W numerze
 
marzec/kwiecień 2005 » SUGESTIE HOMILETYCZNE » 4 Niedziela Wielkiego Postu »

Chciałbym być przyjacielem...

Drukuj

Chciałbym być przyjacielem ślepca z Jerozolimy, którego Chrystus uzdrowił w pobliżu sadzawki w Siloe! Chciałbym z kilku powodów.

Pogrążony w nieszczęściu

Chciałbym być przyjacielem ślepca z Jerozolimy, ponieważ imponuje mi jego przeżywanie kalectwa. Niezawinionego nieszczęścia, które zawładnęło nim już w łonie matki. Stało się jego nieodłącznym towarzyszem, od którego nie mógł się uwolnić. Nieszczęściem, które sprowadziło na niego kolejne nieszczęścia. Odrzucenie przez najbliższą rodzinę, a więc osamotnienie. Skazanie na żebranie, a zatem na całkowitą zależność od życzliwości przypadkowych ludzi. Ta zaś nierzadko bywa zmienną i przykrą! Jakby jeszcze było za mało, jako ślepiec był narażony na oszczerczy osąd: na pewno zgrzeszył, bo jest kaleki. Bóg go ukarał ślepotą. Wówczas tak bowiem postrzegano chorobę i kalectwo. Nieprzeciętnie ciężka i skomplikowana była sytuacja owego mężczyzny. A jednak jej nie uległ, lecz wykorzystał!

Niewidzący widzący

Lata ślepoty fizycznej, związanego z tym cierpienia i upokorzeń kaleka doskonale wykorzystał. Przejrzał duchowo. Nabył wprawy w tej rzadkiej umiejętności. Przemawiają za tym fakty. W porę dostrzegł sens w spotkaniu z nieznanym bliżej Jezusem. Nie uciekał przed tym spotkaniem, lecz je podjął. Nie wzbraniał się przed nakładaniem błota z prochu i śliny na jego chore oczy. Wzgląd estetyczny i higieniczny pozostawił na boku. Bezzwłocznie podporządkował się Chrystusowemu poleceniu – Idź, obmyj się w sadzawce Siloe. Odczytał je prawidłowo – Jeśli zaufasz Bogu, to on cię uzdrowi!

W prawdzie o sobie i bliźnich

Chciałbym być przyjacielem ślepca z Jerozolimy dlatego, że on kocha prawdę! Po uzdrowieniu nie wstydzi się i nie odcina od swej przeszłości. Nie żywi również urazy ani do najbliższych, ani do obcych choć wie, że był i pozostał im obojętny. Nie dziwi się bowiem sporowi toczonemu przez sąsiadów – “Tak, to jest ten”, a inni przeczyli: “Nie, jest tylko do tamtego podobny”. Nie jest rozżalony z powodu osamotnienia przez rodziców. “Wiemy, że to jest nasz syn. I że się urodził niewidomym. Nie wiemy, jak to się stało, że teraz widzi, nie wiemy także, kto mu otworzył oczy. Zapytajcie jego samego, ma swoje lata, niech mówi za siebie”. Tak powiedzieli jego rodzice, gdyż bali się Żydów. Dobrze jest mieć przyjaciela, który liczy się z prawdą o sobie i o bliźnich.

W prawdzie o nieprzyjaciołach

Chciałbym być przyjacielem człowieka, którego podejście do Jezusowych i swoich nieprzyjaciół jest zrównoważone, wolne od nienawiści i odwetu. Tak odnosi się do prześladowców ślepiec z Jerozolimy. Toczy on z nimi rzeczowy spór o fakty, o prawdę, o Jezusa. Równocześnie zdaje sobie sprawę, że jego przeciwnicy zagubili się w życiu duchowym i pilnie potrzebują pomocy. Chociaż sięga w rozmowie z nimi po ironię, by ostudzić ich zacietrzewienie, to jednak daleki jest od odpowiadania ciosem na zadany mu cios. Pozostaje niezłomnym i rozważnym wobec rozmaitych ataków.

Dobrze jest być przyjacielem człowieka niezłomnego wobec wrogów i rozważnego wobec ich poczynań.

W prawdzie o Jezusie

Chciałbym być przyjacielem człowieka, który umie docenić to, co dla niego zrobiono i być za to wdzięczny. Jak dalece wdzięcznym? Okazuje tę wdzięczność nie tyle w słowie, nie tyle w kosztownym podarku, co w działaniu odpowiadającym pilnej potrzebie dobroczyńcy. Takim jest uzdrowiony ze ślepoty wobec Jezusa. Broni on dobrego imienia swego dobroczyńcy. Stara się Go ochronić przed pomówieniami i oszczerstwami raz po raz rozsiewanymi wśród ludzi przez Jego wrogów. Groźnymi, bo podrywającymi Jego autorytet. Broni logicznie i rzeczowo, w oparciu o fakty. Broni, narażając się na szykany.

Takiego przyjaciela można być pewnym. W opresji stanie przy nas i będzie nas bronił z poszanowaniem prawdy. Nie przelęknie się kosztów, jakie sam będzie musiał za taką postawę ponieść.

Wzrastając pośród przeciwności

Chciałbym być przyjacielem kaleki z Jerozolimy uzdrowionego przez Jezusa, który doświadczając trwałego nieszczęścia fizycznego, mimo to systematycznie rozwijał się, wzrastał, dojrzewał duchowo! Osobiście doświadczył kolejnych etapów duchowego rozwoju, którego początkiem jest zawierzenie Jezusowi, a kresem i zarazem pełnią jest zakochanie się w Jezusie! A wszystko to pośród osobistego cierpienia, obojętności albo przeciwdziałania ze strony ludzi, szykan ze strony świata zła. “Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?” On odpowiedział: “A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył?” Rzekł do niego Jezus: “Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie”. On zaś odpowiedział: “Wierzę, Panie!” i oddał Mu pokłon.

Chciałbym się zaprzyjaźnić ze ślepcem z Jerozolimy. Dobrze jest bowiem mieć przy sobie człowieka, który umie spożytkować spadające na niego nieszczęścia, cierpienie fizyczne i duchowe, ku uwierzeniu Bogu. I postępując konsekwentnie drogą zaufania do Boga osiągnąć pełnię osobistej dojrzałości duchowej, którą jest zakochanie się w Najwyższym. “Wierzę, Panie!” i oddał Mu pokłon. Z takim człowiekiem warto się związać i iść przez życie. On nie zawiedzie. Takim też ślepcem widzącym duchowo warto stawać się i być dla innych.

autor: ks. Rafał Buchinger