Zamknięci w swoim świecie
W otaczającym świecie zauważamy dziś dziwną ale i bardzo bolesną dla nas zależność. Oto żyjemy coraz wygodniej i dostatniej a równocześnie jesteśmy coraz bardziej zamknięci w sobie. Nie wyobrażamy sobie życia bez telefonu ale coraz mniej ze sobą rozmawiamy. Coraz więcej samochodów, linii lotniczych, środków transportu a życie towarzyskie zamiera, nie odwiedzamy się tak często jak dawniej.
W otaczającym świecie zauważamy dziś dziwną ale i bardzo bolesną dla nas zależność. Oto żyjemy coraz wygodniej i dostatniej a równocześnie jesteśmy coraz bardziej zamknięci w sobie. Nie wyobrażamy sobie życia bez telefonu ale coraz mniej ze sobą rozmawiamy. Coraz więcej samochodów, linii lotniczych, środków transportu a życie towarzyskie zamiera, nie odwiedzamy się tak często jak dawniej. Rozwój techniki daje nam wygodne życie, nabywamy coraz to nowe cuda techniki, a jednocześnie tak wiele narzekamy, mało co nas cieszy. Zabiegani, w codziennych obowiązkach zamykamy się na innych ludzi, nawet tych najbliższych. Choć żyjemy w świecie, tak często jesteśmy samotni. Zostajemy sam na sam z naszymi słabościami, ułomnościami, problemami i troskami. Nie jest nam z tym dobrze, ale jakże trudno otworzyć się na innych, na świat, na Boga.
Podobnie było z bohaterem dzisiejszej Ewangelii. Sparaliżowany, chory człowiek, któremu było ciężko. Ale on szukał pomocy. On otwarł się na drugiego człowieka. Nie wstydził się przyznać do swoich słabości. Wystawił nawet na pośmiewisko, kiedy przez otwór w dachu zsuwano go na łóżku przed oblicze Jezusa. Ale zwyciężył wstyd, otwarł się, posłuchał przyjaciół, którzy go przynieśli. I za ten wysiłek, za to otwarcie się na człowieka i na Boga został nagrodzony. Jezus odpuszcza mu wszystkie grzechy, bo tylko On jako Zbawiciel ma taką władzę. Ale i przywraca zdrowie, by pokazać, że jest Panem życia i śmierci i dla niego nie ma nic niemożliwego.
Czy my sami podobnie szukamy pomocy? Czy my podobnie chcemy zrobić przysłowiową dziurę w dachu, aby zobaczyć świat, aby przejrzeć na oczy, aby zapytać o radę innych ludzi, aby w końcu stanąć przed Jezusem i powiedzieć mu o swoich zmartwieniach? Tak wiele mamy trosk, z którymi trudno sobie poradzić. Może watro posłuchać w tym rady innych. Owych przyjaciół, którzy chcą pomóc, tak jak nieśli łoże chorego z Ewangelii?
Posłuchać rady, gdy nie dajemy sobie rady w małżeństwie. Kiedy ciągłe kłótnie, wypominanie starych krzywd, ciche dni, szpilki wbijane na zimno, aby bardziej bolało. A tak w głębi serca oboje z małżonków chcą dobra, zgody, pokoju, miłości. Może watro posłuchać, gdy przyjaciel pokaże co robię źle, gdzie zawiniłem, powinienem przeprosić. Jezus przypomina: „Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie” (Łk 6,31). Co chcesz otrzymać od małżonka, najpierw daj mu sam. Otwórz się, powiedz o swych problemach, bądź szczery i uczciwy, inaczej nie będzie pomocy.
Posłuchajmy rady i w wychowaniu dzieci. By to nie były maskotki, którymi się bawimy, za które wszystko robimy, usprawiedliwimy każdy wybryk, byle nie przyznać się do porażki wychowawczej. Ale raczej przygotujmy do dorosłego życia. Jak owi przyjaciele z Ewangelii przyprowadzajmy dzieci do Boga, uczmy modlitwy, praktyk religijnych, życia według przykazań Bożych. Uczynimy to przez przykład własnego życia, szacunek do Kościoła, objaśnianie prawd wiary, Pisma Świętego. Ale także chciejmy słuchać tych, którzy chcą nam pomagać w wychowaniu. Nauczycieli, wychowawców, katechetów którym zależy na naszych dzieciach, którzy chcą je przygotować do dorosłości. Trzeba jednak otworzyć się, zmierzyć z problemem, przyznać, że może nie wszystko mi wychodzi i poszukać pomocy.
W końcu chciejmy posłuchać rad w walce z naszymi słabościami, może nałogami, wadami. Posłuchać ludzi nam przyjaznych, którzy dobrze nam życzą. Może zbyt szybko ulegam nerwom, krzyczę, rzucam wyzwiska. Może ciągle narzekam, jestem nieszczęśliwy. Może wciąż innym zazdroszczę, nie doceniając tego co sam mam. A może nie potrafię opanować języka, plotkując, obmawiając, złorzecząc. A może mam jakąś inną wadę, której się bardzo wstydzę, która jest dla mnie niewygodna, która jest mi balastem i przez nią czuję się niepełnosprawny, bo zabiera mi radość z życia. Trzeba się otworzyć, trzeba zdjąć dach ze swego życia, by przyszło świeże, inne spojrzenie. Otworzyć się na przyjaciół, ludzi nam życzliwych. Ale przede wszystkim otworzyć się na Boga.
Dzisiejsze słowo Boże przynosi nam obraz Boga, który jest lekarzem. Ma moc uzdrawiać ciało ale i duszę ludzką. Ma moc przemieniać człowieka i ma moc odpuszczać mu grzechy. Jedyne czego Bóg od nas oczekuje to otwarcia się. Stanięcia przed samym sobą i przed Bogiem w prawdzie, bo „poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8,32). Ta prawda czasem jest bolesna, przykra i wstydliwa. Ale dopiero stając w prawdzie wiemy co w nas dobre a co złe. Wiemy z czego się cieszyć a za co wstydzić. Wiemy co rozwijać a co trzeba zmienić. Trzeba więc pokonać wstyd, tak jak pokonał go w Ewangelii sparaliżowany, wystawiony w swej ułomności na widok wszystkich. Pokonać wstyd i przyznać przed sobą i przed Bogiem że jestem zwykłym człowiekiem. Słabym, nerwowym, kłótliwym, może zazdrosnym i leniwym. Mam wiele wad, mam słabości, wstydzę się o tym mówić, ale taka jest prawda. Trzeba przyznać przed sobą i przed Bogiem, że jestem grzesznikiem. Krzywdziłem innych, nie dotrzymywałem danego słowa o postanowieniu poprawy, gryzie mnie sumienie, że czyniłem zło. To wszystko przynoszę w pokorze Jezusowi. Staję przed nim taki, jaki jestem. Zginam swe kolana przy kratkach konfesjonału, by wyznać grzechy, przyznać się do słabości. Wtedy dopiero Jezus, poprzez posługę kapłana, okaże nam swą Boską moc. Wtedy dopiero będzie Panem naszego życia i śmierci. Wtedy powie nam z miłością – wracaj do domu a odtąd: „Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło” (J 5,14). Jezus odpuści wszystkie grzechy, nawet te najbardziej skryte i wstydliwe, bo jest Zbawicielem, Bogiem z nami. Trzeba tylko się otworzyć. Ale to nie koniec. Zostało jeszcze przed nami całe życie. Otworzyliśmy się na Boga, przyznaliśmy do błędów, poszukaliśmy pomocy i Boga i ludzi. Teraz przed nami te wszystkie dni, które przyjdzie nam jeszcze przeżyć. Mówi więc nam Jezus, jak do sparaliżowanego w ewangelii: „Wstań, weź swoje łoże i idź do domu” (Mk 2,11). Wracajmy do swych obowiązków, do swych domów, wyciągajmy wnioski ze swych porażek, słuchajmy słowa Bożego i pracujmy. Podejmijmy wysiłek, by nasze życie było pełne zgody, dobra, pokoju, życzliwości. Podejmijmy wysiłek by nie przeklinać a błogosławić, nie krzywdzić a pomagać, nie zazdrościć a cieszyć się tym co mamy. W końcu podejmijmy wysiłek by nasze serce zawsze było otwarte na Boga, bo „jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam” (Rz 8,31).
autor: ks. Radosław Rychlik
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






