W numerze
 
marzec/kwiecień 2011 » SUGESTIE HOMILETYCZNE » 3 Niedziela Wielkiego Postu »

Sugestie słuchacza

Drukuj

„Ja o chlebie, ty o niebie!” – To powiedzenie nawiązuje do dialogu Jezusa z Samarytanką przy studni, podczas którego brakuje porozumienia między nimi. Ale to pozorne nieporozumienie to celowy zabieg Jezusa. Sposobem przeprowadzenia dialogu poprzez świadomie zastosowane rozbieżności, Jezus uświadamia Samarytance jej prawdziwe pragnienie.

 

„Ja o chlebie, ty o niebie!” – To powiedzenie nawiązuje do dialogu Jezusa z Samarytanką przy studni, podczas którego brakuje porozumienia między nimi. Ale to pozorne nieporozumienie to celowy zabieg Jezusa. Sposobem przeprowadzenia dialogu poprzez świadomie zastosowane rozbieżności, Jezus uświadamia Samarytance jej prawdziwe pragnienie. Poprzez tę zamierzoną analogię Jezus pokazuje, że pragnienie duchowe jest naszą ludzką naturą tak samo, jak pragnienie fizyczne, tylko dużo trudniej jest je rozeznać u siebie. Pragnienie duchowe nie przejawia się bowiem w tak prosty sposób, jak pragnienie fizyczne, tylko trzeba je odkryć w swoim wnętrzu.
Dla Samarytanki „woda żywa” w pierwszym skojarzeniu oznaczała wodę ze źródła, a nie wodę ze zbiornika, cysterny czy rzeki. Wodę, która przez swą naturę jest świeża, czysta i krystaliczna, dlatego mocno jej zapragnęła, wiedząc że ta woda ugasi jej pragnienie o wiele lepiej niż inna woda.
W naszym świecie nie ma takiego, jak w przypowieści, fizycznego deficytu wody, nie znamy też odczucia prawdziwego głodu, ale czy to znaczy, że jesteśmy pozbawieni pragnienia jego zaspokajania? Otóż nie, gdyż ze wszystkich stron jesteśmy faszerowani przekazem medialnym, który pobudza w nas dążenie do poszukiwania lepszego zaspokojenia pragnienia. Czasem jest tak, jak w legendarnym i reklamowanym napoju, który jest zimny i daję chwilowe poczucie zaspokojenia pragnienia, ale poprzez zawartość cukru pobudza nasze łaknienie, tak że pijemy dużo więcej niż wynikałoby z naszej potrzeby. Albo też produkty, na które moda jest wykreowana i dajemy sobie wmówić, że dzięki nim będziemy zdrowsi, silniejsi, piękniejsi itp.
Dlaczego jesteśmy tak podatni na taki sposób argumentacji? Dobrze oddaje tę naszą ludzką naturę powiedzenie: „Jestem tym, co jem” – sądzimy, że przez sposób zaspokajania naszych fizycznych potrzeb stajemy się lepsi, doskonalsi. Potrafimy w myśl tego powiedzenia ponieść wiele wyrzeczeń dla przeróżnych diet, a ta dziedzina to potężna gałąź biznesu. Samo dbanie o własne zdrowie w granicach rozsądku nie jest niczym grzesznym, jest wręcz naszą powinnością. Ale zróbmy sobie rachunek sumienia.
Czy myślałem o tym, że jestem tym, jaką wodę piję, z jakiego źródła, czy jest to „woda żywa”, czy też landrynkowa lemoniada? Że jestem tym, w co wierzę, za czym podążam, jakimi wartościami się kieruję. Ile czasu poświęcam na doskonalenie swojej „duchowej diety”? Ile podejmuję w tym celu wyrzeczeń? I najważniejsze pytanie: czy pragnę tej „wody żywej”? Czy w moim życiowym dialogu z Jezusem nie ma tego samego niezrozumienia, jak u Samarytanki, kiedy myślimy tylko o przysłowiowym chlebie?
 
autor: Piotr Krakowiak