To nie kazanie, to prośba
Tytuł niniejszego felietonu, zaczerpnąłem z krótkiego artykułu Katarzyny Kolskiej, który ukazał się w poznańskim dodatku “Gazety Wyborczej” z dnia 21 czerwca bieżącego roku. Pozwolę sobie zacytować go w całości: “Niedziela, wieczorna msza święta w jednym z winogradzkich kościołów. Kapłan czyta z kartki wcześniej przygotowane kazanie. Kilka razy zacina się, myli słowa, poprawia, czyta od nowa. Staram się wsłuchać w to, co ma do przekazania, ale przychodzi mi to z dużym trudem. Gdy kończy, jest mi żal, bo czuję, że zupełnie zmarnował 15 minut, podczas których mógł powiedzieć nam coś ważnego. I nie pierwszy raz pomyślałam, że lepiej usłyszeć kilka prostych zdań, które zapadają w serce, niż kilkadziesiąt, które szybują gdzieś ponad głowami. I teraz nie chcę poprawiać kazania, ja tylko proszę” (Katarzyna Kolska, To nie kazanie, to prośba, “Gazeta Wyborcza” – Poznań, 21 czerwca 2005, s. 2).
Przytaczam wypowiedź poznańskiej dziennikarki, ponieważ zdarzyło mi się przeżyć podobną sytuację. Jako jeden z koncelebrantów słuchałem współbrata, który czytał, dość monotonnym głosem przez ponad 20 minut swój (a może nie swój?) tekst. Nie mylił się, nie poprawiał, nie zaczynał od nowa, jak w opowiedzianym na wstępie przypadku, a jednak słuchając go nie mogłem w żaden sposób odkryć, co jest tematem jego wypowiedzi, jakie treści chce przekazać słuchaczom. Mówił długo (osobiście uważam, że zbyt długo, bo nie była to ani msza odpustowa, ani żadna inna większa uroczystość, która usprawiedliwiałaby nieco dłuższą wypowiedź), a właściwie nic nie powiedział. Na samym końcu nawiązał do dwóch wydarzeń, którymi w ostatnim czasie żył Kościół, budząc w ten sposób trochę zainteresowania u znudzonych słuchaczy. Szkoda tylko, że wspomniane wydarzenia trudno było wpleść w kontekst całej, wcześniejszej wypowiedzi. Pomyślałem wtedy, podobnie jak autorka przytoczonego na wstępie artykułu: “zmarnował ponad 20 minut, podczas których mógł powiedzieć nam coś ważnego” w kilku prostych zdaniach.
Niezwykle aktualne w kontekście przytoczonych wyżej relacji z naszego kościelnego podwórka wydają się pytania, które w jednym ze swoich artykułów, zawierającym “Biblijne rady i przestrogi dla proroków słowa Bożego”, nie tak dawno temu postawił ks. Józef Kudasiewicz: “Jak do swoich słuchaczy odnoszą się współcześni prorocy słowa? Czy oświetlają kręte ścieżki życia ludzi autentycznym słowem Bożym, czy też mówią ponad ich głowami i głoszą tylko ludzką mądrość? Czy mówią dobitnie i zrozumiale? Czy kochają ludzi zagubionych, jak kochał Chrystus-Prorok?”.
Pragnących poznać w całości opinię ks. Kudasiewicza na postawiony problem, odsyłam do artykułu, zamieszczonego na łamach kwartalnika “Pastores” (Numer specjalny pt. “Msza życia”, 1/2005, s. 7-17). Ja pozwolę sobie tutaj zacytować tylko kilka zdań z wypowiedzi wybitnego polskiego biblisty, które zdają się potwierdzać, że problem, o którym mowa wyżej, niestety nie jest marginalnym zjawiskiem: “Ciało Pana podajemy, ale słowo życia niestety nie zawsze. Okradamy wiernych z bogactw Bożego słowa, karmiąc ich często tylko przy jednym stole. Łamiemy ludowi chleb Ciała Pańskiego, ale nie łamiemy Bożego słowa (…). «Mistyczna więź – pisał kard. Augustyn Bea – istniejąca między słowem Bożym i chlebem życia sprawia, że i kapłan skupia w sobie dwie funkcje: jest on minister verbi i minister sacramenti (…). Kapłan, który umiałby dobrze sprawować świętą Ofiarę fractio panis, a nie umiałby łamać wiernym chleba słowa Bożego, byłby kapłanem tylko połowicznie». Jest to niezwykle bolesny problem.
Zaniedbywanie obowiązku łamania chleba słowa Bożego w czasie mszy świętej, nieudolność łamania tego chleba, serwowanie dania czysto ludzkiego jest chorobą proroków słowa, często niedostrzeganą i nieuświadomioną” – stwierdza ks. Kudasiewicz.
Warto więc chyba, aby każdy z nas, duszpasterzy i proroków słowa, pomyślał, czy i my czasami nie jesteśmy kapłanami tylko połowicznie i czy troszczymy się jak należy o stół Bożego słowa? Wierni są głodni, słuchacze czekają i chcą usłyszeć od nas słowo Pana!
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






