Na kogo zawaliła się wieża w Siloe?
Czy myślicie, że ci, którzy wczoraj zginęli w wypadkach samochodowych na naszych drogach, byli większymi grzesznikami niż inni kierowcy? Albo myślicie, że ci, którym spalił się dom, byli większymi grzesznikami niż ich sąsiedzi? „Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie” (Łk 13,3). Tak można by sparafrazować wypowiedź Jezusa z dzisiejszej ewangelii. Te słowa są dla mnie osobiście najpierw przestrogą przed wydawaniem pochopnych sądów o stanie sumienia moich bliźnich. Pokusa oceny innych pojawia się zwłaszcza wtedy, kiedy przytrafia im się jakieś niepowodzenie, takie jak utrata zdrowia bądź życia. Wówczas łatwo pomyśleć lub nawet, co gorsza, powiedzieć: no tak, sami się o to prosili swoim postępowaniem, a teraz ponoszą zasłużoną karę. W domyśle natomiast, chociaż niekoniecznie wyartykułowana, pojawić się może pewna satysfakcja, że sami nie jesteśmy widocznie aż tacy źli, nam się przecież nic nie przytrafiło. To oni są grzesznikami. Ci inni. Poza mną. Ja nie.
„Czy myślicie, że ci (…) byli większymi grzesznikami, że to ucierpieli?” (Łk 13,2). Zauważmy, że kiedy Pan Jezus dowiaduje się, że zginęli ludzie, to nie mówi o nich, iż nie byli grzesznikami. Zaznacza On raczej, że nie byli większymi grzesznikami niż inni. A zatem pewnie mieli za co pokutować i mogliby uznać, że to, co ich spotkało, jest konsekwencją grzesznych czynów. Do takiego sądu byli jednak uprawnieni tylko oni sami i Pan Bóg. Nikt inny. Jeśli spotyka mnie coś złego, mogę sobie powiedzieć: nie jestem bez grzechu, przyjmuję to cierpienie jako pokutę za moje przewinienia. Jednakże nie mogę tego samego stwierdzić w odniesieniu do cierpienia, które spotyka mojego brata.
Wydaje się mimo wszystko, że centralnym problemem, który się tutaj wyłania, nie jest sama rzeczywistość konsekwencji grzechu człowieka, ale fakt, że ta konsekwencja, ta kara nie jest ewidentnie związana z grzechem na zasadzie bezpośredniości czy natychmiastowości. Tak przecież byłoby najprościej: grzech i natychmiast następująca po nim konsekwencja, którą nazywamy karą. Czasami zdarza się sytuacja takiej bezpośredniości, np. ktoś prowadzi pojazd po spożyciu alkoholu i powoduje wypadek, podczas którego traci zdrowie, a może nawet życie. To bezpośredni skutek jego złego postępowania. Mówiąc językiem literackim: to zbrodnia i kara następująca natychmiastowo z oczywistą bezpośredniością. Często jednak zdarza się, że konsekwencje mojego grzechu dotykają nie mnie samego ale innych, np. zdrada czy niewierność małżeńska dotyka w pierwszym rzędzie współmałżonka i dzieci. Jeszcze częściej zdarza się natomiast, że nie można nawet wykazać relacji przyczynowo-skutkowej między tym, co się mi przydarza a moim grzechem, czy też grzechem innych. Jest to problem, który ujawnia się zwłaszcza w przypadku tzw. niezawinionego cierpienia np. choroby małego dziecka. Trudno wówczas szukać tego, kto zawinił. Zresztą nie o to chodzi; poucza o tym sam Jezus (por. J 9,1-3: „«Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?» Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego»”). W wielu przypadkach można tylko zaufać słowu Boga, uznając rzeczywistość zła, które dotyka człowieka jako członka wielkiej rodziny ludzkiej grzeszącej i ponoszącej skutki swojego złego postępowania.
O wiele poważniejszą konsekwencją braku ewidentnej relacji wynikania pomiędzy grzechem a jego skutkiem jest uznanie, że takich konsekwencji w ogóle nie ma. Skoro nic mi się nie przytrafia po moim grzechu, skoro nie na mnie „zawaliła się wieża w Siloe”, to znaczy, że nie ma złych konsekwencji tego, co robię. A zatem mój grzech nie jest aż tak wielki. Właściwie mogę uznać, że wszystko jest w porządku. Przed przyjęciem takiego stwierdzenia przestrzega nas dzisiaj Jezus: „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie” (Łk 13,5).
Każdy grzech powoduje swoje skutki i jest naiwnością myśleć inaczej. Natomiast fakt, że skutki te nie następują natychmiast, jest wyrazem łaski ze strony Boga, a nie usprawiedliwieniem. Pięknie mówi o tym przypowieść o nieurodzajnym drzewie figowym. Analogia jest tutaj wyraźna: pan winnicy to Bóg, ogrodnikiem jest… również Bóg, Jezus Chrystus, a drzewem figowym – człowiek. Figowiec rośnie w winnicy, a zatem w warunkach dogodnych do owocowania, rośnie tam i owocuje również winorośl. Brak owocowania drzewa oznacza brak odpowiedzi człowieka na Bożą miłość, której ma pod dostatkiem. Ten brak odpowiedzi nazywamy grzechem. Wydanie owocu będzie zatem związane z nawróceniem, uporządkowaniem, usunięciem tego, co przeszkadza wydać plon. W dialogu między panem winnicy a ogrodnikiem wyraźne są dwa momenty. Po pierwsze właściciel stwierdza fakt braku owocowania drzewa; Bóg nie przyłączy się nigdy do naszego przekonania, że skoro mamy się dobrze i nam się powodzi, to nie mamy też grzechu, którym trzeba by się zająć, i nie potrzebujemy nawrócenia. Po wtóre ogrodnik prosi o czas dla nieurodzajnej rośliny; czas, który mam, jest wyrazem Bożego miłosierdzia. Nie chodzi przecież o to, żeby drzewo wyciąć, tzn. ukarać grzesznika, ale o to, aby drzewo w końcu zaowocowało. Panu Bogu chodzi o ciebie. Przez swojego Syna, Boskiego Ogrodnika, daje ci czas i wszystko, czego potrzebujesz do wzrostu. Jest cierpliwy, bo pragnie spożywać z ciebie słodki owoc miłości. Nie daj się zwodzić, że przecież nie na ciebie zawaliła się wieża w Siloe…



Drukuj