Tego nie wolno powiedzieć
Pewnych rzeczy nie wolno powiedzieć człowiekowi, który przyszedł świętować. „Rękami bezbożnych przybiłeś Go do krzyża, a Bóg Go wskrzesił”. Można przecież, choćby dziś, odpocząć od zła cudzego i własnego. Minęła już gorączka świątecznych przygotowań, jeszcze jest czas wolny od pracy. Można po prostu wyjść z kościoła i pochlapać kogoś, choćby symbolicznie. Na chwilę się uśmiechnąć i udać radosnego. Nie wolno cię dziś łapać za ramię, śpiewając wielkopostną pieśń: „To nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech”. To już było, słyszałeś o tym, dziś po prostu chciałeś się ucieszyć świętami, „lanym poniedziałkiem”. Świętowali pielgrzymi, którzy o śmierci Jezusa mogli tylko słyszeć. Świętowali sami apostołowie, wciąż przejęci dramatem krzyża, ale przecież po zstąpieniu Ducha Świętego już wszystko rozumieli. Tak musiało być, krzyż był potrzebny. Święty Piotr zamiast dzielić się radością pierwszego bierzmowania, bez litości pokazuje zebranym krew na ich rękach. „Zabiłeś Chrystusa” – mówi i Tobie. Ewangelia też niewesoła – starszyzna Jerozolimy już spiskuje, przekupuje, szykuje kolejne intrygi. Dali pieniądze i każą kłamać, że to „uczniowie wykradli ciało”. Czy nie świętujemy właśnie szczęśliwego zakończenia rodem z bajki – torturowali Jezusa, zabili, ale zmartwychwstał, już wszystko w porządku i nie trzeba się martwić? W bajce nie trzeba by było. Tam kłopoty nie wracają; zdarzają się nawet takie cuda typu: „wzięli ślub i żyli długo i szczęśliwie”. W życiu tak ślub, jak zmartwychwstanie, to początek, a nie koniec historii. Nie wolnej od nowych kłopotów.
Najmilszy, z całego serca pragnę przynieść ci pokój, odpoczynek. Gdyby to polegało na mówieniu ci tylko miłych rzeczy, a unikaniu drażliwych, to… zostałbym politykiem. Ja mam dla ciebie Chrystusowy pokój. Świąteczną radość z czystego serca, pojednanego z Bogiem i ludźmi. I będę tobą potrząsał za pomocą ostrych słów, dopóki się nie pojednasz, zamiast pojednanie udawać. Dziecięce szczęście z głowy pełnej pomysłów na nowe, dobre uczynki. Jeśli czujesz się wypalony, będę tobą krzesał iskry, byś znów zapłonął dobrym ogniem.
Spokój ciszy, bezczynności i leżenia sobie – to spokój trupi. A dziś wciąż zmartwychwstanie! Pozdrawiasz bliskich słowami „Chrystus zmartwychwstał”. Nie tylko mów, świadcz o tym. Miej radość z uwikłania się w kłopoty w dobrej sprawie. Może pora stanąć w czyjejś obronie? Miej radość ze zrobienia pierwszego kroku, by wyplątać się z kłopotów w złej sprawie. Żadne „jutro”, żadnego mazgajstwa. Jesteś już duży. I pora też, żebyś z dumą odkrył, że dzielniejszy niż myślałeś. Tak, bracie i siostro, radość zmartwychwstania dotyka tych, którzy zmartwychwstają! Cieszą się życiem ci, którzy żyją, a nie symulują życie, albo czerpią z niego to, co najpodlejsze.
Początek to zawsze posprzątanie na swoim podwórku. (Przy okazji, do poprzednich słów dołożę jeszcze „łobuza”, jeśli sprzątanie po świętach zrzucisz na innych). Posprzątaj swoją duszę, uporządkuj życie. Zanim św. Piotr stanął przed innymi z oskarżeniem, sam musiał odnaleźć spokój, po tym jak zaparł się Mistrza.
Co znaczy, że jesteś martwy wewnątrz i musisz zmartwychwstać z Jezusem? „Dramatycznie i nieprawdziwie” – możesz się skrzywić. Albo pokiwać głową, odnosząc to do przeżywanych „dołów” i smutków. Nie tak, najmilszy. Każdy grzech to martwota. Chwała Bogu, że nie wszystko w tobie umarło, co nie znaczy, że parę kawałków może sobie spokojnie gnić. Nie grzesz, nie tęsknij za grzechem, nie myśl o tym, nie przygotowuj sobie warunków do grzechu! A smutki, czy często nie są decyzją o poddaniu się, wycofaniu z walki? Otrząśnij się z nich, walcz, dzielny rycerzu. A po ukojenie przychodź tu, przed Najświętszy sakrament.
Co znaczy: „Rękami bezbożnych przybiłeś Jezusa do krzyża”? Przyjrzyj się choćby przygotowaniom do Świąt. Ile było ran zadanych bliźnim, sprytnych, ukrytych pod wymówką, tak, by za twoją własną rękę nikt cię nie mógł złapać? Jak często w domu i poza nim krzykiem, pogardą, odtrąceniem, a nawet przemocą tresujesz sobie ludzi, jakby byli dla ciebie tylko bestiami.
Tak właśnie – nie wszystko rozgrywa się w duszy, przychodzi też stanąć przed drugimi. Trudne to, po co dokładać sobie problemów? Odpowiem pytaniem: a niby jak chcesz w życiu uniknąć kłopotów? Nie da się. Masz tylko wybór – obrywać albo za wierność Jezusowi, albo za lenistwo i nikczemność. Ta wierność czasem oznacza właśnie otwarte powiedzenie komuś, że zrobił coś bardzo złego, zadał wielkie cierpienie. I jego szansa to nawrócenie, szukanie przebaczenia, naprawienie krzywd. Niekiedy będzie łatwo i trafisz na takich, którzy docenią Twoje słowa. Będzie też okazja do poświęcenia, kiedy trafisz na ludzi podobnych arcykapłanom z dzisiejszej ewangelii, którzy uderzą w ciebie kłamstwem i intrygą. A to wcale nie koniec kłopotów. Sedno kontaktów z ludźmi to przecież nie ciągła obrona przed wrogami, tylko przyjaźń, pomoc. Im więcej ciepła okażesz, tym bardziej będą cię szukać, a nawet przysyłać ci nieznajomych. Jeśli będziesz grał przyjaciela, szybko cię to wypali i wygonisz wszystkich. Jeśli będziesz szczery, zamiast tracić siły, będziesz ich miał coraz więcej.
Stanąć przed Bogiem też nie jest lekko. Bóg jest miłością, ale to nie jest egzaltowana, matczyna miłość ze swoim sztandarowym tekstem: „nie męcz się, bo się spocisz”. To miłość ojca, z błyskiem dumy w oczach, kiedy staniesz przed Nim cały brudny i wycieńczony od ciężkiej pracy. Czy to mu wystarczy? Nie będzie cię przecież resztę życia chwalił za stare zasługi. Niedługo na pewno wciągnie cię w coś jeszcze trudniejszego. Ale czy świadomość, że tata jest ze mnie dumny, można z czymkolwiek porównać? Najmilszy, obyś stale doświadczał tego uczucia. Ale nawet jeśli twojego ojca trudno nazwać tatą, na Bogu możesz polegać.
Najmilszy, Jezus zmartwychwstał nie dzięki tobie, ale wbrew tym wszystkim grzechom, którymi go zabijałeś. I to będzie równie prawdziwe, niezależnie od tego, jak bardzo na święta chcesz mieć spokój. I nie martwa cisza przyniesie ci ulgę, tylko powstanie do życia, przebudzenie. Chrystus zmartwychwstał! Czego i tobie życzę.
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






