Wolne "interwencje" celebransa
W liturgii obok oficjalnego głoszenia Słowa mają (przynajmniej mogą mieć) miejsce również krótkie przemówienia głównego celebransa, nazywane niekiedy “wolnymi interwencjami” (A. Sorrentino). Z kilku możliwych (por. OWMR 31) wybieramy “interwencje” przewidziane w ramach obrzędów wstępnych i obrzędów zakończenia, gdyż poruszona niżej kwestia ich w szczególny sposób dotyczy. Odwołując się do powszechnie znanych zasad ich kształtowania (por. OWMR 50.90.124.166.184), pragnę zwrócić uwagę na pewne znamiona pojawiającej się w ich praktyce – delikatnie mówiąc – “niestosowności”.
Zauważa się więc, że przewodniczący liturgii, występujący przecież in persona Christi, wita przychodzących w takim stylu, jakby on był głównym bohaterem wydarzenia, jedyną okazją odbywającego się spotkania.
Owszem, jednym z celów obrzędów wstępnych jest utworzenie wspólnoty celebrującej, ale powinno się ono dokonywać w atmosferze pozdrowienia oznajmiającego obecność Pana, gdyż “przez to właśnie pozdrowienie i odpowiedź ludu ujawnia się misterium zgromadzonego Kościoła” (OWMR 50). Zakłóceniem owej atmosfery byłyby więc takie zwroty jak: “dzień dobry”, “dobry wieczór”, “witam Państwa”, dlatego przewidziane “bardzo krótkie” wprowadzenie powinno koncentrować się wokół tajemnicy Eucharystii oraz teologicznej treści niedzieli czy obchodzonej uroczystości (R. Zerfass). Słowny kształt owego wprowadzenia, które nota bene może uczynić odpowiednio przygotowana osoba świecka (OWMR 50.124), będzie oczywiście ulegał zmianie stosownie do konkretnych okoliczności celebracji.
Tak jak niewłaściwe byłoby witanie przez przewodniczącego, jakoby we własnym imieniu, przybyłych na sprawowanie liturgii, tak też niewłaściwe byłoby podobne żegnanie odchodzących. W ramy pożegnania włącza się niekiedy jeszcze dodatkowo podziękowanie za przybycie na mszę świętą, względnie za wspólne sprawowanie Eucharystii. Stwarza to wrażenie, jakoby ludzie przybyli złożyć osobistą wizytę księdzu, względnie ksiądz został upoważniony do podziękowania im w imieniu Boga (R. Zerfass).
Sprawy tej, powszechniejszej chyba w Niemczech niż w Polsce, dotyka M. Lütz, świecki katolik, przyjaźnie i dowcipnie ironizujący niemieckie uprzedzenia do struktur kościelnych oraz sposoby uatrakcyjnienia chrześcijaństwa przez duchownych. Tak się utarło, zauważa, że na zakończenie wielu nabożeństw dziękuje się “uczestnikom” i to ma zastąpić aplauz okazywany na zakończenie różnego rodzaju imprez. Liturgia wszakże nie jest imprezą. W niej nie chodzi o to, “aby coś dostarczyć, wyświadczyć ludziom, za co należałoby im jeszcze łaskawie podziękować, lecz o coś całkowicie innego: w liturgii dziękują oni, każdy ze wszystkich swoich sił, swego niepowtarzalnego czasu i swego osobistego zaangażowania Bogu, swemu Stwórcy i Zbawicielowi” (M. Lütz, Obezwładniony olbrzym. Psycho-analiza Kościoła katolickiego, Bielsko-Biała 2003, s.149).
Z czego wynikają owe wątpliwej poprawności liturgicznej praktyki? Zdają się one wynikać najpierw z niekontrolowanego przeakcentowywania socjologicznego wymiaru posoborowej odnowy liturgii, mającego na celu uwydatnienie jej wspólnotowego wymiaru. Stąd też należy uznać w ogólnym wymiarze za słuszne wysiłki celebransa zmierzające do osobistego skomunikowania się z uczestnikami liturgii; wytworzenia atmosfery wspólnoty. Ale w wieku charakteryzującym się przewagą emocji nad myśleniem prowadzą one dość często do zatarcia różnicy pomiędzy celebracją liturgiczną a urodzinowym przyjęciem.
Zwraca na to uwagę kard. J. Ratzinger, dziś papież Benedykt XVI. Przy omawianiu pewnych aspektów historycznych obowiązującej dziś postawy zwrócenia się celebransa twarzą do wiernych podczas sprawowania Eucharystii, zauważa między innymi, że główny celebrans, na którym skupia się uwaga wszystkich uczestników, może stać się punktem odniesienia dla całości. “Coraz mniej widać tu Boga, coraz ważniejsze staje się to, co czynią ludzie, którzy spotykają się tutaj i którzy wcale nie chcą się już poddać «danemu z góry schematowi»” (J. Ratzinger, Duch liturgii, Poznań 2002, s. 74). Nie wdając się w tej chwili w głębszą interpretację myśli byłego przewodniczącego Kongregacji Nauki Wiary, a obecnego Papieża, pragnę jedynie zauważyć, iż coś jednak w jego spostrzeżeniu jest na rzeczy, czego dowodzą właśnie przedziwne formy wielu “wolnych interwencji” przewodniczących liturgii.
U podstaw zauważonych wyżej “niestosowności”, obok wspomnianego już przeakcentowywania socjologicznego wymiaru liturgii, zdaje się leżeć również przeakcentowanie psychologiczne. Objawia się ono, zresztą nie tylko w tym przypadku, dominacją wrażliwości psychologicznej nad teologiczną. Skutkiem czego doświadczenie sacrum zostaje podporządkowane przeżyciu relacji – a nierzadko z nią utożsamione.
Owe niebezpieczeństwa zostają zażegnane, kiedy atmosferę “wolnych interwencji” głównego celebransa podczas powitania i zakończenia liturgii przenikać będzie treść przewidzianego pozdrowienia Pan z wami. W nim zaś, jak ławo zauważyć, sam wypowiadający je kapłan nie jest w ogóle wspomniany. Zawiera się w tym ważne pouczenie, że zasadniczymi partnerami celebracji są Pan i lud, i że kapłan działa jedynie jako sługa podporządkowany planom Pańskim (P. de Clerck). Gdyby owa świadomość przeniknęła do głębi przewodniczących liturgii wspomniane wyżej przykładowo “niestosowności” ich “wolnych interwencji” przestałyby się pojawiać.
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






