lipiec/sierpień 2010 » SUGESTIE HOMILETYCZNE » 14 niedziela okresu zwykłego »

Misja pokojowa

Drukuj

Bycie świadkiem Jezusa Chrystusa wiąże się w dużej mierze z naszą osobistą wiarą. Chodzi tu przede wszystkim o naszą ufność, że niezależnie od tego, jak bardzo powikłane są ludzkie losy, niezależnie od tego, jak ciemno jest za zamkniętymi, zatrzaśniętymi drzwiami naszych domów, Bóg nas nie opuszcza i nie cofa swojego „tak” wobec nas i naszego życia. Chodzi tu o nasze zaufanie okazywane drugiemu człowiekowi, że mimo błędów i zawiedzionych nadziei jest w stanie powstać i zacząć od nowa.

Dobre wiadomości przekazuje się chętnie, dobrych wiadomości chętnie się słucha. Jezus wysyła swoich uczniów – wysyła nas – abyśmy głosili dobrą nowinę o zbawieniu. „Pokój temu domowi” – to pierwsza wiadomość, jaką mamy w imieniu Jezusa przekazać. Druga zaś brzmi: „Przybliżyło się do was królestwo Boże”. Jezus nie chce, żebyśmy my, Jego uczniowie, byli w pierwszym rzędzie stróżami moralności albo tymi, którzy wyłącznie napominają. My, chrześcijanie, mamy być przede wszystkim ludźmi pokoju, ludźmi, którzy świadczą słowem i czynem o bliskości i zbawczej woli Boga.
Mimo to niełatwo jest nam wcielić się w tę rolę. Misja, którą powierza nam Pan, uświadamia nam raczej naszą bezradność. Jak miało by to wyglądać w praktyce, w życiu codziennym? Rzeczywistość za drzwiami naszych domów wygląda często zupełnie inaczej. Znamy to przecież z własnych doświadczeń. Mimo naszych wysiłków i dobrej woli, w naszych domach nie panuje wyłącznie pokój. Są tam niestety także i kłótnie. A nasza wiara nie chroni nas przed niepowodzeniami, których się lękamy i których wcale nierzadko doświadczamy. Również konflikt pokoleń i wynikające zeń napięcia nie omijają właściwie żadnego z naszych domów. Są domy, w których panuje lęk przed utratą pracy i środków do życia. A ileż jest w naszych domach rozbitych małżeństw i rodzin, porzuconych, zdradzonych, zranionych kobiet, mężczyzn i dzieci? Czy nasza „dobra nowina” może się zmierzyć z tak twardą rzeczywistością? Mamy raczej wrażenie, że nasze słowa o pokoju i zbawieniu wydałyby się tam puste i nie na miejscu. Czyż jednak nie do takich właśnie miejsc powinno w pierwszym rzędzie dotrzeć zbawcze przesłanie ewangelii? Któż bardziej niż ludzie, którzy cierpią z powodu niepokojów, ciągłych awantur, niesnasek, alkoholizmu, przemocy, samotności, potrzebuje doświadczenia pokoju i bliskości Boga?
Bycie świadkiem Jezusa Chrystusa wiąże się w dużej mierze z naszą osobistą wiarą. Chodzi tu przede wszystkim o naszą ufność, że niezależnie od tego, jak bardzo powikłane są ludzkie losy, niezależnie od tego, jak ciemno jest za zamkniętymi, zatrzaśniętymi drzwiami naszych domów, Bóg nas nie opuszcza i nie cofa swojego „tak” wobec nas i naszego życia. Chodzi tu o nasze zaufanie okazywane drugiemu człowiekowi, że mimo błędów i zawiedzionych nadziei jest w stanie powstać i zacząć od nowa.
Słowami, jakie my, świadkowie Chrystusa, powinniśmy przede wszystkim skierować do naszych bliźnich, do świata, w którym żyjemy, są pierwsze słowa, jakie wypowiedział do swoich uczniów Ukrzyżowany i Zmartwychwstały: „Szalom! Pokój wam!” (J 20,19). To zaś powiedziawszy, „pokazał im ręce i bok” (J 20,20). Słowa te wypowiedział zmartwychwstały Jezus jeszcze raz, osiem dni później, w spotkaniu z apostołem Tomaszem. I znów Jezus pokazał swe rany: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż w mój bok, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym” (J 20,27). To, że Tomasz chciał oglądać rany swego Mistrza i że On mu swe rany pokazał, ma głęboki sens. Ludziom, którym się dobrze powodzi, wystarcza do życia to, co mogą zobaczyć i czego mogą dotknąć. Ale te wszystkie niezliczone ludzkie rany, te wszystkie nieprzeżywane i marnowane ludzkie życia potrzebują Bożej obietnicy, która wykracza daleko poza to wszystko, co można zobaczyć i wziąć do ręki (D. Emeis). Dobrą Nowinę o zbawieniu w Jezusie Chrystusie, Jego słowa: „Szalom! Pokój wam!” powinniśmy zanieść przede wszystkim tym, którzy noszą smutek w sercu z powodu własnych ran i ran swoich bliskich i nie są w stanie pocieszyć ani ich, ani siebie samych. Wiara w Chrystusa, który żyje na wieki jako śmiertelnie zraniony, wyraża się w ufności, że Bóg wszystkich i wszystko może i chce uleczyć.
Wielu kapelanów szpitalnych opowiada, jak ta Dobra Nowina przemienia ludzi przygniecionych cierpieniem. Kiedy mogą się wyspowiadać, przyjąć komunię św., sakrament namaszczenia chorych, kiedy ktoś przy nich posiedzi, porozmawia, pomodli się razem z nimi, chwyci za rękę, zwilży spieczone wargi, otrze spocone czoło, okaże szczere współczucie, wtedy w smutnych oczach nagle pojawiają się ogniki, wygładzają się zmarszczki na twarzy, łamiący głos staje się pewniejszy, a szloch przechodzi w spokojny, miarowy oddech. Czasami wystarczy wspólne spojrzenie na krzyż, by mniej bolało, by znaleźć pociechę, by się nie załamać, by znaleźć lub odzyskać wewnętrzny pokój.
Jesteśmy zgromadzeni na niedzielnej Eucharystii. Chrystus żyjący na wieki, „Świadek wierny” (Ap 1,5), jest prawdziwie, cieleśnie obecny pośród nas pod postacią chleba i wina. On mówi do nas: „Bierzcie i jedzcie, bierzcie i pijcie”; to ja jestem, jestem tu dla was z moją miłością wierną aż do końca; w niej żyję dla was ja – śmiertelnie zraniony, abyście mogli nią żyć wy – poranieni przez życie: „Szalom! Pokój wam!”.

autor: ks. Adam Kalbarczyk