Kto jest, czego nie ma
Chodzenie po wodzie to jeden z najbardziej widowiskowych cudów Jezusa. Wymyka się on jednak ewangelicznemu rozumieniu cudu jako znaku potwierdzającego mesjańskie posłannictwo Nauczyciela z Nazaretu. Znaków mesjańskich Jezus dokonuje bowiem zawsze dla innych: uzdrawia chorych, karmi głodnych, wskrzesza umarłych.
Chodzenie po wodzie to jeden z najbardziej widowiskowych cudów Jezusa. Wymyka się on jednak ewangelicznemu rozumieniu cudu jako znaku potwierdzającego mesjańskie posłannictwo Nauczyciela z Nazaretu. Znaków mesjańskich Jezus dokonuje bowiem zawsze dla innych: uzdrawia chorych, karmi głodnych, wskrzesza umarłych. Nigdy nie czyni cudu dla siebie samego; głodny odrzuca pokusę przemiany kamieni w chleb (por. Mt 4,1-4), umęczony nie wybawia samego siebie od śmierci krzyżowej (por. Mt 27,39-44). Jak zatem chodzenie po wodzie nazwać cudem, znakiem mesjańskim? Jezus co prawda w niezwykły sposób przychodzi do uczniów, ale nie objawia przez to swojej chwały, nikt głodny nie zostaje nakarmiony, nie dokonuje się żadne uzdrowienie. No właśnie – czy tutaj nie dokonuje się uzdrowienie? Czy też, bardziej precyzyjnie: czy nie rozpoczyna się jakiś ważny proces, czy nie zostaje postawiona jakaś diagnoza, jakieś rozpoznanie, które ma prowadzić do prawdziwego uleczenia? A więc może jednak to cud?
Kontekstem dla dzisiejszej perykopy jest poprzedzające ją wydarzenie – rozmnożenie chleba. Jezus karmi na pustyni głodnych, którzy przyszli słuchać Jego nauki. Łatwo sobie wyobrazić entuzjazm nakarmionego tłumu; nie tylko z powodu zaspokojenia głodu, lecz również poprzez skojarzenie z innym pokarmem – manną i przepiórkami, którymi, również na pustyni, był karmiony przez Boga naród wybrany. Możemy wyobrazić sobie atmosferę święta towarzyszącą temu niezwykłemu posiłkowi. Uczniowie Jezusa – ci, którzy dystrybuowali pokarm, a zatem byli bezpośrednimi świadkami cudu – z pewnością dali się również ponieść euforii: oto Ten, za którym poszli, jest naprawdę potężny i może spełnić ich plany. Naturalnie chciałoby się pozostać jak najdłużej w takiej atmosferze. Nic zatem dziwnego, że Jezus musiał przynaglić uczniów, aby „wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg”, zanim sam odprawi tłumy i odejdzie, aby modlić się w samotności.
Być może apostołowie byli źli na Jezusa, że nie pozwolił im nacieszyć się „sukcesem”. Ponadto zostawił ich samych w łodzi miotanej falami. W trudnej sytuacji mogli czuć się opuszczeni. Są sami prawie całą noc; dopiero o czwartej straży (między 3 a 6 rano) przychodzi do nich Jezus. Uczniowie mają problemy z rozpoznaniem Jego tożsamości; myślą, że to duch, boją się i, ci dorośli mężczyźni, krzyczą ze strachu. Jezus ich uspokaja, lecz wątpliwości nie ustają. W wypowiedzi Jezusa brzmi pewność: „Ja jestem”. W odpowiedzi Piotra przeciwnie – niepewność: „jeśli to Ty jesteś”. Czytając ten krótki dialog w odniesieniu do Bożego imienia objawionego Mojżeszowi w krzaku gorejącym dostrzegamy, że Jezus mówiąc: „Ja jestem”, deklaruje: „Jestem Bogiem. Istnieję”. W wypowiedzi Piotra usłyszymy natomiast defekt wiary: „Jeśli jesteś”. Bożemu objawieniu: „Jestem”, przeciwstawia się tutaj wątpiące: „Jeśli”.
Piotr chce przyjść do Jezusa po wodzie, dojść do Niego w ten niezwykły sposób, być może także po to, aby Go dotknąć, aby potwierdzić swoją wiarę doświadczeniem Jezusowego „Jestem”. Do wejścia w podobne doświadczenie zachęca uczniów sam Chrystus po zmartwychwstaniu: „Ja jestem. Dotknijcie się i przekonajcie” (Łk 24,39). Piotr za przyzwoleniem Jezusa wychodzi zatem z bądź co bądź w miarę bezpiecznej łodzi, aby przejść po wzburzonych wodach jeziora. Bardzo niepewne musiały być kroki Piotra; może przypominały nieporadne kroki małego dziecka, które uczy się chodzić, wpatrując się z napięciem w postać ojca lub matki. Tak, Piotr, aby dojść do Jezusa musiał się mocno w Niego wpatrywać. Dzięki temu już prawie doszedł do celu, kiedy to „na widok silnego wiatru uląkł się i […] zaczął tonąć” (Mt 14,30). To bardzo ciekawe, co ewangelista zapisuje, a mianowicie dokładnie: „na widok wiatru”. A przecież samego wiatru nie widać – widać tylko jego skutki: np. poruszające się gałęzie drzew, falującą wodę. Można powiedzieć więcej: wiatru jako takiego właściwie nie ma (jest tylko przepływające powietrze). Piotr zatem odwraca wzrok od Jezusa, który jest, aby patrzeć na to, co nie jest, i wtedy zaczyna tonąć (por. I czyt.: „Pan nie był w wichurze” 1 Krl 19,11). Na szczęście znajduje się już blisko, na wyciągnięcie ręki Tego, którego wyznaje Panem. W tym momencie, Jezus, do którego szedł, aby się Go dotknąć, sam chwyta Piotra. Kilka zdań dalej dowiadujemy się, że dotknięcie Jezusa niesie uzdrowienie (por. Mt 14,36). Teraz także ma miejsce proces duchowego uzdrowienia Piotra. Rozpoczyna się on od postawienia diagnozy: „Czemu zwątpiłeś, małej (dosłownie: krótkotrwałej) wiary?”. Wiara Piotra okazuje się słaba, niestała, ale to właśnie owa słabość przywołuje natychmiastową interwencję Boga. To doświadczenie słabości „wzmacnia” teofanię Jezusa. Chwytając mocno Piotra, daje mu odczuć, że istotnie jest. Wtedy jeszcze cały czas mocno wieje wiatr i miotają się fale, ale uczeń jest już bezpieczny przy swoim Mistrzu. Wszystko ucisza się ostatecznie, kiedy wsiadają do łodzi. Scena zamyka się wyznaniem uczniów uznających w Jezusie Bożego Syna.
A więc jednak cud! Cud uzdrawiania wiary, otwierania oczu na to, co istnieje; na rzeczywistość Boga. Spróbuj dzisiaj poczuć się Piotrem niezdarnie idącym po wodzie ku Jezusowi. Dopóki patrzysz na Niego, jesteś bezpieczny nawet pośród fal. Tracisz orientację i toniesz, kiedy kierujesz wzrok na to, czego tak naprawdę nie ma, co ma tylko pozór dobra, szczęścia, przyjemności… Dotykaj Jezusa w Jego słowie i Eucharystii, aby wzmocniła się twoja wiara, abyś mógł wyznać: „Prawdziwie jesteś Synem Bożym” (Mt 14,33).
autor: ks. Jacek Kacprzak
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






