A co ksiądz może o tym wiedzieć?
Siedzieli naprzeciw mnie i trzymali się za ręce. Rozmawialiśmy o różnych sprawach a oni co jakiś czas ściskali ręce mocniej i porozumiewawczo spoglądali sobie w oczy jakby pytali: „czy już”? W końcu z serdecznymi uśmiechami i entuzjazmem powiedzieli o tym, że spodziewają się dziecka. Od siedmiu lat czekali na dziecko i teraz jest! Wewnętrznie odczuwałem ich radość, a na zewnątrz… Żadne słowa nie oddadzą tego co czuje się w takiej sytuacji.
Siedziałem naprzeciw kobiety, ubranej „na czarno” i słuchałem matczynej opowieści o umieraniu dziecka. Cztery miesiące temu zmarł jej syn. Miał 19 lat i nikt nie spodziewał się, że w, na pozór, zdrowym organizmie czai się śmiertelne niebezpieczeństwo. Kiedy odkryto nowotwór okazało się, że jest już nieoperacyjny. Chłopak umarł trzy tygodnie później. Co miałem jej powiedzieć? Że współczuję? Oczywiście w głębi serca było mi ogromnie przykro i wyrazy współczucia jakoś same cisnęły się na usta, ale przecież żadne słowo nie odbierze tego bólu.
Siedzieli naprzeciw mnie i trzymali się za ręce. Rozmawialiśmy o różnych sprawach a oni co jakiś czas ściskali ręce mocniej i porozumiewawczo spoglądali sobie w oczy jakby pytali: „czy już”? W końcu z serdecznymi uśmiechami i entuzjazmem powiedzieli o tym, że spodziewają się dziecka. Od siedmiu lat czekali na dziecko i teraz jest! Wewnętrznie odczuwałem ich radość, a na zewnątrz… Żadne słowa nie oddadzą tego co czuje się w takiej sytuacji.
Rozmawiając z młodym, zbuntowanym człowiekiem usłyszałem zarzut: „a co ksiądz może o tym wiedzieć?”. Przecież nie musiał Ksiądz patrzeć na ojca, który leży osikany na klatce schodowej, a do przechodzących obok sąsiadów wygaduje jakieś pijackie brednie. Nie musiał Ksiądz uciekać w środku nocy, kiedy awantury uruchamiały garnki czy inne fruwające w powietrzu sprzęty domowe. Nie musiał się Ksiądz wstydzić przed swoimi kolegami z klasy, że nie można ich zaprosić do siebie, bo nie wiadomo jaką sytuację zastanie się w domu. Odpowiedziałem tylko „współczuję”. Ale usłyszałem, że prawdziwie współczuć może tylko ten, kto przez to wszystko także przeszedł. I dlatego powtórzyłem: „współczuję”.
Współczucie, albo współodczuwanie jest tajemnicą niezwykłej bliskości. Ta prowadzi do wspólnoty, która staje się, przez doświadczenie wspólnego przeżywania, czymś bardzo mocnym. Więzi przyjacielskie weryfikowane są, w myśl przysłowia, przez „biedę”; więzi rodzinne przez łączność kolejnych jej członków; więzi narodowe i społeczne przez wydarzenia historyczne i ich rocznice. Więzi religijne budują się przez uczestniczenie w doświadczeniu Boga.
Każdy człowiek, chociaż jednako „stworzony na obraz i podobieństwo Boże” jest niepowtarzalną innością. Ta różność, która nas charakteryzuje nie przeszkadza jednak współprzeżywać i współuczestniczyć w doświadczaniu wiary. Oczywiście jego intensywność i sposoby są dla każdego wierzącego inne, niemniej jednak mają one zawsze wspólnym mianownik – Boga objawiającego się w swoim Synu Jezusie Chrystusie, który działa „w” i „przez” Kościół.
Jezus, którego spotykamy dzisiaj w Ewangelii daje dowód jak głęboko jest w stanie zjednoczyć się z człowiekiem, potwierdzając po raz kolejny jak bardzo Bóg jest blisko swojego stworzenia. Cud wskrzeszenia Łazarza staje się przejawem współodczuwania z tymi, którzy cierpią po stracie bliskiej osoby. Jest on jednocześnie też okazją do „udzielenia nauki” o tajemnicy zmartwychwstania. Zanim jednak Łazarz opuścił grób, jego siostry informowały Jezusa o pogarszającym się stanie zdrowia swego brata. Kiedy umarł opłakiwały go. A gdy ich Przyjaciel pojawił się na drodze Marta wyszła Mu na spotkanie i prosiła o pomoc. Niezwykła wspólnota osób, które związane przyjaźnią ufają sobie i w najtrudniejszych momentach życia wzajemnie się wspierają.
Warto na to zwrócić uwagę w kontekście naszego rodzinnego życia. „Układy” między rodzicami a dziećmi często nie mają nic wspólnego z zaufaniem czy przyjaźnią. Można szukać wielu przyczyn takiego stanu, ale trzeba ważne wydaje się być pragnienie porozumienia z obydwu stron. I Marcie i Jezusowi zależało na Łazarzu.
Kiedy do rozmawiających Jezusa i Marty dochodzi Maria z grupą żałobników Jezus przeżywa wzruszenie. A gdy przychodzi na miejsce grobu płacze, co zostaje odczytane przez obserwujących go ludzi jako wyraz bardzo głębokiej relacji ze zmarłym. Współodczuwanie.
Nie wiemy czy Łazarz był jedynym przyjacielem Jezusa, można przypuszczać, że nie, bo i uczniowie musieli być jego „umiłowanymi” ale pewnym jest, że to właśnie Łazarza Jezus przywrócił do życia w „odruchu współodczuwania” z jego bliskimi. Z faktu tego wypływa nie tylko nadzieja dla wszystkich doświadczających lęku, bólu i cierpienia związanego ze śmiercią bliskiej osoby, ale także zadanie dla wszystkich wierzących. Przecież nasz Mistrz pragnie byśmy byli do niego podobni. Mamy więc współodczuwać, współczuć i współwierzyć.
Pozostaje tylko pytanie: „czy musimy wszystkiego doświadczyć na własnej skórze, żeby współczuć”? Oczywiście, że nie, bo po pierwsze to jest niemożliwe, a po drugie to jest niebezpieczne. Żeby współodczuwać z drugim człowiekiem, trzeba przewalczyć swój egoizm, wyjść poza własny świat i chcieć zauważyć, że dookoła mnie są ludzie, którym współczucie może pomóc, może dodać sił.
Życie, nawet młodego człowieka, nie jest wolne od smutków i utrapień. Nie jest też pozbawione radości i entuzjazmu. Każdy więc posiada umiejętność cieszenia się i płakania. Jeżeli jednak swoje odczuwanie zatrzymamy dla siebie, to nie będzie ono współodczuwaniem.
Wielki Post to czas uczestniczenia w bólu Jezusa na krzyżowej drodze, przeżywania z Nim męki i śmierci, ale po nim przychodzi doświadczanie wspólnej radości w Niedzielę Wielkanocną i cieszenie się cudem Zmartwychwstania. I tak jak w życiu, jeśli się przeżywa je wspólnie z Bogiem i ludźmi, to radość rośnie jeszcze bardziej a smutek rozdzielany innym maleje. Coś na ten temat wiem…
autor: ks. Robert Klemens COr
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






