W numerze
 
wrzesień/październik 2005 » "ODDANI NA SŁUŻBĘ LUDOWI BOŻEMU..." » STUDIUM KOMUNIKACJI SŁOWA »

Cechy dobrego mówcy (VII)

Drukuj

Co robić, kiedy celem jest perswazja

Perswazja nie zawsze musi prowadzić do podjęcia jakichś działań czy jakiegoś postępowania (por. 5. odcinek z cyklu “Cechy dobrego mówcy”, “BK” 2/2005), czasami może dotyczyć jakiejś idei, sądu, wartości (choć trzeba pamiętać, że wszystko to ma też oczywiście wiele wspólnego z postępowaniem). Perswazja wiąże się też z wyjaśnianiem, tłumaczeniem (por. 6. odcinek z cyklu “Cechy dobrego mówcy”, “BK” 3/2005), ponieważ w celu przekonania kogoś do czegoś trzeba korzystać również z tych narzędzi. Jednak to, co ją wyróżnia to bezpośrednie i osobiste zaangażowanie słuchacza, który nie zawsze jest obecny w przemówieniach tłumaczących i wyjaśniających jakaś prawdę (chociaż, jeśli dobrze rozumiem, nie istnieją prawdy wiary, które nie domagałyby się osobistego zaangażowania). I dlatego, po rozważaniach o tym jak skłonić do postępowania, o tym jak wytłumaczyć i wyjaśnić, zajmę się teraz tym, co powinniśmy robić, kiedy celem homilii lub jakiejś jej części jest perswazja.

Zdobyć zaufanie i mówić z entuzjazmem

Bez kredytu zaufania ze strony słuchaczy dla mówiącego, żadne przemówienie nie będzie mogło ich do niczego przekonać. Jeśli mówiący nie cieszy się zaufaniem słuchaczy, musi zastanowić się nad tym, jak je zdobyć. Aby być wiarygodnym w oczach słuchaczy trzeba przed nimi wykazać się dwiema cechami: dobrą znajomością omawianego zagadnienia oraz właściwą postawą moralną.

Kaznodzieja musi najpierw zatroszczyć się o dobrą, pogłębioną znajomość tematu, który podejmuje. Nieodzowne jest więc studium, zbieranie potrzebnej dokumentacji, medytacja i modlitwa. Znajomość powierzchowna albo tylko chwilowa jakiegoś tematu nieuchronnie da o sobie znać, czy to w jakimś zdaniu, wtrąceniu, czy dopowiedzeniu. Wystarczy pomyśleć na przykład o niektórych kaznodziejach, wygłaszających generalizujące opinie, oparte na obiegowych stereotypach: hedonizm, laicyzm, indywidualizm, konsumpcjonizm, sekularyzacja, utrata wartości, koniec ideologii, epokowy przełom... Albo o pseudo-generalizujących opiniach na temat niektórych grup społecznych: dzisiejsza młodzież jest bardzo dobra albo, zupełnie przeciwnie, młodzi odchodzą od religii. Albo też o pseudo-wyjaśnieniach zachodzących zjawisk: np. hedonizm leży u podstaw kryzysu wartości. Mówią wszystko i nic, nie dodają nic do tego, co od dziesięcioleci bywało mówione, a tym samym nie są w stanie zainteresować nikogo spośród słuchaczy. Poza tym wszystkim, niektóre “kategorie” społeczne (młodzi, starsi, kobiety, rodziny) mogą być brane pod uwagę tylko wtedy, jeśli można rozpoznać różnice zachodzące między nimi, albo wewnętrzne nierówności. Dokonujące się zmiany będą zrozumiane we właściwy sposób tylko wtedy, gdy będziemy mieli dość cierpliwości, aby uwzględnić różnorodność czynników, które mają na nie wpływ. Wrzucanie wszystkiego do jednego worka powoduje utratę wiarygodności i wywołuje irytację słuchaczy. A ci z nich, którzy zwracają baczniejszą uwagę na rzeczy wcześniej poznane albo kolejny raz powtarzane i przez to nie skłaniające ich już do żadnej refleksji, odpowiedzi, czy odpowiedzialności, po prostu zatykają sobie uszy.

Na drugim miejscu trzeba dodać, że głoszący homilię musi sam być przede wszystkim przekonany do prawd, które proponuje innym. Już Kwintylian uważał, że mówca (orator) to “osoba moralnie zintegrowana, która nauczyła się dobrze mówić”. Nie ma takiej sztuczki, którą można by zastąpić brak uczciwości i która mogłaby wnieść w proces komunikacji – przede wszystkim na płaszczyźnie parawerbalnej (sposoby mówienia), ale też niewerbalnej (środki ekspresji i gestykulacja), to przekonujące ciepło, które może dać tylko wewnętrzna spójność moralna mówiącego. A więc, aby przekonać innych, kaznodzieja sam musi być najpierw w pełni przekonany do tego, co mówi. Przekonany, bo uwierzył, bo głęboko rozważył podczas medytacji i rzeczywiście przyswoił sobie prawdę, którą proponuje. Przekonany, ponieważ szczerze pragnie żyć zgodnie z tym, w co wierzy. Tylko wtedy będzie potrafił mówić w sposób zaangażowany, gorący, a tym, samym zarażający innych – bez tych elementów trudno mówić o skutecznej perswazji.

Prowadzić rozumowanie składające się z pozytywnych odpowiedzi

Jakiś pogląd zostaje uznany za prawdziwy o tyle, o ile nie napotyka u słuchacza jakiegoś przeciwnego zdania, myśli, czy opinii. Wszyscy znamy zjawisko tak zwanego rozmyślnego przeciwnika. W takim przypadku jakiś pogląd zostaje odrzucony nie ze względu na jego zawartość, ale z powodu założonego wcześniej, niechętnego nastawienia słuchacza. Musimy przemyśleć fakt, że my sami, jak i nasi słuchacze często przyjmujemy jakieś poglądy nie dlatego, że je przestudiowaliśmy, ale z motywów, które po dokonaniu ich krytycznej oceny, okazałyby się bardzo powierzchowne. Jednak te poglądy już są w nas. I jeśli teraz pojawi się jakaś opinia zupełnie inna, to te istniejące już w nas poglądy, natychmiast będą krzyczeć swoje nie. I nie tylko poglądy zareagują, ale też emocje i uczucia, a nawet napięcie mięśni. Cała osoba przyjmie postawę obrony równowagi własnych przekonań, a równocześnie niechęci wobec wszystkiego, co poddaje te przekonania w wątpliwość. Zamiar przekonania kogoś zostaje więc tym samym skazany na niepowodzenie, które może okazać się całkowite, jeśli próbom perswazji towarzyszy od samego początku niechętna postawa.

Trzeba więc spróbować wywołać u słuchaczy postawę otwarcia, albo przynajmniej obniżyć poziom niechęci. Najlepszy sposób to pokazanie na początek poglądów podzielanych przez słuchaczy, poglądów wspólnych. Czyniąc te pierwsze kroki, kaznodzieja będzie starał się zdobyć i prawdopodobnie zdobędzie pierwsze tak, oznaczające przyzwolenie ze strony słuchaczy. Trzeba tu jednak przypomnieć to samo, co powiedzieliśmy na temat nie. Tak nie jest tylko pozytywną reakcją na płaszczyźnie poglądów, ale również emocji i uczuć (które będą czuły się uspokojone i potwierdzone), a nawet napięcia mięśni. Twarz się rozluźnia, a nawet pojawia się uśmiech. I kiedy wreszcie pojawi się nowy pogląd, do którego chce się przekonać słuchaczy, napotka on u słuchaczy życzliwe przyjęcie, życzliwe nastawienie. Chodzi o to, że słuchacz uzna za łatwiejsze trwanie w postawie otwarcia niż podejmowanie trudu przemiany nie tylko samego procesu myślenia, ale również przemiany stanów emocjonalnych, uczuciowych i... mięśniowych! Gdy udało się uzyskać choćby kilka małych tak ze strony słuchaczy, staje się bardziej prawdopodobne, że powiedzą oni również to ostateczne tak wobec poglądów, co do których nie są jeszcze teraz przekonani, a do których mówiący chce ich przekonać.

Ktoś z czytelników mógłby zapytać, czy ja czasami nie próbuję zachęcić go do manipulowania słuchaczami. To prawda, że można używać metod komunikacji w celu manipulowania ludźmi, ale złe wykorzystanie procesu komunikacji dla osiągnięcia celów etycznie negatywnych nie musi oznaczać, że kto chce za pomocą procesu komunikacji osiągnąć cele etycznie pozytywne nie musi odwoływać się do złych metod komunikacji. Stosowanie dobrych metod w procesie komunikacji to postawa, którą moglibyśmy uznać za bardzo szlachetną formę miłości. Przykładem może być działanie księdza w sakramencie pojednania, który próbuje przekonać osobę dotkniętą słabościami i upokorzoną błędami do tego, aby się nie zniechęcała.

Pomyślmy o doświadczeniu, które jest nam wspólne. Zdarza się nie raz, że wszyscy dochodzimy czasami do takiego punktu, w którym zmieniamy opinie i przekonania. Jeśli ma to charakter wewnętrznego procesu, zazwyczaj nie mamy jakichś wielkich oporów. Ale jeśli ktoś nas zaatakuje, zarzucając nam, że nie mamy nawet odrobiny racji, albo nawet posądza nas o działanie w złej wierze, nasz opór będzie silny i zdecydowany. W wielu przypadkach nie chodzi bowiem o treść naszych przekonań, których chcemy bronić, co raczej o nas samych, o nasz szacunek do siebie samych. Na przykład: osoba, która w swojej ojczyźnie wypowiada bardzo krytyczne opinie pod adresem swojego kraju, gdy znajdzie się za granicą zazwyczaj nie będzie się zgadzać, aby mówiono źle o jej ojczyźnie.

Wszyscy chcielibyśmy nadal wierzyć w przekonania, które są nam bliskie i które z przyzwyczajenia uważamy za prawdziwe i słuszne. Gdy ktoś chce zmienić coś w naszych przekonaniach, czujemy się przymuszeni do znalezienia wytłumaczenia i do odrzucenia intruza. Nie interesuje nas zawartość nowych poglądów, ale obrona naszej wewnętrznej sytuacji. Jezus, nie bez poczucia humoru (którego nigdy Mu nie brakowało) zauważył, że nikt kto napił się starego wina nie będzie prosił o wino młode, ponieważ powie: stare jest lepsze (por. Łk 5,39).

Miłość, o której mówiłem oznacza, że trzeba wziąć pod uwagę fakt, iż proponowane przez nas prawdy mogą napotkać ten rodzaj niechęci ze strony słuchaczy. Z duszpasterskiego punktu widzenia nie jest rzeczą właściwą zostawić ich samych z tą niechęcią i z tymi oporami, tak jakby nas zupełnie nie obchodzili, jakbyśmy chcieli powiedzieć: “ja już swoje zrobiłem; powiedziałem im jasno. Teraz niech oni sami pomyślą i zdecydują”. Przypowieści Jezusa idą w zupełnie innym kierunku. Gdy prawda o Bogu, który nie jest przede wszystkim zimnym strażnikiem Prawa, ale Zbawicielem, pragnącym naszego zbawienia (również wtedy, gdy jesteśmy źli) napotyka na jakiś opór, Jezus wkracza do akcji i opowiada historię ojca, który z delikatną miłością usiłuje zbawić syna, który popełnił błąd. To sprawiło, że Jezus mógł usłyszeć pierwsze tak i w ten sposób otworzyła się droga do ostatecznego tak, wypowiedzianego Bogu, który jest przede wszystkim Ojcem i za wszelką cenę chce nas zbawić. Warto też jednak z uwagą przeczytać listy św. Pawła. Nie brakuje w nich takich fragmentów, w których apostoł usiłuje do czegoś przekonać odbiorców swoich listów. Zobaczymy wtedy, że i on idzie często tą drogą, którą wyżej próbowaliśmy pokazać. Warto może też dodać, że św. Paweł zdecydował się zarabiać na życie własnymi rękoma, aby w ten sposób przezwyciężyć u słuchaczy, adresatów jego przepowiadania, każdy ewentualny opór wobec Ewangelii.

Okazać szacunek słuchaczom i używać przyjacielskiego tonu

To logiczna konsekwencja tego, co powiedzieliśmy dotąd, a zarazem też powszechna opinia: każda osoba, aby utrzymać wewnętrzną równowagę na przyzwoitym poziomie, sama siebie darzy odpowiednim szacunkiem. Wystarczy zranić to uczucie, a natychmiast spotkamy się z niechęcią. Gdy jednak, przeciwnie, będziemy starali się wzmocnić to uczucie, osoba ta ze swej strony będzie starała się uczynić to samo w relacji do nas.

Szacunek można okazać na różne sposoby. Przede wszystkim rezygnując z osądzania intencji słuchaczy, również wtedy, gdy ich poglądy są całkowicie odmienne od naszych i uznajemy je za błędne. Oskarżanie ich o to, że mają takie poglądy i uzasadniają je w sposób z moralnego punktu widzenia nie do przyjęcia (chyba, że rzecz będzie oceniona jednoznacznie przez wszystkich) świadczy o arogancji mówiącego i może wywołać odwrotny skutek. Trzeba też unikać robienia ze słuchaczy całkowitych i naiwnych ignorantów, wmawiając im, że pogląd, do którego chcemy ich przekonać jest tak mało istotny, że odrzucają go tylko osoby słabe pod względem intelektualnym. Należy uznać też racje tych słuchaczy, którzy pokazują swoje opory i wątpliwości, albo domagają się głębszego podejścia do omawianej kwestii. Szacunek do rozmówcy, czy słuchacza to również szacunek do jego aktualnych przekonań oraz do jego krytycznej oceny. Nie wystarczy więc apodyktyczne przedstawienie prawdy, ale trzeba też koniecznie dołożyć wszelkich starań, aby znaleźć i pokazać argumenty, które ją wyjaśniają, przykłady, które czynią ją bardziej konkretną i odpowiedzi, które dotyczyć będą ewentualnych zastrzeżeń i trudności.

Ton wypowiedzi musi być prawdziwie przyjacielski i jako taki musi też być odebrany przez słuchaczy. Przyjacielski, serdeczny ton wypowiedzi jest najbardziej odpowiedni dla homilii, która, jak sam termin na to wskazuje, powinna być rodzinną rozmową. Przyjacielski oznacza, że mówiący chce dobrze i dlatego też chce dobra tych, do których się zwraca. A jeśli nie jest pewien, że to co mówi jest jasne, stara się uczynić swoją wypowiedź bardziej zrozumiałą. Kolejny raz stają przed nami zarówno Jezus, jak i św. Paweł, jako jasne przykłady wszystkiego co zostało wyżej powiedziane: “Wiecie, jakim byłem wśród was od pierwszej chwili, w której stanąłem w Azji. Jak służyłem Panu z całą pokorą wśród łez i doświadczeń, które mnie spotkały z powodu zasadzek żydowskich. Jak nie uchylałem się tchórzliwie od niczego, co pożyteczne, tak że przemawiałem i nauczałem was publicznie i po domach, nawołując zarówno Żydów, jak i Greków do nawrócenia się do Boga i do wiary w Pana naszego Jezusa” (Dz 20,18-21). Oczywiście, aby mówić w ten sposób trzeba również postępować w ten sam sposób...