W numerze
 
marzec/kwiecień 2006 » SUGESTIE HOMILETYCZNE » 5 Niedziela Wielkiego Postu »

Logika Jezusa

Drukuj

Dokładnie rok temu wybrałem się wieczorem na plac św. Piotra. Byłem jednym z wielu, którzy wypełnili przestrzeń między ramionami kolumnady Berniniego, aby modlitwą towarzyszyć odchodzącemu człowiekowi. Pod koniec różańca, dostrzegłem, że w oknach na trzecim piętrze pałacu apostolskiego zgasło światło… Dokładnie rok temu odszedł Jan Paweł II. Po ludzku mówiąc, umarł. A przecież wszyscyśmy wiedzieli, że wrócił do domu Ojca. To, co było słabością, okazało się jego siłą. Cały świat na chwilę się zatrzymał i przyklęknął przed świadectwem jego życia i umierania. Patrzyliśmy w zdumieniu, jak porażka śmierci może stać się wywyższeniem.

 

W przekazie ewangelicznym św. Jana, męka i śmierć krzyżowa Jezusa jest Jego uwielbieniem, momentem chwały. W dzisiejszym fragmencie tejże ewangelii godzina uwielbienia Syna Człowieczego utożsamia się z “godziną” ziarna, które przynosi plon obumierając. Jeśli zechcemy przyjąć to przesłanie, zostaniemy wprowadzeni w logikę życia Jezusa. A jest to logika zupełnie inna od mentalności świata. Tutaj życie pozyskuje się tracąc, a nie gromadząc. “Ten, kto miłuje swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne” (J 12, 25). W logice Jezusowej życie trzeba traktować jak bochen chleba, albo jak wodę zaczerpniętą w złączone dłonie. Byłoby niedorzecznością starać się zachować w całości świeży bochen, bo on i tak się zestarzeje, a nikogo nie nasyci. Podobnie też nie można utrzymać długo wody w dłoniach. Do natury chleba należy jego udzielanie się, jego “samounicestwienie” dla zaspokojenia głodu ludzi. Tylko chleb podzielony, “stracony” dla siebie samego, spełnia swoje zadanie. Tylko woda podana spragnionym ustom wypełnia swoje powołanie. Choćbyśmy bardzo się starali zatrzymać ją w dłoniach, ona i tak, prędzej czy później, nam wycieknie. Kto chce zachować swoje życie, ten w rzeczywistości je traci, podobny do człowieka trzymającego kurczowo nietknięty, ale suchy i twardy chleb, który nikogo nie nasycił; podobny jest do człowieka z pustymi dłońmi nerwowo szukającymi wody, która wyciekła, nikogo nie napoiwszy.

 

 

 

Nowe przymierze

 

 

W dzisiejszej liturgii słowa pojawia się również zagadnienie przymierza. Ludzie zawsze instynktownie szukają relacji z kimś silniejszym, kto mógłby ich ochronić w przypadku ewentualnego niebezpieczeństwa. Bardzo pożądany jest też zawsze sojusz trwały i pewny. Dla Narodu Wybranego największym i najpewniejszym sojusznikiem jest sam Jahwe. To On wyprowadza z niewoli egipskiej i prowadzi po bezdrożach pustyni ku obiecanej ziemi szczęścia i pokoju. Niestety, w tym przymierzu ludzie nie okazują się wiernymi sprzymierzeńcami. Przez usta Jeremiasza proroka Boski sojusznik wyraża ubolewanie: “To moje przymierze złamali, mimo że byłem ich władcą” (Jr 31,32). Zamysł Boży nie pozostawia jednak ludzi samymi sobie; zapowiada nowe przymierze, które będzie przymierzem wewnętrznym, “umieszczonym” w sercu człowieka. Wierzymy, że to Nowe Przymierze zostało zawarte we Krwi Chrystusa, który “stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają” (Hbr 5,8).

 

 

 

Moja godzina

 

 

Na mojej drodze przygotowania paschalnego nie mogę uniknąć pytania o to, z kim w praktyce mojego życia zawieram przymierze; mówiąc potocznie, z kim ja w życiu trzymam. Świat, w którym żyję, podpowiada sugestywnie, że stanąć należy po stronie silnych, młodych, pięknych i bogatych. Tę propozycję popierają przykłady pierwszych stron kolorowych czasopism. Uśmiechający się z nich ludzie to ci, którym się powiodło, którzy odnieśli sukces. Może się wydawać, że w życiu właśnie o to chodzi, aby sukces odnieść, aby jak najdłużej i za wszelką cenę utrzymać się na pierwszych miejscach, w centrum uwagi. Powie ktoś, że to przecież nic złego, chcieć dokonać czegoś w życiu. Oczywiście, że nie! Ale pokładać w tym całą nadzieję jest już nieszczęściem.

 

Według kryteriów świata przymierze z Jezusem jest życiową porażką. Ten człowiek nie dokonał, poza paroma cudami, niczego spektakularnego; nie osiągnął sukcesu ewangelizacyjnego. Na koniec stracił wszystko, łącznie z życiem. Kto jednak patrzy na rzeczywistość oczami oczyszczonymi Dobrą Nowiną, widzi, że przymierze z Jezusem jest przymierzem z porzuconym w ziemi i obumierającym ziarnem, którego wartość weryfikuje oczekiwany obfity plon. Jezus nie traci w życiu dla samej zasady tracenia. On pozwala sobie odebrać wszystko, bo wie, że warto wszystko poświęcić dla tego, co jest najistotniejsze. Wobec wartości najwyższych wszystkie pozostałe tracą charakter absolutny i odzyskują właściwe im znaczenie. Ideałem życia chrześcijańskiego nie jest zatem życiowy nieudacznik. Naśladowca Chrystusa to ten, który wie, że człowiek jest ważniejszy od jakiejkolwiek rzeczy. W tej perspektywie staje się jasne, że chleb trzeba podzielić między głodnych, a złączone dłonie niosące wodę są właśnie po to, aby napoić spragnionego. Jeśli zdecydujesz się rozdać siebie, obumrzesz… Ale tylko wtedy wydasz plon.

 

 

 

 

 

 

 

 

autor: ks. Jacek Kacprzak