Postępować według zasad
Na liczniku 100 km/h, duży ruch na drodze – większość to wakacyjni kierowcy, przed nami sznur samochodów, a my staramy się nadrobić stracony czas. “Łyknij go” mówi kolega obok. Przyciskam pedał gazu 110, 120, 140... – wyprzedzam i zaraz wciskam się z powrotem w kolumnę, bo z przodu nadjeżdża ciężarówka. Serce bije mocniej, ale udało się. To nie jest autostrada – to zwykła droga krajowa z wątpliwej jakości poboczem. Gdy dojeżdżamy na miejsce – okazuje się, że pośpiech był niepotrzebny.
Jest wiele takich sytuacji, kiedy czujemy presję otoczenia, sytuacji, osoby. Robimy to, co wypada, co jest łatwiejsze, czego inni od nas oczekują.
Liturgia słowa porusza dziś ciekawy temat upomnienia braterskiego – nawet w gronie kapłańskim jest to sprawa nie do końca przepracowana. Upominanie świeckich przychodzi nam w miarę łatwo, ale upomnieć brata – kapłana i narazić się na wybuch złości, poważne zaiskrzenie i cichy tydzień – co to, to nie. Chcemy dziś zapytać Jezusa jak w praktyce zastosować braterskie napomnienie.
Prorok Ezechiel słyszy polecenie Boga, że ma napominać powierzony sobie lud, bo w przeciwnym razie będzie współwinny jego śmierci wiecznej, Ewangelia przedstawia jasno trzystopniowe napominanie grzeszącego brata – w czym zatem problem? Na początku warto zwrócić uwagę na to co w drugim czytaniu przekazuje nam św. Paweł: “Miłość nie wyrządza zła bliźniemu, dlatego miłość jest doskonałym wypełnieniem prawa”. Pierwszą zasadą braterskiego upomnienia jest więc MIŁOŚĆ. Upominać należy z miłością, a nie z chęci górowania, udowodnienia czegoś, podbudowania swojego ego. To zakłada też odpowiedni klimat upomnienia – wiadomo, że jeśli “rzucę” coś w biegu drugiej osobie i znikam, to nic nie da – ktoś będzie się teraz zastanawiał, domyślał, o co mi chodziło – może dobuduje do tego jakieś wydumane motywy, zamknie się zupełnie, obrazi. Do takiej rozmowy trzeba usiąść, popatrzeć sobie ze spokojem w oczy i nie zaczynać od razu od wylewania swoich żalów, ale stworzyć klimat zrozumienia, życzliwości. Łatwo mówić – w praktyce tego nie wypróbowałem – może kiedyś.
Chciałbym jednak powiedzieć o innym sposobie braterskiego napominania, który czasami nie potrzebuje żadnego słowa, a jest niezmiernie skuteczny. Koreluje on z łacińską maksymą: Verba docent, exempla trahunt. Skoro już zacząłem z przepisami ruchu drogowego to będę kontynuował w tej materii. Jak powiedzieć bliźniemu – “przechodzenie na czerwonym świetle jest złe”. Po prostu – gdy jest czerwone – stać i czekać – nawet, gdy wszyscy zdążą już przejść bo akurat nic nie jedzie. Mogę powiedzieć z własnego doświadczenia, że czuje się wtedy dużą presję otoczenia, może nawet jakieś litujące lub pogardliwe spojrzenia, ale jest to mocny impuls dający do myślenia – dlaczego on nie idzie – wariat, pierwszy raz w mieście, zakochany... a może po prostu przestrzega zasad ruchu drogowego i potrafi rozróżnić dwa kolory.
Prorocy (dosł: mówiący zamiast Boga) Starego Testamentu bardzo często dokonywali jakichś symbolicznych czynów, gestów – nie poprzestawali na samym słowie. Dziś, kiedy słowo straciło swoją wartość na rzecz obrazu, potrzeba, aby prorocy – w pierwszym rzędzie kapłani, a potem wszyscy ochrzczeni – do słowa dodawali czyn. Jeśli pełnią prawa miłość, to proroczym gestem, który może pobudzić do myślenia będzie każdy czyn wypływający z miłości. Nie musimy dokonywać heroicznych wyczynów – wystarczy zwykła, codzienna uprzejmość i życzliwość. Uśmiech, dobre słowo, gotowość pomocy, zwłaszcza u człowieka młodego zmuszają do zastanowienia i burzą stereotyp “dzisiejszej młodzieży”. A jeśli chodzi o realia szkolne. Wolę nie ściągać i dostać gorszą ocenę – dziś taka postawa graniczy z heroizmem i dobrowolnym męczeństwem i z pewnością jest gestem proroczym.
Najważniejsze, żeby nie być obojętnym. Nie być konformistą, gdy ktoś namawia do grzechu. Nie obawiać się iść pod prąd, bo tylko “zdechłe ryby płyną z prądem” jak to miał ktoś napisane na T-shircie. Niech ta Eucharystia umocni nas do mężnego wyznawania wiary i postępowania według jej zasad.
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






