Pójdźmy odważnie naszą drogą
Epifania – uroczystość Objawienia Pańskiego, trochę niepoprawnie nazywana „świętem trzech króli” (nie mamy przecież żadnej pewności, czy było ich trzech, a i królami nie byli; raczej perskimi astrologami), jest po święcie Zmartwychwstania Pańskiego najstarszym świętem w Kościele.
Gdy odczuwamy prawdziwą radość, gdy nasze pragnienia i tęsknoty zaczynają się realizować, gdy osiągamy szczęście, jesteśmy w stanie zrobić wiele albo nawet wszystko, by to doświadczenie trwało. Radosne chwile upamiętniamy zdjęciami, filmami, prezentami, które dajemy tym, którzy tego szczęścia zaznają (jak choćby prezenty ofiarowywane młodej parze po uroczystych zaślubinach).
Dziś do kościołów większość z nas przychodzi smutna, zatroskana, pełna ran i bólu. Przychodzimy pełni niezrealizowanych pragnień i tęsknot ale przychodzimy też jako ludzie zdolni do kochania. I to bardzo dobrze, że właśnie tacy przychodzimy dziś w uroczystość Objawienia Pańskiego – zwaną też Epifanią – na liturgię.
Epifania – uroczystość Objawienia Pańskiego, trochę niepoprawnie nazywana „świętem trzech króli” (nie mamy przecież żadnej pewności, czy było ich trzech, a i królami nie byli; raczej perskimi astrologami), jest po święcie Zmartwychwstania Pańskiego najstarszym świętem w Kościele. To właśnie w tym dniu, nasze siostry i nasi bracia – chrześcijanie – przed wiekami dziękowali Bogu za Jego objawienie, czyli ujawnienie Jego obecności i tożsamości. Gdy zagłębimy się w historię tego święta zauważymy, że pokłon mędrców ze Wschodu był tylko jednym z elementów świętowania Objawienia Pańskiego. Ci, którzy modlą się Liturgią godzin znajdą podpowiedź w hymnie II nieszporów dzisiejszej uroczystości. Obok pokłonu magów znajdziemy tam odniesienie do dwóch innych wydarzeń, poprzez które Jezus objawia swoją tożsamość. Jest to chrzest w Jordanie udzielony Mu przez Jana – gdy tożsamość Jezusa zostaje potwierdzona przez Boga oraz wesele w Kanie – gdy Jezus przemienia wodę w wino – tożsamość i moc Jezusa objawia i manifestuje On sam.
Święto Epifanii nie pozostawia więc wątpliwości. Mamy „trzech świadków” wyjątkowości Jezusa: ludzi, którzy Go oczekują i poszukują, którzy pragną się z Nim spotkać i znajdują Go. Bóg Ojciec, który potwierdza, że „ten człowiek” nie jest zwyczajnym – On jest Synem Umiłowanym, i wreszcie sam Jezus, który manifestuje, że ma panowanie nad naturą i jej mocami tak wielką, iż z wody może uczynić wyborne wino.
Obok tych, którzy potwierdzają tożsamość Jezusa są i ci, którzy się tego boją. Ich pycha, głupota i ślepota serca sprawia, że nie trafiają do nich znaki Bożej obecności. Tym, który widzi zagrożenie dla swojej władzy jest – w czytanej przez nas Ewangelii – Herod. Tyran, który własnych synów potrafił zabić, by nie utracić władzy. Człowiek zaślepiony sobą. Potężny król z Jerozolimy jest przerażony dzieckiem z Betlejem. Jego lęk wydaje się nam dość irracjonalny, bo jak dorosłemu może zagrażać niemowlę! Jak syn cieśli może zagrażać władcy! A jednak ten lęk okazuje się dość zrozumiały w kontekście konfrontacji prawdy z kłamstwem, światła z ciemnością, pokory z pychą. Herod staje się znakiem ludzi, którzy zamknęli oczy i nie szukają miejsca, w którym przebywa Bóg. Mędrcy ze Wschodu idą za znakiem gwiazdy, by odnaleźć tego, którego szukają. Ich uważne przyglądanie się znakom, ich szczerość, uczciwość i prawdziwość doprowadziły ich do zwykłego żydowskiego domu, w którym znajdują dziecko z matką. Znajdują ciepło miłości, troskliwości i szczęścia. W przeciwieństwie do zimnego pałacu Heroda, gdzie synowie zostali zabici.
I tutaj możemy zadać sobie pytanie „gdzie ja jestem”? Czy już w domu w Betlejem? Czy jeszcze w drodze? Czy może nadal tkwię w zimnym pałacu Jerozolimy? Ewangelia o pokłonie mędrców zaprasza nas w drogę do domu spotkania człowieka z Bogiem. Do tego, byśmy nie ustawali w poszukiwaniu przestrzeni przepełnionej pokorną obecnością Jezusa. By tam Go zobaczyć i pozostawić Mu swoje dary, którymi są mirra, kadzidło i złoto.
Ojcowie Kościoła interpretowali je symbolicznie: złoto dla prawdziwego króla, kadzidło dla prawdziwego Boga, mirra na pogrzeb dla prawdziwego człowieka. Jest jednak i inna interpretacja, w której mirra, kadzidło i złoto są symbolami darów, które mamy złożyć Jezusowi. W tej interpretacji złoto to nasza miłość, kadzidło to nasze tęsknoty, mirra to nasze rany i bóle. Nie potrzeba nam wielkich darów, wystarczy, że na spotkanie Jezusa pójdziemy z tym, co zawsze mamy: naszą miłością, tęsknotami i ranami. Mirra to jednak nie tylko symbol ran i bólu ale też lecznicze zioło. Staje się ona znakiem uzdrowienia ran i ukojenia bólu. Te nasze skromne, codzienne dary są jednak wielkie i wspaniałe, bo to one wypełniają całe nasze życie. To one nam towarzyszą od narodzin do śmierci. W nich ofiarujemy Bogu wszystko co mamy. A wiemy komu je dajemy, bo rozpoznali Go ci, którzy Go szukali. Zaświadczył o Nim sam Bóg i On sam pokazał swoją moc nad światem i naturą.
Idźmy więc odważnie „drogą do Bożego domu”. Nie bójmy się złożyć Mu najpiękniejszych darów naszego życia. Bóg je może przemienić i wypełnić sobą. Dzięki Niemu miłość stanie się pełna, tęsknoty znajdą tego, który może je zrealizować, a rany zostaną zagojone.
To, co oddamy Bogu, choć czasem po ludzku tracimy (musimy uznać, że to nasza miłość jest niewystarczająca, naszych tęsknot sami nie możemy zrealizować, a ran uleczyć), On przyjmie i dzięki temu staniemy się „współdziedzicami i współczłonkami Ciała, i współdziedzicami obietnic w Chrystusie Jezusie przez Ewangelię”.
autor: Tomasz R. Kubak
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






