W numerze
 
wrzesień/październik 2005 » SUGESTIE HOMILETYCZNE » 23 Niedziela Zwykła »

Odpowiedzialność za grzech?

Drukuj

Wytrwała miłość

Dom jakich wiele w Polsce. Rodzina naznaczona krzywdą płynącą z alkoholizmu ojca i męża. Nie pomagały zwracane uwagi ani pretensje. Nie przemawiał nawet krzyk. Całkowita bezradność matki i dzieci. Poskarżenie się księdzu na kolędzie nic nie dało, bo oskarżony był nieobecny. By rozpacz i nienawiść nie opanowały serca matki i dzieci, zaczęto modlitwę o trzeźwość ojca. Od podjęcia decyzji o zawierzeniu Bogu i Matce Jezusa codziennie rodzina klękała do modlitwy. Dzieci już szły spać, ale matka nadal modliła się. Przestawała, gdy słyszała pijane kroki swojego męża. Ta modlitwa trwał kilka lat... i stał się cud. Mąż i ojciec jednego dnia zerwał z alkoholizmem, sakramentalnie pojednał się z Bogiem, przeprosił rodzinę. Wróciła miłość i spokój.

Starsza kobieta, którą co miesiąc w pierwszy piątek miesiąca odwiedzałem z sakramentami świętymi pewnego dnia, gdy wychodziłem z mieszkania prosiła, bym usiadł i coś ważnego wysłuchał. I tak rzekła: ksiądz zna mojego syna i wie, że on żyje w związku niesakramentalnym. Tyle lat prosiłam go, by wziął ślub kościelny. Ale, gdy mi powiedział że ma swoje lata wie co robi, przestałam mówić. Zaczęłam się modlić. Po kilku latach przyszła choroba i cierpienie. I to dołączyłam do tej intencji. Dwa dni temu syn przyszedł i powiedział mi, że zaprasza mnie na swój ślub. Po osiemnastu latach Pan Bóg mnie wysłuchał. Jestem tak szczęśliwa, że mogę już umrzeć...

Upominanie... donoszenie...?

Kościół w trosce o zbawienie miał od początku świadomość odpowiedzialności. Ta odpowiedzialność objawiała się w staraniu o to, by Dobra Nowina dotarła do każdego. A każdy, kto uwierzył i przyjął chrzest, by żył tym sakramentem. Im mniejsza wspólnota Kościoła, tym powszechniejsza była znajomość świętości... i grzeszności... poszczególnych jego członków. Stąd zatroskanie o zbawienie związane było m.in. z upomnieniem braterskim, siostrzanym. Pierwotny Kościół składał się z małych wspólnot. Jakby małych parafii. Upomnienie miało mieć miejsce w cztery oczy. To znaczy wyrażać prawdziwe zatroskanie ale i delikatność. Gdy to nie odnosiło pozytywnego skutku, brano inne osoby, aby wzmocnić ich obecnością pragnienie dobra człowieka który grzeszył. Także by były świadkami tego upomnienia, zatroskania. Gdy zaś i to nie dawało nawrócenia o grzechu informowano całą wspólnotę Kościoła. Po co? By cały Kościół modlił się i pokutował w intencji nawrócenie swojego brata czy siostry.

Jakże ważna z tego płynie dla nas myśl. Otóż słabości bliźnich, to wezwanie, by o nich mówić innym, ale w jednym celu – trosce o ich nawrócenie. Jeśli wiemy, że ten komu mówimy nie zmówi ani połowy Ojcze nasz... w intencji upadającego brata czy siostry, to jaki jest sens, by o tym rozpowiadać? Jakże wiele w tych sprawach winniśmy zmienić... Ileż zła czyni się, mówiąc tylko o złu bliźniego...? Czy jest możliwa taka sytuacja, że w towarzystwie mówimy o słabości kogoś kogo wszyscy znają i nagle ktoś wyraża publicznie pragnienie... To razem pomódlmy się na niego...? Jakże wielka powstałaby konsternacja... Chyba nie jesteśmy na takim poziomie wiary i miłości, by razem, publicznie wyrazić zatroskanie o zbawienie bliźniego... Wraca nam ta sama myśl, jak łatwo mówić o słabościach bliźnich... i jak trudno w tej intencji modlić się i pokutować...

Zgodnie prosić

Wielu z nas zapewne wie, jak bardzo trudno pomóc alkoholikom wyjść z tego nałogu. Wiemy także, jak trudno współcześnie młodych ludzi, którzy bawią się w małżeństwo nakłonić do sakramentu małżeństwa, jako wyrazu ich wiary i zaufania do Boga. Wspomniani na początku rodzina alkoholika, i matka syna żyjącego w związku niesakramentalnym jakże wymownie dają świadectwo prawdziwości zapewnień Pana Jezusa: “Zaprawdę powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie dwaj, albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich”. Owszem łatwiej mówić o cudzych słabościach, niż je przemodlić. Łatwiej krytykować a nawet potępiać bliźniego, który robi źle aniżeli za niego podjąć trud duchowy. Jak bardzo wymownie musiała kochać swojego syna, także Pana Boga wspomniana matka, skoro modliła się – i cierpiała w tej intencji – aż osiemnaście lat. Nasz Zbawiciel dziś uczy nas bardzo trudnej sztuki, odpowiedzialności za cudze słabości. Odpowiedzialności ewangelicznej wyrażanej w modlitwie i pokucie. Pytamy: co decyduje o tym, że ktoś kto wie o upadkach bliźniego, nie rozpowiada o nich, ale zaczyna się modlić... wyraża przed Bogiem troskę serca... a nawet podejmuje w tej intencji pokutę postu czy cierpliwie znoszonego cierpienia... Odpowiedź jest jedna – miłość. Wspomniana na początku kobieta, która miała męża alkoholika, ona go kochała. Także w jego słabości. Swoje dzieci włączyła we wspólną modlitwę, jako wyraz miłości. Nie przeciw ojcu, ale za ojca... Jak nikczemne jest dziecko, które obcym ludziom rozpowiada słabości swoich rodziców. Nie użyjemy tak ostrego słowa, ale na pewno mówienie o cudzych upadkach, bez żadnych działań pozytywnych np. modlitwy nie pozostaje bez oceny moralnej. Jest mniejszym lub większym grzechem. Za chwilę w modlitwie wiernych, wspólnie będziemy prosić Boga w różnych intencjach. Niech ta wspólnota modlitwy tu i teraz będzie nam wezwaniem, byśmy także poza świątynią prośbą do Boga pomagali tym braciom i siostrom, którzy upadają. Niech to będzie naszą odpowiedzialnością, nie tyle za ich grzech, ale o ich zbawienie.

autor: ks. Maciej Kubiak