostrzyczkę, że “pośpiech jest wskazany jedynie przy łapaniu pcheł”. Teraz sądzę, że było to jego “zwichnięcie zawodowe”, ponieważ, w czasie gdy udzielał mi tej nauki, studiował weterynarię. Jego stanowisko było więc uzasadnione.

Kardynał Ratzinger w “Raporcie o stanie wiary” z 1986 roku mówi: “Wizytując w Ameryce Południowej pewną katolicką bibliotekę, zauważyłem (i nie tylko zresztą tam!), że zastąpiono w niej traktaty religijne podręcznikami psychoanalizy; teologia ustąpiła miejsca psychologii i to w tej popularnej formie” (por. Raport o stanie wiary, z ks. Kardynałem Josephem Ratzingerem rozmawia Vittorio Messori, Kraków-Warszawa 1986, s. 84-85). Kardynał mówił to prawie 20 lat temu, wypowiedź dotyczyła Ameryki, a nie Polski. Czy jednak aby na pewno Polski nie dotyczy?

Przenieśmy się do naszego nowoczesnego XXI wieku, albo jeszcze użyjmy dumnego określenia w “trzecie tysiąclecie chrześcijaństwa”. Znam starsze małżeństwo. Mąż ma lat 93, a żona 87. (Co na to psychologia?) Oboje są ochrzczeni i mają ślub kościelny. Obecnie jednak są niezbyt przekonani (szczególnie starszy pan) o celowości korzystania z sakramentów świętych. Żona jest chora na chorobę Alzheimera, natomiast mąż, mimo swojego wieku, jest całkiem dobrze sprawny fizycznie i umysłowo. Chodzi na dalekie spacery, jednak nie chodzi do kościoła, ponieważ, jak wiele razy stwierdził, tyle już przeżył, że stracił wiarę. Wiele razy rozmawiałam z nim na temat konieczności zajęcia się sprawami duchowymi. Gdy mówiłam o tym, że należy się wyspowiadać, aby pójść do nieba, to odpowiadał, że jak był dzieckiem to mu mówili o niebie i wskazując palcem do góry, serdecznie się śmiejąc, wygłaszał twierdzenie, że nikt tam nigdy Boga nie widział. Kiedy mówiłam o groźbie piekła, za każdym razem odpowiadała mi kpina granicząca z szyderstwem. Owszem znał jednego kapłana, ponieważ spotykał go na spacerach, ale była to znajomość jedynie towarzyska.

Wielokrotnie rozmawiałam z ich córką, aby zaprosiła kapłana, by z jej rodzicami porozmawiał, wyspowiadał i udzielił sakramentu namaszczenia chorych i Komunii św. Poleciłam księdza proboszcza. Córka przedstawiła mu sprawę, mówiąc, że rodzice dawno nie byli u sakramentów św., że prosi go o rozmowę z nimi i o spowiedź. Umówiła się z proboszczem i …przyszedł wikary.

Od samego początku się spieszył. Na stole stał świecznik z czterema świecami, kazał zapalić tylko jedną (być może zapalenie wszystkich czterech zabrałoby zbyt wiele czasu?). Po czym powiedział: “No to się pomodlimy” i udzielił im Komunii św. Kiedy żona próbowała zacząć rozmowę o swoim miasteczku, z którego pochodziła, kapłan skwitował, że nigdy tam nie był, no i rozmowa była zakończona. Bardzo szybko opuścił mieszkanie. Dlaczego? Pewnie bardzo mu się spieszyło. Dokąd? Może do starych, chorych ludzi, z którymi musiał porozmawiać? Dlaczego się nie zainteresował, czy i kiedy byli u spowiedzi św.? Pewnie proboszcz mu nie powiedział. Dlaczego nie myślał samodzielnie? Prawdopodobnie dlatego, że nie miał odpowiedniej formacji. Dlaczego nie porozmawiał o miasteczku? Może jako bardziej psycholog niż kapłan (por. Ratzinger, jak wyżej) stwierdził, że z osobą chorą na Alzheimera nie ma sensu rozmawiać. Nie ma też po co udzielać im rozgrzeszenia, ponieważ, cóż oni mogą mieć za grzechy, bowiem psychologia twierdzi, że… A zresztą spowiedź już od jakiegoś czasu jest na Zachodzie niemodna. Dlaczego nie udzielił sakramentu namaszczenia? Ale właściwie przede wszystkim, to mu się spieszyło. Dokąd? Nie wiem.

W swoich kazaniach święty Jan Maria Vianney opowiada: “Posłuchajcie, bracia, jakie są skutki takiego łatwego i nieważnego rozgrzeszania. Opowiada św. Karol Boromeusz, że pewien bogaty człowiek z Neapolu źle się prowadził. Poszedł do spowiedzi do księdza, który miał opinię bardzo pobłażliwego. I rzeczywiście, ten kapłan wysłuchał jego wyznania i dał mu od razu rozgrzeszenie, nie robiąc przy tym żadnych trudności, mimo że penitent nie okazywał żadnego żalu. Zdziwił się ten bogaty człowiek – choć nie miał prawie żadnej wiary – że tak łatwo otrzymał rozgrzeszenie, skoro przedtem wielu mądrych i światłych spowiedników inaczej z nim postąpiło. Wyjął więc z kieszeni kilka monet i szorstko powiedział: «Weź, mój ojcze, te pieniądze i zachowaj aż do tej chwili, kiedy zobaczymy się razem w tym samym miejscu». «Kiedy i gdzie mamy się zobaczyć?» – spytał zdziwiony kapłan. «Mój ojcze! Na dnie piekła się wkrótce spotkamy – ty dlatego, że niegodnemu dałeś rozgrzeszenie, a ja, że je przyjąłem, nie mając żadnej skruchy, ani chęci poprawy»” (J.M. Vianney, Kazania wybrane, Warszawa 1999, s. 225). Przyznam, że po zestawieniu powyższej historii z przytoczonym fragmentem kazania św. Jana Vianneya, odczuwam niepokój… Wolałabym też, żeby nikt nie musiał sprawdzać, czy św. Jan i św. Karol mieli rację.

I gdyby tu chodziło o pieska lub kotka, to bez wahania mogłabym podsumować, że pośpiech jest wskazany jedynie przy łapaniu pcheł. Jednakże w tym wypadku i w podobnych chodzi o człowieka, a ściślej mówiąc o jego wieczne zbawienie, więc może lepiej na tę okoliczność przytoczyć słowa poety: “Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą” (ks. J. Twardowski).

autor: Maria Zatryb