W numerze
 
marzec/kwiecień 2010 » SUGESTIE HOMILETYCZNE » 2 Niedziela Wielkanocna »

Dotknąć? Nie dotknąć?

Drukuj
Zbyt wiele brutalnych obrazów wyświetlanych jest w telewizji. Niektóre z nich, szczególnie relacje reporterskie, są niesamowicie drastyczne. Prawie codziennie emitowane są sceny w których obecna jest krew, śmierć, ból, tragedia. Na naszych oczach dokonywane są nawet zabójstwa. Tym samym stajemy się powoli nieczuli na wszystko, co dramatyczne. Nic w tym dziwnego, skoro takie obrazki, szczególnie wiadomości, „połykamy” wraz z kromką chleba z masłem, popijamy herbatą czy też sokiem…

Uwaga! Proszę przygotować tekst z krzyża misyjnego i z umocowanej na nim tabliczki. Są tam najczęściej daty misji świętych i nazwiska tych, którzy je przeprowadzili.

 

Dotykała Jego ran

Zbyt wiele brutalnych obrazów wyświetlanych jest w telewizji. Niektóre z nich, szczególnie relacje reporterskie, są niesamowicie drastyczne. Prawie codziennie emitowane są sceny w których obecna jest krew, śmierć, ból, tragedia. Na naszych oczach dokonywane są nawet zabójstwa. Tym samym stajemy się powoli nieczuli na wszystko, co dramatyczne. Nic w tym dziwnego, skoro takie obrazki, szczególnie wiadomości, „połykamy” wraz z kromką chleba z masłem, popijamy herbatą czy też sokiem… A ponieważ tak się dzieje, nietrudno domyślić się, dlaczego my, współcześni, nie przeżywamy już tak bardzo widoku krzyża. Mam na myśli krzyż z tak zwaną pasyjką, czyli figurą Chrystusa ukrzyżowanego. Zapewne dzieje się tak dlatego, że do tego widoku po prostu się przyzwyczailiśmy. Czy coś w tym dziwnego? Krzyż jest prawie wszędzie – w domu, w szkole, czasami tam, gdzie ludzie pracują, na skrzyżowaniu dróg, w samym kościele i wokół niego. A na cmentarzu jest również mnóstwo krzyży! Nic więc dziwnego, że nie reagujemy na widok krzyża tak, jak powinniśmy reagować. No właśnie! A jak powinniśmy reagować? Mamy padać na kolana? Dotykać i całować rany Chrystusa? Trwać w jakimś skupieniu? Kreślić znak krzyża? Wypowiadać w duchu słowa jakiejś modlitwy? Doprawdy, to bardzo trudne do określenia. Nie można narzucać jakiegoś wzorca zachowań. Każdy z nas sam o tym decyduje.

Panią Józefę znali wszyscy parafianie. Nie dlatego, że była najstarszą osobą w parafii, że należała do Żywego Różańca, że uśmiechała się do wszystkich, że pomagała, jak tylko mogła, że zapewniała o modlitwie. Nie, to akurat nie było takie ważne dla tych, którzy ją znali i podziwiali. Znali ją z tego, że zawsze, ilekroć szła do kościoła, podchodziła do krzyża misyjnego i pokornie przed nim klękała. Ten gest czyniła zawsze! Czy świeciło słońce, czy padał deszcz albo śnieg, czy był mróz – ona zawsze klękała, schylała pokornie głowę, a potem całowała krzyż. Potem z radością w sercu i na twarzy uczestniczyła w pełni w Eucharystii. Wielu zastanawiało się nad religijnym gestem owej dojrzałej kobiety. To była tajemnica jej wnętrza. Nikomu nie mówiła, dlaczego to robi. A trzeba dodać jeszcze, że tylko ona jedna tak czyniła. Zastanawiające!

 

Chciał dotknąć Jego rany

Czy Tomasz Apostoł dotknął ran Chrystusa? Przecież chciał je dotknąć. Tylko w ten sposób, poprzez zmysły, mógł zyskać pewność, że Pan zmartwychwstał. Co więc się stało w tym momencie? Tego nie wiemy. Ewangelista Jan tego nie napisał. Jezus pokazał rany swemu uczniowi, a ten odpowiedział: „Pan mój i Bóg mój”. Nic nie wiemy. Owszem, możemy się domyślać, że Tomaszowi dotyk już nie był potrzebny. Ale nie wykluczamy, że dotykał ran Chrystusa. Na niektórych obrazach artyści malując tę ewangeliczną scenę, wyraźnie zasugerowali, że Tomasz jednak dotknął ran.

Ale nie to jest ważne, lecz fakt, że w ranach Chrystusa szukał oparcia dla swojej wiary. Gdy je ujrzał na własne oczy, uwierzył, że Chrystus żyje. Dla niego Jezus jest wiarygodny, bo pokazał mu swoje rany.

 

Czy chcemy dotykać Jego rany?

Rzadko komu pokazujemy swoje zranione miejsca. Nawet wtedy, gdy się skaleczymy, to owijamy ranę bandażem ze względów higienicznych. Nie ma się czym chwalić. W zasadzie to tylko lekarz ogląda ranę. Pokazywanie swoich ran jest czynnością intymną. Gdybyśmy teraz wyszli przed kościół, zgromadzili się przy krzyżu misyjnym, i gdybym was prosił, abyście wyrazili wiarę i pocałowali drzewo krzyża, to byłoby to trochę śmieszne. Owszem, nic by się nie stało. Wszak można krzyż pocałować, ale musi być jakiś powód. (Czytamy tekst z krzyża misyjnego i z tabliczki doń przymocowanej). Te słowa są wyrazem naszej wiary, a daty przypominają nam, że ileś lat temu nasza parafia miała misje święte.

Pani Józefa bardzo dobrze pamiętała ostatnie misje parafialne, w trakcie których został poświęcony nowy krzyż misyjny. Na zakończenie misji, a było to w niedzielę po południu, wszyscy nieśli dębowy krzyż. Jej mąż Kazimierz już wtedy był bardzo chory, powolutku zaszedł na to nabożeństwo. Dołączyli do innych, by wraz z nimi nieść przez kilkanaście metrów ów krzyż. Cały czas mieli łzy w oczach, bo poczuli, jakby dotknęli ran Jezusowych.

Wobec tego warto, od czasu do czasu, fizycznie – jak to się dziś mówi: „w realu” – dotknąć ran Jezusa. Miłosierny Jezus jest wówczas bardzo blisko – tak jak był blisko Tomasza Apostoła.

autor: ks. Andrzej Ziółkowski CM