W numerze
 
styczeń/luty 2010 » SUGESTIE HOMILETYCZNE » 5 Niedziela okresu zwykłego »

Nie musisz iść za Nim, póki On nie przyjdzie do ciebie

Drukuj
Nie należy się spodziewać zbyt wiele po niedzielnej homilii. Słowo Boże ma zostać ogłoszone, ale nie trzeba się łudzić, że wszyscy pójdą za samym słowem. Rozumie to Pan Jezus, i dlatego w dzisiejszej ewangelii czyni coś, co z kolei z Niego czyni najlepszego nauczyciela – wzór dla nas, jak pozyskiwać dla Chrystusa innych, i jak samemu dać się Jemu pociągać.

Nie należy się spodziewać zbyt wiele po niedzielnej homilii. Słowo Boże ma zostać ogłoszone, ale nie trzeba się łudzić, że wszyscy pójdą za samym słowem. Rozumie to Pan Jezus, i dlatego w dzisiejszej ewangelii czyni coś, co z kolei z Niego czyni najlepszego nauczyciela – wzór dla nas, jak pozyskiwać dla Chrystusa innych, i jak samemu dać się Jemu pociągać.
Szymon jest normalnym człowiekiem: nie za bardzo religijnym, nie interesującym się tym, co zdaje się nie najlepiej przystawać do codzienności i, jak każdy mężczyzna, nie za bardzo lubiącym nadmierne przejawy pobożności. Nie ma go wśród tego tłumu, który gromadzi się na brzegu jeziora. Pewnie dostrzega już, że Ten nauczyciel więcej ma mądrości niż wszyscy faryzeusze razem wzięci (nazwie Go przecież za chwilę „Mistrzem”), ale to jeszcze nie powód, żeby przerywać swoją pracę. Może z oddali dociera do niego to, co mówi Jezus, a może w ogóle nie słucha. Albo zerka zaciekawiony w Jego stronę, albo w ogóle nie jest zainteresowany niczym prócz płukania sieci. W każdym razie ewangelista nie informuje nas o żadnym szczególe, który mógłby wskazywać, że to on czyni pierwszy krok ku Panu. Nie może się Szymon spodziewać, że za chwilę Mistrz będzie chciał wykorzystać jego łódź jako ambonę na czas głoszenia; nie odmówi prośbie Jezusa.
W jakimś sensie Szymon zostaje przymuszony do słuchania kazania. Wchodzi do (niewidzialnego) kościoła i zauważa, jak bardzo inny jest on od znanej mu synagogi, a słowa płynące z ust Tego człowieka jakże inne są od tych pobożnych frazesów, które słyszał do tej pory. Ciekawe, czy zastanawiał się wtedy, dlaczego Jezus wybrał akurat jego łódź, skoro na brzegu stały dwie? I czy w ogóle tłum cisnął aż tak mocno, że trzeba było wsiadać do łodzi, czy też Nauczyciel daje mu właśnie pierwszą lekcję – „chcę twojej ze Mną współpracy”?
Jezus kończy mowę. Szymon nie daje oczywiście po sobie poznać, że coś go nurtuje czy pociąga w słowach Jezusa. Jest mężczyzną i nie zamierza przyznawać się do tego, co dzieje się w jego sercu, co jest jego prywatną sprawą. A jednak coś dziać się musi, skoro za chwilę na słowo cieśli zawodowy rybak wypłynie i jeszcze raz zarzuci sieci. Musiał usłyszeć w głosie Jezusa autorytet, jakiego nie mieli przywódcy religijni: Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci. Jezus czyni drugi krok: tym razem prosi o coś, co wymaga jakiegoś zaangażowania, pewnej decyzji – ryzykownej, bo przecież Szymon ma zrobić to, czego nie powinien był zrobić logicznie myślący rybak.

Na Twoje słowo
oznacza dla Szymona nic więcej, ale i nic mniej niż to: Skoro Ty, który twierdzisz rzeczy, jakich przed Tobą nikt inny nie śmiał twierdzić, każesz mi coś zrobić, zrobię to – ale nie wierzę, żeby to miało cokolwiek zmienić. Może masz do powiedzenia coś na temat spraw niebieskich, ale nie na temat ziemskich. Mówisz ładnie, ale nie ma to związku z codziennością. Jednak – skoro nalegasz – sprawdzam Cię. Biedny Szymon sam już pewnie nie wie, co naprawdę dzieje się w jego wnętrzu: czy rzeczywiście i jego uda się Mistrzowi pociągnąć, czy też wypełni słowo Jezusa po to tylko, żeby przekonać się o bezsensie polecenia Mistrza.
Pan Jezus wiedział, że nie ma innej drogi dotarcia do Szymona, jak ukazać mu, że jest Panem wszystkiego, nawet tej dziedziny, w której Szymonowi wydawało się, że nie ma sobie równych. Ten ewidentny cud, który dzieje się na oczach rybaka, jest tak zaskakujący, że on i jego towarzysze są zdumieni – wiedzą, że wydarzyło się coś, co wydarzyć się nie miało prawa. I tylko to mogło spowodować, że Piotr pokłonił się przed Panem! I tylko to mogło sprawić, że pójdzie za Panem zostawiwszy wszystko, a ryby zamieni na ludzi.
Dobra to nowina dla nas, którzy lubimy posłuchać mądrego słowa, a potem wypuścić je drugim uchem w przeświadczeniu, że nie może ono mieć wpływu na nasze życie. Pan Jezus jednak wykona podobne dwa kroki w naszą stronę, bo wie, że nie w naszej mocy leży zobaczenie Jego panowania – bez konkretnego doświadczenia tego faktu albo nie padniemy przed Nim na kolana, albo zrobimy to nieszczerze, z przyzwyczajenia.
Pierwszym krokiem Pana w naszą stronę będzie więc „wproszenie się” do „łodzi”, a więc do naszego – takiego, jakie ono jest naprawdę – życia. Jego interesują miejsca (także pracy), w których przebywamy, nasi znajomi i relacje, jakie z nimi mamy, nasze zainteresowania i talenty, które mamy lub wydaje nam się, że nie mamy. My go interesujemy.
Na początku nie wymaga On nic więcej. A skoro On nie wymaga, i my nie wymagajmy więcej od siebie. Jeśli jesteś gotów, aby wsiadł do twojej „łodzi” – zaproś go, nawet teraz, w swoim sercu. Dopiero potem On uczyni kolejny krok w twoją stronę – poprosi, żebyś odbił od brzegu, a tam zaproponuje ci coś, co będziesz mógł wypróbować. Wtedy pojawi się kwestia zaufania Jego słowom – czy może On rzeczywiście znać się na mojej codzienności i radzić mi, co mam robić? Podobnie jak Piotr będziesz powołany, żeby zaryzykować i pójść za Jego Słowem. Co wtedy się może stać – już wiesz. Jeśli On objawi swoją moc, twoje kolana same się ugną przed Nim. A On obieca ci, że ze zwykłego rybaka uczyni rybaka ludzi.
Nie należało się spodziewać zbyt wiele po niedzielnej homilii. Słowo Boże miało zostać ogłoszone, ale nie trzeba było się łudzić, że wszyscy pójdą za słowem samym. Rozumie to Pan Jezus, i dlatego w dzisiejszej ewangelii uczynił to, o czym przed chwilą czytaliśmy i słuchaliśmy. Czas słowa jednak właśnie się skończył, teraz nadchodzi czas sprawdzenia słowa.

autor: Sławomir Zatwardnicki