W numerze
 
maj/czerwiec 2010 » SUGESTIE HOMILETYCZNE » 11 Niedziela okresu zwykłego »

Racjonalizować czy kochać?

Drukuj

Jezus, zabierając nas dzisiaj ze sobą do domu faryzeusza Szymona, uczy, że nie najważniejsze jest to, co znajdzie się na stole, ale to, co jest w sercu zapraszającego do stołu. Może być suto i tylko na pokaz, ale może też być skromnie i z wielką miłością. Może być z „pompą” i jednorazowo albo też „po cichu” i często.

Czas uroczystości związanych z pierwszą komunią świętą dobiega już końca. Białe alby powędrowały do szafy, prezenty się już opatrzyły i trochę zastarzały, a zebrane od gości pieniądze obrastają procentami na jakiejś lokacie bankowej. Wielkie przygotowania, powtarzane po wielokroć zebrania i ustalenia, nieustanne próby, i wreszcie upragniony dzień, kiedy młody chrześcijanin przyjmuje do serca po raz pierwszy Pana Jezusa w komunii. Wszystko to podniosłe i patetyczne. A potem….
Pierwszy piątek w czerwcu – trzeba by pójść do spowiedzi, bo siostra na religii rozdała obrazki, żeby zbierać pierwsze piątki. Ale przecież możesz zacząć od przyszłego miesiąca. Na niedzielną mszę świętą z udziałem dzieci nie zdążyłeś, bo nie chciało ci się wstać, więc pójdziesz później. Modlitwa na początku dnia – nie ma czasu, komu chciałby się wczesnej wstawać; modlitwa na koniec dnia – nie ma siły, przecież tyle się dzisiaj napracowałem. Być grzecznym – a po co; uważać na lekcjach – nikt tego nie robi; podzielić się drugim śniadaniem – a niech sobie przyniesie.
Potem jest bierzmowanie i nieco poważniejsze dylematy, a później wypada wziąć ślub w kościele – ale właściwie po co? Żeby być ok., w porządku, by być poprawnym? A może żeby się pokazać przed innymi? Jaki to ma sens? Jaki ma sens zapraszanie gości bez chęci spotkania?; jaki ma sens dawanie prezentu bez prawdziwego pragnienia obradowania?; jaki ma sens bycie z drugim człowiekiem bez miłości? Żeby było ok., w porządku, by być poprawnym?
Jezus, zabierając nas dzisiaj ze sobą do domu faryzeusza Szymona, uczy, że nie najważniejsze jest to, co znajdzie się na stole, ale to, co jest w sercu zapraszającego do stołu. Może być suto i tylko na pokaz, ale może też być skromnie i z wielką miłością. Może być z „pompą” i jednorazowo albo też „po cichu” i często.
Gdyby chodziło tylko o stoły i przyjęcia można by powiedzieć, że to marginalna sprawa, ale ta zasada przenosi się również na inne wymiary ludzkiej postrzegania świata. Przecież uroczystość komunijna powinna być początkiem wielkiej miłości z Bogiem, jaka dokonuje się w życiu dziecka, a potem domaga się rozwoju, by w sakramencie bierzmowania uzyskać pełnię, przez sakramentalne małżeństwo zaś ofiarować się bez reszty drugiej osobie. Jeżeli u podstaw nie leży autentyczna miłość, to rodzą się wątpliwości i negacja sensowności takich poczynań.
Szymon, w którego domu dzisiaj gościmy, zaprosił Jezusa, by Go lepiej poznać i by sprawdzić, czy to, co o Nim mówią, jest prawdą? To miał być test. Wszystko, co robi Jezus podczas tej wizyty, jest poddawane racjonalnemu osądowi i rozumowej spekulacji. Gdy więc gospodarz widzi zbliżającą się do Jezusa jawnogrzesznicę i przyzwolenie, jakie Mistrz daje na to, co owa kobieta robi, budzi się w nim wątpliwość i myśl o negacji prorockich „zdolności” Jezusa. Mógłby pomyśleć: „gdyby On był prorokiem, wiedziałby, jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka”. Możemy przypuszczać, że Szymon oczekiwał od Jezusa napiętnowania jej stylu życia i natychmiastowego odrzucenia z oburzeniem i obrzydzeniem jej działań. Tymczasem to faryzeusz zostaje upomniany za swoje myślenie. Nie jest to jednak bezwzględne skarcenie. Jezus rysuje przed nim obraz dwóch dłużników, których długi zostały darowane, jakby chciał go delikatnie upomnieć i powiedzieć, że w rozpoznaniu głębi człowieka ważniejsza od grzechu jest miłość. Ważniejsze niż to, co na zewnątrz jest wnętrze.
Mogła być piękna uroczystość komunijna i wspaniałe przyjęcie, ale jeśli ona skończyła się na jednorazowym spotkaniu z Panem Jezusem i nie ma kontynuacji w następnych tygodniach, miesiącach i latach, to znaczy, że była dyktowana tylko zwyczajem i społecznym przymusem, a nie miłością i wiarą. Skutkiem takiej postawy jest powierzchowność relacji z Bogiem. Jeśli przygotowujący się do bierzmowania uznaje ten sakrament za ostatnią „przeszkodę” w drodze do „świętego spokoju od kościoła”, to grozi to formalizmem albo totalną obojętnością religijną. A jeśli narzeczeni uczynią z sakramentu małżeństwa „szopkę”, to obudzą się kiedyś nie w rodzinie, a w stadzie dzikich, czyhających na siebie zwierząt. Wszystko to przez miłość, a właściwie przez jej brak.
Jawnogrzesznica wyznała miłość w sposób nie całkiem konwencjonalny, ale płynący z serca. Dała wyraz swojej głębokiej wierze, że ten, którego Szymon testował, dla niej bezdyskusyjnie jest Wybawicielem. Jak się okazuje, takie działanie z miłości nie może zostać niezauważone. Jezus pokazuje, jak wielką moc ma miłość, która gładzi grzech. „Twoje grzechy są odpuszczone”. Jezus też miłość czyni fundamentem wiary, która ocala. Gdyby ta kobieta nie kochała, nie rozpoznałaby w Chrystusie Mesjasza. Z jej miłości rodzi się wiara, która jest tak silna, że staje się przyczyną ocalenia. A z tych dwóch połączonych i wynikających z siebie cnót wypływa jeszcze jeden dar, jakim jest Chrystusowy pokój: „Idź w pokoju” – mówi Jezus na pożegnanie kobiecie.
Jeśli miłość uczyni się podstawą szukania Boga w otaczającym świecie i w sobie samym, to spotkanie Go jest pewne. A ono stanie się podstawą głębokiej wiary, która pozwala ciągle na nowo spotykać, poznawać i zakochiwać się w Bogu. Czego wszystkim z całego serca bardzo życzę.

autor: ks. Robert Klemens COr