Solidarny z cierpiącymi
Doświadczenie niezawinionego cierpienia prowokuje do pytań: o przyczynę, o sens, o to, dlaczego mnie to spotkało, dlaczego Bóg do tego dopuścił. Trzeba być bardzo ostrożnym w udzielaniu odpowiedzi. Często zbyt łatwo mówimy o cierpieniu jako karze lub – w nieco złagodzonej formie – jako wezwaniu do nawrócenia. Ale czy naprawdę Bóg chce, żebyśmy cierpieli, bo wtedy np. bardziej gorliwie się modlimy? Nie, nasz Bóg taki nie jest! Pragnie, byśmy go wybierali z miłości, a nie ze strachu.
Może więc lepiej nie mówić nic, zamilknąć wobec tajemnicy i zwyczajnie być z cierpiącym człowiekiem? Może pójść za wskazówką arcybiskupa Paryża, który w ciężkiej chorobie, krótko przed swoją śmiercią, pisał do swego przyjaciela: „Potrafimy wybornie układać piękne zdania o cierpieniu. Sam to nie raz robiłem. Powiedz, proszę, księżom, że byłoby o wiele lepiej, gdyby milczeli”.
Greccy filozofowie podkreślali, że przez cierpienie człowiek uczy się życia. Natomiast tradycja żydowska przedstawiała cierpienie jako znak Bożego skarcenia. To przekonanie pokutuje po dziś dzień także w nas: że cierpienie musi mieć coś wspólnego z wolą Boga. Oczywiście można też wskazać takie sytuacje, gdy bezpośrednią odpowiedzialność za cierpienie ponosi człowiek, który źle korzysta ze swojej wolności i w ten sposób zadaje ból sobie lub innym. Ale istnieje też cierpienie, które często po prostu na nas spada, przez nikogo niezawinione. Ktoś jednak powinien być za nie odpowiedzialny. Pan Bóg?
Doświadczenie niezawinionego cierpienia prowokuje do pytań: o przyczynę, o sens, o to, dlaczego mnie to spotkało, dlaczego Bóg do tego dopuścił. Trzeba być bardzo ostrożnym w udzielaniu odpowiedzi. Często zbyt łatwo mówimy o cierpieniu jako karze lub – w nieco złagodzonej formie – jako wezwaniu do nawrócenia. Ale czy naprawdę Bóg chce, żebyśmy cierpieli, bo wtedy np. bardziej gorliwie się modlimy? Nie, nasz Bóg taki nie jest! Pragnie, byśmy go wybierali z miłości, a nie ze strachu.
Może więc lepiej nie mówić nic, zamilknąć wobec tajemnicy i zwyczajnie być z cierpiącym człowiekiem? Może pójść za wskazówką arcybiskupa Paryża, który w ciężkiej chorobie, krótko przed swoją śmiercią, pisał do swego przyjaciela: „Potrafimy wybornie układać piękne zdania o cierpieniu. Sam to nie raz robiłem. Powiedz, proszę, księżom, że byłoby o wiele lepiej, gdyby milczeli”.
Nie będę zatem nawet próbował odpowiedzieć na pytanie: dlaczego cierpienie? Zdaję sobie sprawę, że każde słowo może wzbudzić nowe wątpliwości. Jednak mimo wszystko ośmielę się mówić o cierpieniu – ale od strony wyzwań, które przed nami stawia. Punktem wyjścia jest Pismo Święte, które mówi o reakcji Boga na cierpienie człowieka. Autor Listu do Hebrajczyków w usłyszanym dziś drugim czytaniu przekonuje, że Bóg sam zdecydował się cierpieć, ponieważ pragnie być z człowiekiem w najtrudniejszej nawet sytuacji. Swój punkt kulminacyjny cierpienie Boga osiąga w ukrzyżowaniu i śmierci Jezusa. Oczywiście Chrystus nie szukał bólu, a nawet „…zanosił gorące prośby do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci”. Autor listu pisze dalej – co może wywołać nasze zdziwienie – że Jezus „został wysłuchany”. W jaki sposób? Przecież umarł na krzyżu. Bóg Ojciec odpowiedział na modlitwy Jezusa nie uchronieniem Go od śmierci, lecz zmartwychwstaniem. Boże możliwości nie kończą się tam, gdzie my jesteśmy u kresu.
To jest nasza wiara i nasza nadzieja. I w nich zawiera się wyzwanie. Bo nie jest najważniejsze, by cierpienie zrozumieć. Najistotniejszą sprawą jest, by cierpienie zauważyć, na nie reagować, z nim walczyć – by w efekcie nikt w nie pozostał sam ze swoim bólem. Chrześcijanin ma być solidarny z cierpiącymi. Tak jak Jezus na krzyżu, który wziął na siebie cierpienie świata.
autor: ks. Artur Filipiak
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






