W numerze
 
marzec/kwiecień 2006 » SUGESTIE HOMILETYCZNE » 2 Niedziela Wielkanocna »

Wiara rodzi się ze spotkania i ze świadectwa

Drukuj

 

 

Relacja o życiu chrześcijan z Dziejów Apostolskich wyraźnie wskazuje, że wiary nie sprowadzano wtedy tylko do teorii i deklaracji. Wiara przenikała i kształtowała codzienne życie, wpływała na moralność, obyczaje, ekonomię. Nie chodziło jednak wcale o jakiś nowy system społeczny czy ideologię, która miała uszczęśliwić ludzkość. Istotą tej społecznej rewolucji była wewnętrzna przemiana człowieka, jego postaw, wrażliwości, hierarchii wartości – w imię Chrystusa, który zmartwychwstał.

 

I właśnie do tego powinna zmierzać wiara: powinna zmienić człowieka. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Może jeszcze na krótką metę człowiek potrafiłby się jakoś zawziąć, zacisnąć zęby i narzucić sobie pewne zachowania i gesty, nawet heroiczne. Ale w wierze też nie chodzi o to, żeby narzucić sobie jakiś wewnętrzny rygor i samodyscyplinę, sprzeczną z naszą ludzką naturą. Raczej chodzi o to, by przemienić samą naturę. A więc nie tylko zewnętrzne zachowania, nawyki i styl życia. Owszem, docelowo tak, ale źródłem tej przemiany powinna być najpierw przemiana naszego sposobu myślenia, dążeń, wizji życia. A to może się dokonać tylko dzięki osobistemu spotkaniu z Jezusem.

 

Właśnie takie przemieniające spotkanie przeżyli Apostołowie, a zwłaszcza Tomasz. I to spotkanie gruntownie ich odmieniło. Zmartwychwstali do nowego życia. A było im to bardzo potrzebne. Wraz ze śmiercią Jezusa, oni sami także jakby umarli: byli zalęknieni, zniechęceni, zawstydzeni i rozbici. Ich życie i świat legły w gruzach. Dotychczasowe nadzieje i plany pękły jak mydlana bańka. Utracili grunt pod nogami i jedyne oparcie – Jezusa. Wszystko straciło sens i wartość. Nie było żadnego celu – może tylko to, żeby samemu ujść z życiem.

 

I w takim stanie ducha nagle ujrzeli Jezusa, który pomimo zamkniętych drzwi stanął pośród nich jak gdyby nigdy nic. Zobaczyli Jezusa: tego samego, którego znali, choć nie takiego samego. Widzieli wyraźne ślady męki na Jego ciele, ale nie były one dla nich powodem trwogi czy wyrzutem sumienia, lecz znakiem chwały, wyrazem miłości i gwarancją przebaczenia.

 

W tym wyraziło się niezmierzone bogactwo Bożego miłosierdzia. Zasadniczy akt tego miłosierdzia rozegrał się dramatyczny sposób na krzyżu, ale jego owoce stają się dla nas dostępne za pośrednictwem prostych i niepozornych znaków: poprzez modlitwę, otwarcie się na słowo Boże, przyjmowanie sakramentów, udział we wspólnocie Kościoła – wszystko, co służy spotkaniu z Chrystusem.

 

W pokoju i radości utwierdziły ich także słowa, które Jezus wyrzekł. Nie były to wymówki, napomnienia czy nagany, choć Jezus miałby pełne prawo do wyrzutów pod adresem swoich uczniów. Były to słowa pokoju, akceptacji, przebaczenia, miłości. Jezus nie nawiązywał do przeszłości, lecz stwarzał im nową perspektywę na przyszłość.

 

I to było dla nich powodem do niewysłowionej radości: nie tylko to, że On żyje, ale to, że puścił w niepamięć ich wcześniejsze zadufanie, pewność siebie, tchórzostwo i zdradę. Teraz przyszedł do nich tak dobry, bliski, rozumiejący i kochający, jak nigdy dotąd. Swoim spokojem i dobrocią zdjął z ich serc straszliwy ciężar wstydu i lęku. To oni sami w pierwszym rzędzie doświadczyli cudownego daru Ducha Świętego – odpuszczenia swojego grzechu. Narodzili się na nowo, stali się innymi ludźmi.

 

Ta przemiana dokonała się spontanicznie i jakby samoczynnie. Nie była wynikiem jakiejś wyrafinowanej terapii, kalkulacji, własnego wysiłku czy treningu. Była owocem bezpośredniego, osobistego i rzeczywistego spotkania z Chrystusem. Owo niewypowiedziane przeżycie i doświadczenie, samo wywarło swój przemożny wpływ i zmieniło Apostołów. Właśnie w taki sposób działa Pan Bóg: dotyka człowieka swoją łaską i czeka na naszą odpowiedź.

 

 

Przeżycia tego był jednak pozbawiony Tomasz. Relacji kolegów ­– Apostołów nie uwierzył, choć Apostołowie na pewno byli przekonującymi świadkami. A więc sama wiedza, nawet wiarygodna, ale jednak tylko wiedza, na temat tego, co się wydarzyło – nie wystarcza. Sama teoretyczna prawda, przekaz o faktach, to jeszcze za mało. Brakuje czegoś istotnego: brakuje osobistej więzi, relacji, zetknięcia się twarzą w twarz, spotkania osoby z osobą. Wiara rodzi się i dojrzewa tylko w atmosferze międzyosobowej więzi, miłości, zaufania. W przeciwnym razie przekaz takich treści zostanie sprowadzony do ideologii i propagandy – i na pewno napotka na opór.

 

Dlatego Jezus w tej lekcji udzielonej Tomaszowi uczy nas znacznie więcej: pokazuje nam okoliczności, w jakich ma dokonać się to spotkanie i zrodzenie wiary. Nie powinniśmy oczekiwać tu jakichś nadzwyczajnych przeżyć, znaków i naocznych dowodów. Wrażenia zmysłowe: widzenie, dotyk, słuch, nie są niezbędne do przeżycia spotkania z Bogiem. Raczej dokonuje się ono w sposób duchowy, na płaszczyźnie wiary, czyli bez zewnętrznych zjawisk, materialnych dowodów, spektakularnych odczuć. Wiara byłaby wtedy zbyt tania i prosta, byłaby kalkulacją i koniecznością, a nie łaską i decyzją.

 

Natomiast zadaniem wspólnoty Kościoła jest stworzenie warunków dla doświadczenia Bożej obecności, miłości i przebaczenia, oraz dostarczenie argumentów, że wiara jest czymś racjonalnym, wartościowym i owocnym. Braterstwo chrześcijan ma być dla świata i dla bliźnich znakiem Bożego miłosierdzia. I takie świadectwo powinno wypływać od każdego z nas. Od niego bowiem będzie zależało, czy ktoś uwierzy i będzie zbawiony, czy też zgorszy się naszym postępowaniem i odrzuci wiarę.
autor: ks. Mariusz Pohl