Śmierć zawsze powoduje smutek. Najczęściej jednak „spotyka” ona ludzi, którzy ze względu na swój podeszły wiek są do niej w jakiś sposób przygotowani. Staje się wtedy ona ukoronowaniem ich życia i wytchnieniem po jego trudach, mówi się nawet: „odszedł szczęśliwy i syty dni”. Takiej śmierci towarzyszy smutek, który jest raczej tęsknotą niż bólem czy poczuciem niesprawiedliwości. Inaczej jest, kiedy umiera ktoś młody, na początku doświadczeń życiowych, niespełniony, mówi się wtedy, że „to nie był jego czas, odszedł zbyt szybko”. Poruszenie wywołane takim odejściem jest o wiele głębsze, mówi się o nim w kategoriach tragedii, a smutek przybiera dużo ciemniejszą barwę.
Śmierć zawsze powoduje smutek. Najczęściej jednak „spotyka” ona ludzi, którzy ze względu na swój podeszły wiek są do niej w jakiś sposób przygotowani. Staje się wtedy ona ukoronowaniem ich życia i wytchnieniem po jego trudach, mówi się nawet: „odszedł szczęśliwy i syty dni”. Takiej śmierci towarzyszy smutek, który jest raczej tęsknotą niż bólem czy poczuciem niesprawiedliwości. Inaczej jest, kiedy umiera ktoś młody, na początku doświadczeń życiowych, niespełniony, mówi się wtedy, że „to nie był jego czas, odszedł zbyt szybko”. Poruszenie wywołane takim odejściem jest o wiele głębsze, mówi się o nim w kategoriach tragedii, a smutek przybiera dużo ciemniejszą barwę.
W taką właśnie sytuację wprowadza nas ewangelista Łukasz w swoim dzisiejszym opowiadaniu. Jezus wraz ze swoimi uczniami i tłumami słuchaczy zmierza do miasta Nain położonego o trzy godziny drogi od Nazaretu. Kiedy zbliżają się do bramy miejskiej, spotykają orszak, na którego czele idzie ktoś, kto przykuwa uwagę Jezusa. Niepozorna kobieta, pewnie ubrana skromnie jak dziesiątki innych obok niej, zalana łzami i okryta płaszczem beznadziei, prowadzi swego syna na miejsce, w które żadna matka nie chce odprowadzać swojego dziecka, na miejsce pochówku. To ich ostatnia droga pokonywana razem, już nigdy więcej nie pójdą obok siebie, już nigdy więcej nie weźmie za rękę, już nigdy więcej… Ten, którego niosą za nią na marach, to jej jedyny syn, jedyny bliski, jedyny kochany, którego już nie ma, którego już nie będzie. Ale ona wie, że wraz z nim zaraz do grobu złoży nadzieję na godne życie, na spokojną starość, na radość i ukoronowania swojego życia. Jest wdową i wie, że nie ma już nikogo, kto mógłby się nią zająć, będzie już tylko zdana na jałmużnę i pomoc pochodzącą od obcych. Wraz z nim do grobu składa swoje marzenia o wnukach i radości szczęśliwej starości. Wraz z nim odeszło wszystko, co miało znaczenie. Idzie więc pogrążona w nieznośnym bólu; cierpi, bo jej ukochany syn umarł; cierpi, bo boi się przyszłości; cierpi, bo jest całkiem sama. Jej łzy są przejmujące… Byli pewnie tacy, którzy starali się ją pocieszyć, podnieść na duchu, choć co można powiedzieć w takiej sytuacji, co można zrobić, by ktoś poczuł ulgę czy ukojenie w takiej chwili? „Nie martw się”? „Nie smuć się”? „Czas leczy rany”? Czy takie słowa, jakiekolwiek słowa, mogą tu pomóc?
I wtedy, kiedy nic i nikt już nie może pomóc, z całej tej nicości, ciemności smutku i cierpienia, jakie ją otacza, jak promień słońca przebijający deszczowe chmury, zatrzymuje ją głos tego obcego mężczyzny, który wraz z innymi zmierza do miasta. „Nie płacz!” – mówi. I pewnie słyszała to już wiele razy od chwili śmierci syna, ale czy na takie słowa łzy mogą przestać płynąć? Nie! Nic ich nie może powstrzymać! Choć to jest inne „nie płacz!”, inne od tych, które słyszała, bo to nie niesie ze sobą zwyczajowego uzasadnienia, takiego jak: „łzy i tak nic tu nie pomogą, nic nie zmienią”. To „nie płacz!” nie jest podszyte wymuszoną grzecznością czy chęcią zabicia niezręcznej ciszy; nie wynika z potrzeby złożenia nic nieznaczących kondolencji. I kobieta zdaje się dostrzegać odmienność tych słów Jezusa i odmienność ich znaczenia. Zatrzymuje się, a wraz z nią wszyscy w kondukcie żałobnym, i wszyscy obserwują tą scenę. A Jezus mówi: „Nie płacz!”, i nie jest to ani ciepły gest, ani krzepiący dotyk, ale życie! On nie sili się na kojenie jej bólu, ale wbrew wszystkiemu usuwa powód jej smutku, a wraz z nim jej łzy! Mówiąc „nie płacz!” nie zabrania jej płakać, ale pokazuje, że nie ma już powodu do płaczu. „Młodzieńcze, mówię ci: wstań” – w tej chwili, w tej jednej chwili cały wszechświat zamiera i wszystko ulega zmianie! I w tych słowach Jezus mówi: „Nie słuchaj tych, którzy mówią, łzy nic tu nie pomogą! Bo twoje łzy mają wartość – to nad nimi się ulitowałem, to one zmieniły rzeczywistość”.
Ale nie na tym kończy się historia, bo prócz słów Jezusa, które dają życie, widzimy tu jeszcze gest, który zdaje się być bardziej wymowny niż jakiekolwiek słowa. Łukasz mówi: „Wtedy przybliżył się i dotknął mar”. Dla dzisiejszego obserwatora to pewnie mało istotny szczegół, lecz dla współczesnych Jezusowi był to najgorszy z możliwych sposobów na to, by stać się nieczystym. Kapłani, lewici, faryzeusze i wszyscy pobożni Żydzi szerokim łukiem omijali wszystkie te miejsca, w których mogli mieć kontakt ze zwłokami. Dotknięcie martwego ciała zgodnie z Prawem Mojżeszowym czyniło człowieka nieczystym rytualnie przez cały tydzień – na ten czas wyłączało się go ze wspólnoty. W czasie śmierci bliskiego narażona na to była tylko najbliższa rodzina zmarłego, w tym wypadku z pewnością tylko matka, która musiała przygotować ciało do pogrzebu – ubrać je i umyć, namaścić wonnymi olejami. Ale Jezusa to nie powstrzymuje, podchodzi i dotyka mar, i sam staje się nieczysty jak ona. Czyni to, aby dać życie, aby oddać życie. I to jest głębia tej opowieści – Jezus, którego nic nie jest w stanie powstrzymać, aby być z tym, kto go potrzebuje.
Jezus do końca ze mną, solidarny ze mną. On jeden potrafi się do końca ze mną utożsamić. On jeden idzie ze mną w największą ciemność, aby ją rozświetlić. On jeden. Jezu! Kiedy stoję, Ty stoisz przy mnie; kiedy upadam, Ty kładziesz się obok; kiedy wstaję, Ty podajesz mi rękę; kiedy nie mam już siły, Ty nie mówisz z wyrzutem, ale pokazujesz, że i Tobie pomagali nieść krzyż. Ty Jeden jesteś zawsze, a gdy wydaje się, że Ciebie nie ma, wtedy Jesteś najbardziej. To jest to wielkie „ze mną” Boga, Jezusa, który ani na chwilę mnie nie zostawił. Oto tajemnica tej opowieści – Jezus, który jest obok, który mówi: „Nie pozostawię cię nigdy samego, w największą ciemność pójdę razem z tobą”. On będąc na krzyżu, nie umiera tylko za mnie, ale umiera wraz ze mną, w pełni ze mną utożsamiony, w pełni mojego człowieczeństwa, w pełni mojej małości. Ale czy to koniec? Nie! Nawet kiedy już umrę, nie zostanę sam, bo co dzieje się wtedy? On wraz ze mną składany jest do grobu, wraz ze mną idzie w miejsce, w którym może tylko zawołać: Eli, Eli, lama sabachtani – „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. Oto jest wielkie „ze mną” Boga, Jezusa, który nie cofnie się przed niczym, by zawsze we wszystkim być ze mną! On ze mną poniżony, ze mną pogardzony, ze mną nieczysty, ze mną odrzucony, ze mną w ciemności, ze mną martwy… Ja z Nim ożywiony.
autor: ks. Dominik A. Chmielewski
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






