wrzesień/październik 2010 » SUGESTIE HOMILETYCZNE » 23 Niedziela okresu zwykłego »

Chrześcijaństwo klasy A i klasy B

Drukuj

Jeżeli chcę mieć samochód – to kupuję cały samochód. Jeśli kupię samochód bez silnika, to będzie on okazem kolekcjonerskim, ale nie będę go mógł używać do transportu. Jeśli chcę mieć komputer – kupuję cały komputer. Jeśli kupię komputer bez procesora, to może sobie stać na biurku i kurzyć się ale nie będę go mógł używać jako narzędzia pracy czy rozrywki. Jeśli chcę być uczniem Chrystusa przyjmuję całą ewangelię. Jeśli przyjmę Ewangelię bez radykalnych wymagań Jezusa, to mogę sobie udawać chrześcijanina, ale chrześcijaninem nie będę. Jest jedna wiara, jeden chrzest i jedna Ewangelia – taka sama dla wszystkich, bez wykrajania, rozmydlania i łagodzenia.

Gdy spojrzymy na mapę Polski, dostrzeżemy naturalną granicę dwóch jej części. Tą granicą jest rzeka Wisła, a dwie części o których mowa to tzw. Polska A i Polska B. Wszystko zaczęło się jeszcze podczas zaborów, gdy ziemie rozbioru pruskiego były znacznie lepiej zagospodarowane niż zaboru austriackiego i rosyjskiego. Czas komunizmu i wpływy „zachodu” na Polskę A oraz „wschodu” na Polskę B pogłębiły te różnice: w gospodarce, komunikacji, zaludnieniu. Dziś trudno już mówić o wyraźnym podziale naszej Ojczyzny na te dwie strefy, gdyż na wschodzie realizuje się duże inwestycje, a w wielu zachodnich regionach notuje się wyższy poziom bezrobocia i wolniejsze tempo rozwoju.
Podział na strefę „A” i „B” to jednak nie tylko sprawa historyczna i gospodarcza. Dostrzegamy go także w sferze wiary, a uaktywnia się on wtedy kiedy słyszymy radykalne wymagania Jezusa Chrystusa. Gdy Jezus wzywa swoich uczniów do tego, by sprzedać dobra doczesne i rozdać ubogim, by nadstawić drugi policzek, by zostawić wszystko i pójść za Nim – natychmiast włącza się w nas takie myślenie: To jest wezwanie dla chrześcijan klasy A, czyli sióstr i braci zakonnych, ewentualnie księży, ale mnie to nie dotyczy. Ja jestem chrześcijaninem klasy B – takim zwykłym, przeciętnym. Staram się żyć pobożnie i uczciwie, ale gdzie mi tam do wielkich świętych…
Czy Jezus Chrystus chciał, żeby Jego uczniowie dzielili się na tych stuprocentowych i pięćdziesięcioprocentowych? Czy można wierzyć bardziej lub mniej? Czy można bardziej lub mniej kochać?
Jeżeli chcę mieć samochód – to kupuję cały samochód. Jeśli kupię samochód bez silnika, to będzie on okazem kolekcjonerskim, ale nie będę go mógł używać do transportu. Jeśli chcę mieć komputer – kupuję cały komputer. Jeśli kupię komputer bez procesora, to może sobie stać na biurku i kurzyć się ale nie będę go mógł używać jako narzędzia pracy czy rozrywki. Jeśli chcę być uczniem Chrystusa przyjmuję całą ewangelię. Jeśli przyjmę Ewangelię bez radykalnych wymagań Jezusa, to mogę sobie udawać chrześcijanina, ale chrześcijaninem nie będę. Jest jedna wiara, jeden chrzest i jedna Ewangelia – taka sama dla wszystkich, bez wykrajania, rozmydlania i łagodzenia.
Co zrobić, kiedy widzę, że nie daję rady? Gdy próbuję usiąść i obliczyć ile we mnie dobra, ufności i radości… Gdy rozważam te sytuacje w których zgrzeszyłem, przegrałem bitwę z szatanem… Co zrobić gdy widzę, że jestem chrześcijaninem na pięćdziesiąt procent? Czy Jezus uzależnia wiarę od moich sił i zdolności? Czy wszystko muszę dźwigać na własnych barkach? Gdyby tak rzeczywiście było, Ewangelia stałaby się bezużyteczna. Dobra Nowina głosi, że człowiek jest grzesznikiem i sam nie może się zbawić – zbawienie jest dziełem Boga w człowieku.
Co robić? Oddać to wszystko co mam do dyspozycji Boga – pozwolić, żeby On reżyserował moje życie. To pewnie nie uda się tak od razu – ale można się posuwać stopniowo: krok za krokiem ku coraz większej ufności, ku coraz większej dojrzałości w wierze. Nawet jeśli w tej chwili to co potrafię oddać Bogu jest obiektywnie małe, Jezus sprawi, że będzie to dobry fundament i wystarczająca siła do walki o wiarę. A potem można iść dalej i dalej.

autor: ks. Jacek Zjawin