W numerze
 
listopad/grudzień 2004 » "ODDANI NA SŁUŻBĘ LUDOWI BOŻEMU" » FORUM PASTORALNE »

"Wy dajcie im jeść!"

Drukuj

W chwili, gdy pisałem ten tekst, byłem pod wielkim wrażeniem całotygodniowych obchodów Oktawy Bożego Ciała i chciałbym podzielić się pewną refleksją.

Codziennie na wieczornej mszy św. w kościele był tłum ludzi: tak na oko – pięć razy więcej niż w czasie każdych rekolekcji, których ostatnio byłem świadkiem. Sądzę, że podobne zjawisko można było zaobserwować w wielu innych parafiach: raczej pustawe kościoły w czasie rekolekcji i tłumy w czasie całej Oktawy Bożego Ciała – czyli na sześciu Mszach, jeśli wyłączyć samo Boże Ciało i niedzielę. Zdecydowana większość uczestników nie opuściła w tym czasie ani jednego dnia obchodów.

I teraz problem, a raczej pytanie: czy potrafiliśmy tę szansę wykorzystać duszpastersko w takim wymiarze, na jaki zasługiwała? Spontaniczna odpowiedź zabrzmi: oczywiście, jak można w ogóle podawać to w wątpliwość! Była wspaniale przygotowana procesja, zastęp dziewczynek do sypania kwiatków, ministranci i lektorzy w pełnej gali, nie wspominając o pocztach sztandarowych, feretronach, chórze kościelnym itp. Wierzę: mobilizacja ludzi w Oktawie nie pozostawia nic do zarzucenia.

Ale czy my, duszpasterze, stanęliśmy na wysokości zadania – jako głosiciele Słowa Bożego i katecheci? Uroczystości Oktawy – i wiele innych podobnych – są wspaniałą okazją do przeprowadzenia takich para-rekolekcji czy cyklu tematycznych katechez, głównie o Eucharystii. Tegoroczny zestaw codziennych czytań w czasie Oktawy (fragmenty Mateuszowego kazania na górze), stanowił doskonały punkt wyjścia do rozważań na temat rozumienia Eucharystii jako sakramentu, który kształtuje nasze codzienne życie i postawy względem innych. Bardzo jestem ciekaw, kto z czcigodnych Kolegów Księży podjął trud takiej posługi.

Bo aż się o to prosiło: kościoły pękały w szwach od chłonnych i spragnionych Boga ludzi – świadczy o tym najlepiej liczba rozdanych Komunii św. A przecież mamy karmić ludzi nie tylko Chlebem, ale i Słowem życia. Był to więc nasz obowiązek, a nie jakaś fakultatywny „kaprys” czy hobby tego czy owego księdza. A ludzie na pewno byli gotowi słuchać, przynajmniej byli chociaż obecni w kościele. Wystarczyło tylko przygotować parę myśli, po przeczytaniu Ewangelii zamiast od razu otworzyć książkę z modlitwą powszechną, poprosić, żeby na chwilę wszyscy usiedli i powiedzieć parę słów.

Postulat czy wręcz obowiązek takich kazań jest tym bardziej zasadny, że przecież innym razem wychodzimy ze skóry, by ściągnąć ludzi na rekolekcje, misje czy katechezy dla rodziców dzieci pierwszokomunijnych. I narzekamy, że kościół czy salka świecą pustkami. Rekolekcjoniści się trudzą, ale słowo pada jednie do garstki słuchaczy. Właściwie trzeba powiedzieć, że trud ten bywa daremny albo mało efektywny. To tak, jakby siać ziarno na asfaltową drogę albo łowić ryby w samo południe tuż przy kąpielisku: warunki głoszenia słowa w czasie rekolekcji są nieraz wyjątkowo niesprzyjające i nie rokują większych nadziei.

Co innego w Oktawie, na Roratach, odpustach i przy wielu innych okazjach. W takich okolicznościach mamy kościoły zapełnione w sposób jakby automatyczny, bez żadnego wysiłku – ludzie sami przychodzą. Czy jednak zostają nakarmieni do syta tak, jak o tym mówi Ewangelia z Bożego Ciała? Czy też może rozpuszczamy ich do domu zgłodniałych Słowa Bożego.

autor: ks. Mariusz Pohl