wrzesień/październik 2010 » SUGESTIE HOMILETYCZNE » 23 Niedziela okresu zwykłego »

Wielkie zwycięstwo wymaga wielkich wyrzeczeń

Drukuj

Można by pomyśleć, że wielkie tłumy Jezusa irytowały, a nie cieszyły. Wyglądało to tak, jakby Jezus chciał zniechęcić i odstraszyć tych, którzy za Nim szli. Zamiast cieszyć się swoją popularnością, jak robiłby to każdy gwiazdor estrady, zamiast zjednywać sobie zwolenników, jak to usiłują robić sztaby wyborcze podczas kolejnej kampanii, zamiast schlebiać tanim gustom i w ten sposób kupować sobie ludzi, Chrystus postępuje w sposób niezrozumiały i szokujący. Mówi słowa, których nikt nie rozumie i które wydają się sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, a nawet poczuciem przyzwoitości – zresztą nie pierwszy i nie ostatni raz. Przez takie słowa ludzie masowo od Jezusa odchodzili. Słowa o jedzeniu Jego Ciała i piciu Krwi, wezwanie do miłości nieprzyjaciół i ciągłego przebaczania, a teraz wywód o nienawiści rodziców – to przecież jawne zgorszenie i szaleństwo!

Można by pomyśleć, że wielkie tłumy Jezusa irytowały, a nie cieszyły. Wyglądało to tak, jakby Jezus chciał zniechęcić i odstraszyć tych, którzy za Nim szli. Zamiast cieszyć się swoją popularnością, jak robiłby to każdy gwiazdor estrady, zamiast zjednywać sobie zwolenników, jak to usiłują robić sztaby wyborcze podczas kolejnej kampanii, zamiast schlebiać tanim gustom i w ten sposób kupować sobie ludzi, Chrystus postępuje w sposób niezrozumiały i szokujący. Mówi słowa, których nikt nie rozumie i które wydają się sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, a nawet poczuciem przyzwoitości – zresztą nie pierwszy i nie ostatni raz. Przez takie słowa ludzie masowo od Jezusa odchodzili. Słowa o jedzeniu Jego Ciała i piciu Krwi, wezwanie do miłości nieprzyjaciół i ciągłego przebaczania, a teraz wywód o nienawiści rodziców – to przecież jawne zgorszenie i szaleństwo!
A jednak wiemy, że nie. Jezus nie był szaleńcem ani gorszycielem, tylko genialnym strategiem. Wiedział, że takie radykalne i szokujące stwierdzenia, prowokują i pobudzają do myślenia. Liczył, że zaczniemy się zastanawiać, drążyć, pytać, a wtedy też i zaczniemy lepiej rozumieć głębszy sens Jego wymagań. Większym niebezpieczeństwem dla Jezusa było spłaszczenie i zbanalizowanie nauki przez tłumy, niż ewentualna rezygnacja części sympatyków z powodu zbyt wysoko postawionej poprzeczki. Obniżenie tej poprzeczki byłoby niepowetowaną stratą. Bowiem tylko takie radykalne kroki, decyzje i postawy na granicy szaleństwa, potrafią uzdrowić zepsute skłonności naszej natury i dokonać przełomu w naszym postępowaniu.
Chcąc zrozumieć te słowa, powinniśmy też pamiętać, że żadnego fragmentu Biblii nie można rozpatrywać w oderwaniu i izolacji od innych tekstów o podobnej tematyce. Dopiero wtedy odkryjemy, że Jezusowi wcale nie chodzi przecież o nienawiść do ojca, matki czy braci. Chodzi o to, by Jezusa postawić na bezwzględnie pierwszym miejscu. W porównaniu z miłością do Boga, miłość synowska ma się wydawać prawie że nienawiścią. Czy jesteśmy w stanie to pojąć? Chyba tylko nieliczni święci rozumieli o co chodziło Jezusowi i potrafili to zrealizować: św. Agata, Cecylia, Barbara, później św. Franciszek i Klara. Wszyscy ci, którzy Jezusa stawiali wyżej, niż swoich najbliższych, a nawet własne życie.
I co ciekawe: taka decyzja radykalnej miłości do Jezusa sprawia, że zaczynamy też lepiej i głębiej kochać swoich bliskich. W oderwaniu od prawdy, od miłości i posłuszeństwa wobec Boga, ludzka miłość bardzo łatwo może zboczyć na manowce. Rodzicielstwo może zamienić się w zaborczą nadopiekuńczość; miłość małżeńska może stać się nieczysta i niewierna; synowski szacunek wobec rodziców czy przełożonych może zamienić się w uległość i rezygnację z własnego rozwoju, radość z posiadania może stać się żałosną, bałwochwalczą chciwością i skąpstwem. Tylko autentyczna miłość do Jezusa może nas przed tymi zagrożeniami uchronić. Ludzka miłość zanurzona w oceanie Bożej miłości, pozwala nam uniknąć zabójczych raf egoizmu i mielizn fałszywych ambicji na naszej drodze zbawienia.
Najbardziej wyrazistym znakiem naszego poddania się Bogu, jest gotowość zaakceptowania i wzięcia swego krzyża. W praktyce oznacza to, że podejmujemy się najtrudniejszych zadań i obowiązków, i to rezygnując nieraz z nagrody, a nawet uznania; że bierzemy na siebie ryzyko poświęcenia, służby, wierności, uczciwości, płacąc nieraz cenę ubóstwa i zmęczenia; że bez buntu i oporu przyjmujemy Bożą wolę, zgadzamy się na chorobę, cierpienie, prześladowania. To jest prawdziwy radykalizm miłości do Jezusa.
Ale taki radykalizm nie może być tylko pozą czy zewnętrznym pozorem, a tym bardziej spontaniczną, żywiołową decyzją, którą potem będziemy równie spontanicznie zdradzać. Chrystus każe nam trzeźwo oceniać swoje motywy, cele, pragnienia. Ma to być wręcz kalkulacja, z kartką i ołówkiem w ręku. Wszystkie plusy i minusy, za i przeciw, mają być zważone, rozważone i wprowadzone w życie. Każde ludzkie zabezpieczenie, asekuracja, przywiązanie czy zastrzeżenie uczynione Bogu, każda zwłoka czy zaniechanie, obciążają nasz bilans pozycją: winien. Każdy akt wiary i ufności, heroicznego wyrzeczenia, ofiary, poświęcenia czy służby, ubogacają nasze; ma. Nic dziwnego, że Jezus wzywa nas do wewnętrznego, duchowego ogołocenia, bo dzięki temu skraca się lista naszych obciążeń.
Człowiek, którzy przestaje polegać na sobie, swoich wpływach, układach czy znajomościach – a przecież dobrze wiemy jakie to zawodne, zaczyna polegać na Bogu. Wtedy wszystko staje się możliwe i wykonalne, bo sam Bóg zacznie decydować, prowadzić i działać, a my staniemy się Jego współpracownikami i sługami. To trochę tak, jak z przedstawicielami wielkiej korporacji: gdy firmują się znanym powszechnie logo, mają pieczęć firmy, dostęp do konta, wtedy są potęgą, bo stoi za nimi autorytet i powaga korporacji. Wówczas każdy się z nimi liczy, szanuje ich i ufa, bo gwarancją ich wiarogodności jest znana marka. Każdy z pracowników, sam nie znaczyłby nic i pewnie niczego by nie dokonał. W obrębie firmy potężny, a jedyne, czego się od niego wymaga to lojalność, kompetencja i dobra prezencja, która nie przyniesie wstydu firmie.
Podobnie jest z naszą przynależnością do Boga. Dzięki niej, jedynie za cenę ufności, posłuszeństwa i wiary, możemy w Bogu dokonywać wielkich rzeczy: budować, zwyciężać, głosić, zdobywać. Przy naszym współudziale królestwo Boże będzie rosło, a my wraz z nim. Jeśli zaczniemy działać na własną rękę, wtedy wszystko pójdzie jak po grudzie i ostatecznie poniesiemy porażkę. Chrystus o tym wie i dlatego wzywa nas do całkowitego zawierzenia.
 

autor: ks. Mariusz Pohl