„Nie lubię sylwestra i zmiany roku. Wszystko jest wtedy sztuczne, napuszone, na siłę wesołe, albo raczej zabawowe. A z czego tak naprawdę się cieszyć? Że mija czas? Że nie wiadomo, co przyniesie nowy rok? Że nie ma szans na lepszą przyszłość? Że w tym nowym roku wielu ludzi umrze, wielu będzie chorować i cierpieć? Noworoczne szaleństwa są bez sensu! Ale jak inaczej przeżyć ten czas – tego nie wiem!”. Takie refleksje jakiś czas temu snuła autorka jednego z internetowych blogów.
„Nie lubię sylwestra i zmiany roku. Wszystko jest wtedy sztuczne, napuszone, na siłę wesołe, albo raczej zabawowe. A z czego tak naprawdę się cieszyć? Że mija czas? Że nie wiadomo, co przyniesie nowy rok? Że nie ma szans na lepszą przyszłość? Że w tym nowym roku wielu ludzi umrze, wielu będzie chorować i cierpieć? Noworoczne szaleństwa są bez sensu! Ale jak inaczej przeżyć ten czas – tego nie wiem!”.
Takie refleksje jakiś czas temu snuła autorka jednego z internetowych blogów. Sylwester za nami. Dziś Nowy Rok, a przed nami nowy, nie znany nam czas. Co przyniesie? Jaki będzie? Ile będzie w nim szczęścia a ile cierpienia? Kto z nas za rok znowu będzie witał Nowy Rok, a kogo już między nami nie będzie? Nikt z nas nie zna odpowiedzi na te pytania. Mogą one napawać lękiem, budzić niepokój albo napawać nadzieją na dobrą, lepszą od minionego czasu, przyszłość. Można też takich pytań sobie nie stawiać, i wielu jest takich, którzy tak właśnie czynią. Owszem, przygotowywali się na sylwestra, szukając dobrego lokalu, świetnej zabawy, pięknej kreacji i rozrywkowego towarzystwa. O północy był szampan, toasty, sztuczne ognie, zabawa i radość. Teraz jest czas na sen, a jutro trzeba iść do szkoły, na uczelnię, do pracy… „Święta, święta i po świętach”. Znowu szara rzeczywistość, a na zastanowienie się i zadawanie pytań – nie ma czasu.
Wy znaleźliście czas. Nie tylko na chwilę zastanowienia, ale też na to, aby pierwsze chwile Nowego Roku przeżyć z Bogiem. Dlatego tutaj jesteście. I nie ważne, co macie w sercu: pokój, czy lękliwe pytania; szczęście, czy bolesne cierpienie; nadzieję, czy niechęć do tego, co będzie… Ważne, że z tym przyszliście do Boga. A oddając Mu to, co niesiecie w sobie, czynicie Go Panem swego serca, czasu i życia. Przez ten prosty gest otwarcia się i ofiarowania Bogu tego, co nosicie w sobie, możecie doświadczyć prawdy i piękna słów dzisiejszego czytania z Księgi Liczb – bo oto teraz w czasie Eucharystii Pan rozpromienia swe oblicze nad wami, obdarza was łaską i pokojem. I dzieje się to naprawdę, choć ktoś może tego nie odczuwać, choć można odnieść wrażenie, że nic się nie zmienia. Tak się tylko wydaje. Człowiek, który przychodzi do Boga, otwiera przed Nim swe serce, oddaje Mu swoje życie, jest jak ktoś, kto znajduje się w promieniach słońca. Może ich nie czuć, może mu się wydawać, że słońce nie grzeje zbyt mocno, a jednak kolor jego skóry będzie się zmieniać, będzie się, choć powoli, opalać. Tak też ilekroć przychodzimy do Boga, nabiera ciepła nasza dusza, rozpala się i rozgrzewa, abyśmy mogli wiedzieć, kim jesteśmy i co z tego wynika.
I to jest chyba najważniejsze pytanie na dzień, w którym zaczynamy kolejny nowy rok naszego życia. Trzeba zadać sobie pytanie: „kim jestem ja – człowiek, któremu Bóg podarował nowy czas? I czym jest czas, który został mi podarowany? Gdzie szukać odpowiedzi na te pytania? W Słowie Bożym i w swoim sercu, w głębinach swojej duszy. Co więc mówi nam Słowo Boże? Określa nas dziś niezwykle jasno: „nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej”. Słyszysz? Jesteś dzieckiem Boga! Kimś, kogo On ukochał, komu dał swoje dziedzictwo. A co jest „dziedzictwem Boga”? Miłość i życie wieczne! Dziedzictwem Boga jest zbawienie. Dlatego dziś, u progu Nowego Roku czytamy w Ewangelii, że Dziecięciu z Betlejem nadano imię Jezus – to znaczy „Bóg zbawia”. Tą, która pierwsza poznaje Jezusa i pierwsza się w pełni Jemu oddaje, rozważając wszystkie Boże sprawy w swoim sercu, jest Maryja – Święta Boża Rodzicielka. Dlatego dziś obchodzona jest Jej uroczystość. Dziś na Nią mamy spojrzeć i ujrzeć Jej rozradowanie się Bogiem, ale też Jej pełne zdumienia i pokory poznawanie Bożych tajemnic i powierzanie się tym tajemnicom.
Dokładnie rok temu, w uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki trafił do kościoła Czarek. Nie był w kościele od lat. Twierdził, że nie ma po co tam przychodzić, bo to dobre dla starych ludzi, a on ma całe życie przed sobą i wiele ciekawszych rzeczy do zrobienia niż słuchanie, jak księża nudzą w kościele. Trudne było jego życie. Bo niby miał wszystko: bogatych rodziców, spełnione wszystkie materialne marzenia, możliwość wyjazdów i ciekawych podróży, ale to wszystko go nudziło, przytłaczało od środka i czuł, że z dnia na dzień jego życie staje się puste, pozbawione sensu i nieprawdziwe. Gdy poznał Ilonę, wydawało mu się, że ona jest lekarstwem na jego wewnętrzną ranę. Nie była. Kochał ją naprawdę. Ona pokochała jego pieniądze. Spotkał ją w intymnym uścisku ze swoim najlepszym przyjacielem w czasie sylwestrowej zabawy. Świat mu runął. Nie miał po co żyć i dla kogo. Poczuł się niewolnikiem tego, co posiadał i swoich pragnień, których, jego zdaniem, nikt nie mógł zrozumieć i spełnić. Do kościoła wszedł, bo było mu zimno i chciał się trochę ogrzać. I wtedy usłyszał słowa dzisiejszego czytania: „Nie jesteś już niewolnikiem, ale synem…”. Nie wiedział, co znaczą. Szukał ich sensu przez cały rok. Wczoraj w mailu napisał: „Teraz wiem, co to znaczy być synem Bożym. Wiem, że jestem synem Boga, Jego dzieckiem przez chrzest święty, i dlatego mogę zaczynać kolejny rok życia z pokojem w sercu i nadzieją na to, że będzie dobry. Bóg spełnił wszystkie moje pragnienia; dał mi pokój serca i doświadczenie, że jestem Jego „oczkiem w głowie”. Czy mogę pragnąć czegoś więcej?.