W numerze
 
lipiec/sierpień 2005 » "ODDANI NA SŁUŻBĘ LUDOWI BOŻEMU..." » FORUM PASTORALNE »

Nowy czas i nowy sens

Drukuj

Kazanie wygłoszone w Katedrze Poznańskiej w czasie mszy świętej po otrzymaniu wiadomości o śmierci Jana Pawła II.

 

 

Oto dotarła do nas wiadomość o śmierci Ojca Świętego. Skończył się jeden z największych pontyfikatów historii Kościoła, tak pod względem swojego wymiaru ludzkiego, duchowego, jak i pastoralnego oraz misyjnego. Historia Kościoła i historia powszechna doceni jego uniwersalną wartość.

 

To smutne, choć nieuniknione wydarzenie każe nam zastanowić się w tej chwili, nad jego znaczeniem dla naszego osobistego życia, dla życia Polaków i dla życia świata. Skończony dziś pontyfikat wniósł w nasze życie osobiste, w życie Polaków i świata nowy sens czasu, i sens życia ludzkiego. Gdy przez ostatnie dni media z tak wielkim zaangażowaniem i natężeniem transmitowały niepokojące wiadomości z Watykanu, byłem wewnętrznie przekonany, że to niemożliwe, by Jan Paweł II umarł przed Niedzielą Miłosierdzia Bożego. Kiedy tak się stało, kiedy odszedł od nas w Wigilię Niedzieli Miłosierdzia Bożego zrozumiałem, że musi to mieć dla nas jakieś znaczenie. Bóg wybrał tę chwilę, aby potężny głosiciel miłosierdzia Bożego zwrócił naszą uwagę na rozpoczynający się nowy czas i nowy sens. Sługa sług Bożych i w życiu, i w śmierci należy przecież do Pana i nie odchodzi wcześniej ani później aniżeli to było konieczne.

 

 

Czas

 

Na co chciał nam zwrócić uwagę miniony pontyfikat? Otóż wydaje się, że wskazał nam miłosierdzie jako jedyny ratunek dla zagubionego świata.

 

Wszystko bowiem, do czego ludzie doszli w toku swoich dziejów to przekonanie, że człowiek i świat żyje dzięki sprawiedliwości. Przez tysiące lat poprzedzających przyjście Chrystusa na ziemię ludzie rozwijali w sobie to pragnienie sprawiedliwości i starali się o nią. Samo prawo naturalne drzemiące w sercu człowieka im w tym dopomagało. Cała ludzkość szukała i dalej szuka sprawiedliwości. W pewnym sensie zwieńczeniem tych pragnień było odkrycie Prawa Mojżesza, odkrycie Dekalogu, w którym w sposób doskonały została wyrażona Boska i ludzka sprawiedliwość.

 

Ale w tym samym czasie, kiedy ludzie coraz wyraźniej dostrzegali potrzebę sprawiedliwości, pojawiła się w sposób nieśmiały jeszcze ważniejsza, druga potrzeba ludzkości – potrzeba miłosierdzia. Nie do końca zrozumiana przez ludzi, zdająca się nawet przekreślać wymagania sprawiedliwości. Tę potrzebę odkrył również Mojżesz, który zrozumiał, że ani jednostki, ani narody nie ocaleją, jeśli będą się kierowały wyłącznie sprawiedliwością. One potrzebują koniecznie miłosierdzia. Z tej to racji Mojżesz wprowadził w życie instytucję zwaną Rokiem Jubileuszowym albo Rokiem Miłosierdzia. W tym szczególnym roku każdy pobożny Żyd miał odwrócić zwyczajny porządek rzeczy. Winien przekroczyć wymagania czystej sprawiedliwości i zacząć praktykować miłosierdzie w stosunku do swoich współbraci. Nie wystarczy państwo prawa. Miał oddać drugiemu człowiekowi również to, co tamtemu słusznie i sprawiedliwie nie przysługiwało. Na tym zresztą polega paradoks miłosierdzia. Miłosierdzie miało pomóc w odnowieniu wszechrzeczy. Miało przywrócić ludziom wolność i pomóc w powrocie do swojej własności, która została utracona przez własną winę albo bez własnej winy. Niewolników miano uczynić na powrót ludźmi wolnymi. Bez miłosierdzia Mojżesz nie wyobrażał sobie, aby jednostka czy naród przeżył, szczególnie w chwilach trudnych.

 

Podejmując myśl Mojżesza, Chrystus rozciągnął ją nie tylko na co pięćdziesiąty rok, tj. na Rok Jubileuszowy, ale na cały czas Kościoła. “Duch Pana Boga nade mną, bo Pan mnie namaścił. Posłał mnie, by głosić dobrą nowinę ubogim, aby obwieszczać rok łaski...” (Iz 61,1-2). Zażądał od chrześcijan najpierw miłosierdzia a dopiero potem sprawiedliwości. Zażądał od ochrzczonych, by najpierw oddawali ludziom to, co im nie przysługuje, a dopiero potem to, co im słusznie i sprawiedliwie przysługuje.

 

I oto, właśnie w wigilię niedzieli Miłosierdzia Bożego, Pan powołał swojego Sługę, Jana Pawła II, do siebie. Jakby chcąc podkreślić konieczność miłosierdzia, jako jedynego ratunku dla współczesnego człowieka i świata; systemów, ludzi i narodów. Sam Ojciec Święty był przecież dla nas przykładem prymatu miłosierdzia nad sprawiedliwością. Zdobył takie serdeczne przywiązanie do siebie i zwrócił oczy wszystkich ku Chrystusowi, ponieważ umiał rozbudzić w nas maleńką cząstkę niewinności, która kryje się w każdym człowieku, nawet w tym zastarzałym w grzechach oraz w zranionym grzechami. On podchodził do nas z miłosierdziem, nie zwracając uwagi na nasze słabości.

 

Na placu świętego Piotra byłem świadkiem ogłoszenia wyboru Jana Pawła II a potem uroczystej inauguracji jego pontyfikatu. Także świadkiem spotkania Jana Pawła II z księdzem prymasem Stefanem Wyszyńskim. Ksiądz Prymas ukląkł przed Ojcem Świętym, a ten go przytulił do siebie. Syn przygarniał ojca. To niezwykłe wydarzenie. Kończyła się epoka jednego giganta, a rozpoczynała epoka drugiego. Kończyła się epoka sprawiedliwości – Bóg ofiarował nam nagrodę za cierpienia Prymasa. Rozpoczynała się epoka miłosierdzia – Bóg dał nam tego, na którego myśmy nie zasługiwali. Otrzymaliśmy naturalnego przewodnika, który umie brać na siebie odpowiedzialność, a jednocześnie promieniuje ludzkim ciepłem (normalnie spotyka się takich, którzy umieją brać odpowiedzialność, ale są zimni jak lód, inni z kolei są bardzo ludzcy, ale nic nie wnoszą jako przywódcy). Przewodnika, który umiał przekazać młodym, czym jest ojcostwo. Człowieka wielkiej pokory, który umiał przyjąć rzeczy sprawiające mu ból. Miał zdolność przygarniania do siebie tego wszystkiego, co dało się przygarnąć oraz tego, co powinno zostać przygarnięte.

 

 

SENS

 

I tutaj właśnie chciałbym powiedzieć kilka zdań o sensie. Gdy przyglądam się temu pontyfikatowi, od jego początku aż do końca, dostrzegam moją ograniczoność. Każdy, kto ma dostatecznie dużo rozsądku, zdaje sobie przecież sprawę z tego, że nie da się ogarnąć w całości jego wielkości. Znajdujemy się trochę w sytuacji mrówki w stosunku do słonia. Każdy chwyta jakiś kawałek, opisuje go na miarę swojego ducha i swojego rozumu, i tym się zadowala. Ale to w żadnym wypadku nie oznacza całości. To tylko jakiś fragment, ułamek z tego, czym był pontyfikat Jan Pawła II. I dlatego, gdy zastanawiam się nad sensem tego pontyfikatu, nie myślę wcale o jego koncentrowaniu się na godności człowieka, na prawach ludzkich, na prawach Bożych. Myślę bezwiednie o czymś innym, tzn. o mesjańskim cierpieniu. Takim, jakie zostało zarysowane w wielkiej wizji Izajasza, zwanej czwartą pieśnią sługi Jahwe. Nie ma – według mnie – trafniejszego określenia tego pontyfikatu, jak właśnie w słowach tej pieśni, która powstała siedem wieków przed Chrystusem. W pieśni, która odnosiła się pierwotnie do króla izraelskiego, następnie do Chrystusa, a potem do świętego Piotra i prawie wszystkich jego następców. Jak rozpoczyna się ten poemat? “On wyrósł przed nami jak młode drzewo i jakby korzeń z wyschniętej ziemi”. Wyrósł spośród nas, z ziemi jałowej, jak korzeń z jałowej ziemi.

 

Gdy przyjrzymy się osobie Ojca Świętego, każdy zrozumie, że nie jest to zwykła droga człowieka. Na tej osobie skupiło się nadzwyczajne cierpienie. Było to nie tylko cierpienie sieroctwa, wczesne doświadczenie utraty matki, brata, ojca. To nie tylko groźne wypadki, które groziły śmiercią w czasie II wojny światowej. To także uczestnictwo w cierpieniach narodu, którego był częścią. Myślę najpierw o wymordowaniu profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, następnie o wymordowaniu Żydów krakowskiego getta, potem o Auschwitz, tej wielkiej fabryce śmierci, gdzie w stosunkowo krótkim czasie wymordowano ponad milion trzysta tysięcy ludzi. Pośród tych cierpień żył i dorastał Ojciec Święty. Dorastał w ciemnościach nazizmu, a potem komunizmu. W ciemnościach nazizmu, który pociągnął za sobą ok. dwadzieścia milionów zabitych i w ciemnościach komunizmu, który pociągnął za sobą sto dziesięć milionów zabitych. To wszystko nie mogło nie pozostawić swoich skutków w psychice młodego człowieka. Nie mogło nie odcisnąć się na nim cierpieniem prawdziwie mesjańskim.

 

On wyrósł pośród nas jak korzeń z zeschniętej ziemi, jak korzeń pośród śmierci, z jałowej ziemi. Gdy dookoła panowała śmierć, on niósł w sobie nadzieję życia. To cierpienie towarzyszyło mu w dalszych latach jego życia i działalności. Jego kulminacją był zamach na życie, który miał doprowadzić do wyeliminowania tego, który rzekomo był zagrożeniem dla “wielkich”. Dla tych, którzy w każdej chwili mogli skinąć i zabić każdego człowieka na ziemi. A jednak ten zamach – na przekór intencjom morderców – przyniósł błogosławione owoce. Jak w przypowieści o dobrym Samarytaninie – trzeba było cierpienia tego, który został pobity przez zbójów na drodze z Jerozolimy do Jerycha, aby wzbudzić dobro w przechodzącym Samarytaninie. Cierpienie towarzyszyło nieodłącznie Ojcu Świętemu, aż do szczególnej kulminacji w momencie jego agonii. Znamy różne “rodzaje” umierania – w domach, w szpitalach, w hospicjach, ale rzadko się spotyka śmierć, która od początku do końca jest katechezą. Bywają śmierci, które są błaganiem o łaskę, są śmierci, które bywają nieme, lecz ta śmierć była inna. Ona całą sobą wiodła nas ku dobremu. Będąc człowiekiem zdrowym łatwo jest mówić o wielu pięknych sprawach, ale na krawędzi śmierci uczestniczyć we mszy świętej, w drodze krzyżowej, w brewiarzu to wydaje się ponad ludzkie siły. Tymczasem on pokazał moc wiary, która przekracza ludzkie siły. Wszystko to byłoby niemożliwe, gdyby nie były to cierpienia mesjańskie. To znaczy cierpienia takie, które miały przynieść ocalenie dla wielu.

 

“On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze grzechy”. To, co go spotkało, spotkało go nie ze względu na niego, ale ze względu na nas. Spotkały go nadzwyczajne cierpienia, ponieważ nadzwyczajna była nasza małość. Cierpieniem papieskim były przecież nie tylko cierpienia fizyczne. Można nawet powiedzieć, że one były tylko cierpieniami mniejszego rodzaju. Prawdziwym cierpieniem dla Ojca Świętego musiało być to, że on wzywał ludzi do nawrócenia, a ludzie pozostawali głusi. Często ulegali poruszeniu serca, ale nie poruszeniu sumienia. Dlatego cierpienia, które towarzyszyły temu człowiekowi, były przede wszystkim cierpieniami natury duchowej. Były nie takimi samymi, ale podobnymi cierpieniami, jakie znosił Sługa Jahwe. On poniósł nasze grzechy i wszystkie nasze choroby a w jego ranach nasze zdrowie. On cierpiał nie za siebie, ale za nas.

 

Trzy są drogi do ateizmu – mówił święty Tomasz. Najpierw ignorancja, następnie pieniądz a potem grzeszne życie. Wszystko to razem przyczyniało się do cierpienia tego człowieka. A poza tym miałkość własnego narodu. Gdy wybuchła “Solidarność” i wydawało się, że oto odradza się prawdziwa wolność – nic się nie stało. Ludzie pobiegli za wolnością, lecz zrezygnowali z odpowiedzialności. Chcieli wolności, lecz nie chcieli prawa. A w szczególności prawa Bożego. Jak mógł się czuć w tym momencie Ojciec Święty? Gdy przyjechał do Polski i przypominał o Dekalogu, a raczkująca wolność się na to oburzyła. Jak mógł się czuć ten, który patrzył na upadek własnego narodu. Owszem, wszyscy pragnęli się ogrzać w świetle słońca. Każdy chciał się sfotografować z Ojcem Świętym i powiesić fotografię w mieszkaniu, lecz niewielu miało zamiar pójść za głosem sumienia, za głosem nauki Ojca Świętego.

 

Dlatego myślę, że istnieje czas i istnieje sens. Nadszedł czas miłosierdzia, kiedy pojawiła się dla nas nadzieja ocalenia. Ale objawił się także sens czasu, sens zbawczego cierpienia Chrystusa. Podczas gdy wielu myślało, że ten który został wybrany na urząd Piotrowy winien być w szczególny sposób otoczony opieką przez Boga, że nie powinno mu się nic złego wydarzyć, Bóg zwalił na niego winy nas wszystkich. Nie po to, by stawiać go na równi z Chrystusem, ale aby pokazać, że istnieje zbawczy sens ludzkiego cierpienia. Że ludzkie życie ma sens, że nie może być skoncentrowane tylko na swoim interesie, ale że ono jest także dla innych.

 

To wszystko da się zaobserwować już na płaszczyźnie zwykłego życia rodzinnego. Gdzie małżonkowie domagają się sprawiedliwości, tam trzeba szukać miłosierdzia. Miłosierdzia męża wobec żony i miłosierdzia żony w stosunku do męża. Miłosierdzia dzieci w stosunku do rodziców i miłosierdzia rodziców w stosunku do dzieci. Jeśli faktycznie chcemy wydobyć jakiś pożytek ze śmierci Jana Pawła II, patrzmy na sens cierpień Sługi Jahwe. Do tej pory – zdaje się – jakoby jeden za nas myślał, a myśmy skrywali się w jego cieniu. Teraz trzeba, by ta śmierć stała się początkiem życia, żeby ta śmierć stała się także odrodzeniem dla naszego narodu. Bo w to, co się wydarzyło było rzeczą niezwykłą. Niezwykłą łaską dla Polaków. Łaską jedną na dwa tysiące lat. Prosimy więc Pana Boga, aby ta śmierć stała się początkiem odrodzenia duchowego Polaków. Początkiem tego, czego życzyłby sobie Papież – czasu miłosierdzia wobec naszych bliźnich.

 

autor: abp Stanisław Gądecki