Nie widzieli a uwierzyli
„Święta, święta i po świętach” – mówi się, kiedy odjechali goście, został tylko stos brudnych naczyń, trochę butelek, w lodówce kawałek niedojedzonej szynki, i ta myśl: jutro znów trzeba iść „do roboty”. W świecie kapitalistycznym – do którego tak bardzo nam spieszno – święta kojarzą się już tylko z dniami wolnymi od pracy, z korkami na autostradach, ze zwiększoną ilością wypadków drogowych.
Skąd się to wzięło? O odpowiedź nietrudno: zanik we współczesnym świecie poczucia świętości, łatwizna życia na powierzchni zjawisk, wstręt do wszelkiej głębszej myśli, do wysiłku moralnego... A Jan Paweł II wołał do Polaków: „musicie być silni, musicie od siebie wymagać!”.
A co nam, zgromadzonym wokół ołtarza w tydzień po wielkanocnych świętach zostało z uroczystości Zmartwychwstania Chrystusa obchodzonych w Roku Pańskim 2007? Czy prawdziwie spotkaliśmy Jezusa żywego? Czy zawsze w podejmowaniu życiowych decyzji kierujemy się wiarą chrześcijańską?
„Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” – oto cały sens tego, co dziś chce nam Bóg powiedzieć przez swoje święte Słowo.
Czy uwierzyliśmy naprawdę? Chociaż nieobca byłaby nam postawa Tomasza, który jako „niewierny” pozostał nawet w przysłowiu. Pan Jezus potraktował jednak jego niewierność z przymrużeniem oka.
Wskazujący palec Tomasza
prowadzi z góry
ręka Mistrza
a więc dozwolone jest
wątpienie
zgoda na pytanie
więc jednak coś warte jest czoło
w zmarszczkach Leonarda
Vinci
Zbigniew Herbert
Jesteśmy tylko ludźmi i posiadamy tylko ludzkie doświadczenie. Doświadczenie oczu, słuchu, dotyku. Czasem Pan Bóg nie oszczędza ludziom i tych zewnętrznych doświadczeń, jak nie oszczędził ich Tomaszowi: zobacz, dotknij! Dla wiary jest to jednak rzecz zupełnie nieistotna. Chrześcijanin musi posiąść spojrzenie i doświadczenie wiary, spojrzenie i doświadczenie – nie bójmy się tego słowa – mistyczne. Inaczej ciągle pozostaniemy „niewierni”. Bez tego spojrzenia nigdy nie spotkamy żywego Chrystusa.
Prawdą jest, że mówimy sobie nieraz: o, gdybym tak mógł zobaczyć, dotknąć! Wtedy dopiero byłoby pięknie w moim życiu; gdybym doświadczył Boga namacalnie, gdyby tak pokazał się na przekład w telewizji, reszta – życie moralne, modlitwa – byłyby już drobnostką. Wyraził to Julian Tuwim w jednym ze swoich wierszy:
Pokaż się z daleka
Choćby z najdalszego,
(Choćby – o sto
kroków...) –
Jakoś się dowlokę,
Widmo i kaleka,
Do witania twego!
Pokaż się, dopełznę.
Tymczasem od ponad dwu tysięcy lat stawia nam się trudne wymaganie, od ponad dwudziestu wieków głosi się uparcie zdanie Chrystusa: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. Nie tylko: od tego zależna jest nasza prawdziwa religijność, ba, samo życie wieczne, zbawienie.
Można sobie zabezpieczyć spokojne, beztroskie życie, dostatnią starość bez wiary. I ludzie to robią. Dlatego właśnie święta już nic w ich postawach nie zmieniają. Prawdziwemu chrześcijaninowi to jednak nie wystarcza. Zwróćmy uwagę na postawę „przyjmujących wiarę w Pana” mieszkańców Jerozolimy; wystarczał im „cień przechodzącego Piotra”, by uwierzyć, a uwierzywszy, korzystać z dobrodziejstw wiary, wtedy prowokującej cuda (Dz 5,12-16). Nie żałujmy, iż przy ukazaniu się Chrystusa zmartwychwstałego apostołom wraz z Tomaszem nie było kamer telewizyjnych i mikrofonów radiowych. Nasza wiara również dziś buduje się na trwaniu w nauce apostołów, „we wspólnocie w łamaniu chleba i w modlitwie” – jak w innym miejscu przypominają nam dzieje Apostolskie. Nowoczesne środki techniczne mogą nam pomóc – jak chociażby ten oto mikrofon pomaga, by docierał do was mój głos – ale nic nie zastąpi wyznania Tomasza: „Pan mój i Bóg mój!”. Dlatego możemy wraz z poetą poprosić tego, co to był niewierny:
Módl się za nami,
Bracie nasz w zwątpieniu,
Święty Tomaszu,
Abyśmy nie zwątpili o Bogu.
Módl się za nami,
Bracie nasz w zwątpieniu,
Święty Tomaszu,
Aby Bóg o nas nie zwątpił.
Roman Brandstaetter
Światły umysł oświecony łaską, otwarte serce, posłuszna Chrystusowi wola – oto całe szczęście. Wtedy jesteśmy zdolni spotkać i przeżyć Boga jako ciągle uśmiechniętego Ojca.
Myślę, że tradycja literacka oraz ikonografia nie zawsze pomagały nam odkryć Boga i Jego Syna Jezusa Zmartwychwstałego jako Osoby bliskie osobie ludzkiej. Zbyt dużo było gromów – weźmy choćby przerażający gest Chrystusa na obrazie Sądu Ostatecznego w Kaplicy Sykstyńskiej – błyskawic, jęczało za wiele trwożnych suplikacji. Bóg poprzez dzieła sztuki rzadko się do nas uśmiechał. Dostrzegają to zjawisko poeci.
Panie! My, którzy znamy tysiąc Twoich twarzy
Skrwawionych, konających, omdlałych, ścierpniętych
Błagamy Ciebie, płynąc do Twoich ołtarzy,
Pokaż nam tę nieznaną. Zjaw się uśmiechnięty.
Wyjmij ciernie ze skroni, zetrzyj krew czerwoną,
Zmyj oczy obolałe, które dobrze znamy,
I uśmiechnij się do nas, jak stary listonosz,
Co z dobrą wiadomością przystanął u bramy.
Stanisław Baliński
Albo nasz „nieśmiertelny” poeta, ks. Jan Twardowski, którego trzeba stale powtarzać:
Boże, po stokroć święty, mocny i uśmiechnięty –
Iżeś stworzył papugę, zaskrońca, zebrę pręgowaną –
kazałeś żyć wiewiórce i hipopotamom –
teologów łaskoczesz chrabąszcza wąsami –
dzisiaj, gdy mi tak smutno i duszno, i ciemno –
uśmiechnij się nade mną
Pisarze, malarze a także doktorzy świętej teologii nie szczędzili nam obrazów Boga srogiego. Zniknął Bóg – dobry Ojciec, zapodział się gdzieś Chrystus – brat. Bóg uśmiechnięty, bo miłosierny, co tak dobitnie przypomina nam dzisiejsza niedziela, zwłaszcza w krakowskich Łagiewnikach. Bo przecież wszystkie spotkania Jezusa z apostołami po zmartwychwstaniu są wielką serią radości, serdeczności, zaufania. To ostatecznie przekonało gromadkę najbliższych przyjaciół Pana, to sprawiło, że wiara w Chrystusa trwa i trwać będzie aż do skończenia świata! Pan Bóg się do nas uśmiecha i Wielkanoc trwa cały rok, całe życie, aż do radosnego spotkania, które się nie skończy, albowiem należymy do tych, którzy „nie widzieli, a uwierzyli”.
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






