W numerze
 
listopad/grudzień 2004 » SUGESTIE HOMILETYCZNE » 2 Niedziela Wielkiego Postu »

Cierpliwie podtrzymywać nadzieję

Drukuj

Są rzeczy, których nie da się cofnąć

Każdy z nas mógłby chyba potwierdzić życiową mądrość, że co się stało, już się nie odstanie. Wiele razy przychodzi nam przełknąć kroplę goryczy po wydarzeniach, które chętnie byśmy odwrócili, zmienili, a nic się już nie da zrobić. Dotyczy to zwłaszcza ludzkich nieszczęść, kalectwa, śmierci, ale także małych spraw, stłuczonej filiżanki na przykład. Co się stało, już się nie odstanie.

Z drugiej jednak strony, w naszym życiu religijnym niejednokrotnie dajemy się ponieść przesadnemu optymizmowi, który nie broni nas niestety przed grzechem, wręcz przeciwnie, zgadza się na grzech. Nauczeni w sakramencie spowiedzi, że Bóg odpuszcza nam grzechy, że jest miłosierny, że jest cierpliwy i zawsze dobry, niejednokrotnie bagatelizujemy nasze złe postępowanie, wydaje się nam, że wszystko będzie można jeszcze naprawić. Mówimy sobie: “żeby tylko takie grzechy ludzie mieli”. Nie zdajemy sobie nieraz sprawy, że i grzech w nas coś zmienia, że nie pozwala pewnych procesów cofnąć, że nas oddala od Boga. Nie chcemy usłyszeć wołania Chrzciciela o tym, że Chrystus jest jak rolnik, ma “wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym”. Chodzi o oczyszczenie ziarna, o oddzielenie tego, co cenne od tego co zaśmieca, o powolne spalanie plew. Obraz, przynaglający do nawrócenia, mówi o nieuchronności sądu, mówi o wyborach, których najprawdopodobniej nie da się już cofnąć.

Kim jest dla mnie Jan Chrzciciel

W owym czasie wystąpił Jan Chrzciciel i głosił na Pustyni Judzkiej te słowa: “Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie”. Liturgię dzisiejszej niedzieli bardzo mocno znaczy osobowość świętego Jana Chrzciciela, “głosu na puszczy”, proroka wymagającego od siebie i od innych, silnego bardziej przez to kim był niż przez to co głosił.

Kim jest dla nas ten człowiek znad Jordanu? Jedynie “chrzcicielem” Jezusa? Dziwakiem, który nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, który żywił się szarańczą i miodem leśnym? Czy przesłanie Jana Chrzciciela ma jakiś sens dla nas, którzy uwierzyliśmy już Chrystusowi, i nazywamy siebie samych chrześcijanami?

Wydaje się, że odpowiedź na te pytania może pomóc nam głębiej przeżywać tegoroczny adwent. Może kiedy usłyszymy głos Jana Chrzciciela wołającego na puszczy, zrozumiemy, że i my winniśmy stać się jego naśladowcami. Bo przecież i my żyjemy nieraz na ziemi pustej, wyjałowionej z wartości. Może i naszej ziemi potrzebny jest głos wzywający do przestrzegania Bożych przykazań, wzywający do czynienia dobra, wzywający do nawrócenia. To prawda, że żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie, i że we własnym domu nieraz najtrudniej dawać dobre świadectwo. Nieraz się słyszy nawet, jak bardzo może przeszkadzać innym fakt, że chodzimy do kościoła, że się modlimy. Niejednokrotnie stajemy się w ten właśnie sposób dla innych głosem sumienia przypominającym o Bogu.

Jan Chrzciciel był głosem służącym Słowu. Warto więc pytać samych siebie, jakim słowom dajemy głos, jakich słów stajemy się głosem. Warto posłuchać naszych własnych słów. Jan stał się echem Chrystusa, w jego głosie dało się słyszeć Słowo Boga. A czy z naszych ust nie daje się słyszeć słów, których powinniśmy się wstydzić? Słów kłamstwa, obmowy, przekleństwa, nienawiści? Jakich słów jesteśmy sługami? Co głosimy, kogo przepowiadamy?

Jan Chrzciciel głosząc ukazywał, dawał świadectwo, wskazywał. Stawał się znakiem nadziei. Bardzo charakterystyczne są słowa dzisiejszego drugiego czytania, z listu św. Pawła do Rzymian, który zachęca nas, byśmy dzięki cierpliwości, “podtrzymywali nadzieję” (Rz 15,4). Temu służyło posłannictwo świętego Jana Chrzciciela. On wzywał do ożywiania nadziei na spotkanie z Panem. Mówił: przygotujcie Mu drogi. Czy my dla innych jesteśmy znakiem jakichś wartości? Czy dostrzegając nas, inni cieszą się, bo jesteśmy dla nich znakiem nadziei i dobroci? Czy raczej malkontenctwa, krętactwa, przewrotności?

Jan Chrzciciel dał dobry przykład podtrzymywania nadziei na spotkanie z Panem: żył ubogo, nie wynosił się, wiedział, że po nim idzie mocniejszy od niego, wzywał do nawrócenia, z odwagą opierał się złu, aż do przelania własnej krwi. Dystans wobec dóbr materialnych, pokorne posłuszeństwo słowu Bożemu oraz opieranie się złu, to trzy niezawodne sposoby podtrzymywania nadziei na to, by godnie i z ufnością oczekiwać na ostateczne spotkanie z Chrystusem, który “rozsądzi biednych sprawiedliwie i pokornym w kraju wyda słuszny wyrok... sprawiedliwość będzie mu pasem na biodrach” (Iz 11,4-5).

Nie mamy czasu do stracenia

Adwent jest dla nas radosnym oczekiwaniem na spotkanie z Panem w wieczności i w doczesności. Przygotowujemy się na świętowanie Bożego Narodzenia, bo Królestwo Boże jest blisko, nie ma czasu do stracenia. Trzeba przemienić nasze życie tak, by samemu tworzyć to Boże Królestwo. Trzeba zmienić wiele, mówi Jan Chrzciciel, bo siekiera już przyłożona jest do korzenia, i nie ma wiele czasu. Trzeba ciągle się “śpieszyć kochać ludzi” (por. ks. Jan Twardowski, Śpieszmy się). Trzeba spieszyć się czynić dobro. Bo tak wiele może się stać dzięki nam. Tak wiele możemy dobrego uczynić.

Zapragnijmy, by Chrystus przyszedł do nas, do mnie. Zanim ukaże się w chwale światu, niech przyjdzie do mego wnętrza. Niech mnie przemieni, niech rozpali moją duszę światłem swojego słowa. Pomiędzy tym pierwszym adwentem, którego jednym z bohaterów był święty Jan Chrzciciel a tym ostatecznym, na końcu czasów, jest czas nieustannego przychodzenia Jezusa, który chce nas odwiedzić, pocieszyć, dać nadzieję, umocnić. Chrystus przychodzi teraz do mnie, bym odkrył owoce Jego przyjścia na ten świat w Betlejem judzkim, i bym w tym ostatecznym Jego przyjściu nie okazał się plewami, które trzeba spalić. Tym adwentem dzisiejszym chce nas uleczyć, chce nas wyzwolić z pychy i zarozumiałości. Chce przypomnieć, że nie mamy czasu do stracenia i że pewnych rzeczy nie daje się cofnąć.

Opowiadał ktoś kiedyś w audycji radiowej o miłości. Mówił, że świata poza ukochaną nie widział, że zaraz po ślubie było im tak dobrze ze sobą. Ale potem wszystko zaczęło się psuć i z czasem nie mieli już sobie nic do powiedzenia. I “odchodzili” od siebie, nawet już wydawało się, że ich miłość musi się skończyć katastrofą, klęską, rozstaniem. Aż zmarła matka, i trzeba było iść do spowiedzi. “Wtedy, w czasie tej spowiedzi odkryłem – wspominał ów człowiek – że nie mam czasu do stracenia. I że jeśli tego procesu odchodzenia nie zatrzymam, to nasza miłość się urwie, i że wtedy nie będą miały sensu wszystkie te obietnice, że «cię nie opuszczę aż do śmierci». Zrozumiałem, że miłość jest trudna, że trzeba od siebie wymagać, że jutro będzie za późno, by ją uratować, że trzeba to zrobić dzisiaj, od razu. Teraz obchodzimy kolejny już jubileusz małżeństwa, dziesiątki lat spędziliśmy razem, i czasami wydaje mi się, że to dzięki mojej mamie, że to był prezent od niej, bo ona zawsze modliła się, bym był dobrym, kochającym mężem”.

autor: ks. Maciej Szczepaniak