W numerze
 
marzec/kwiecień 2011 » SUGESTIE HOMILETYCZNE » Wielki Piątek »

Miłość płynąca z krzyża

Drukuj

 

Jezus został ukrzyżowany i przemówił do swojej Matki. Okazał jej miłość oraz troskę. Nie ma w Piśmie Świętym piękniejszego obrazu niż ten, wymalowany ostatnimi słowami Jezusa, skierowanymi do Matki i do ucznia. Słowa te stanowią olbrzymi kontrast w stosunku do całego wydarzenia, jakie miało miejsce na Kalwarii. Kiedy czytamy bądź wsłuchujemy się w słowa dzisiejszej Ewangelii, zwraca naszą uwagę namacalna miłość Jezusa w stosunku do własnej Matki i ich bliskiego przyjaciela. Jezus pokazuje nam wyraźnie swoją ogromną miłość, ponieważ zatroszczył się o swoją Matkę, prosząc Jana, by ten się nią zaopiekował, gdy On już odejdzie z tego świata. Jak to w ogóle możliwe, aby człowiek umierający w torturach był aż tak bardzo zainteresowany innymi ludźmi? Ostatnią wolą Jezusa wiszącego na krzyżu są słowa skierowane do apostoła: Oto matka twoja! (J 19,27). Obyśmy także i my, nie tylko w sam Dzień Matki, wyznali wdzięczność i miłość naszym mamom, jeśli nadal je mamy, lub podziękowali za nie Panu Bogu, jeśli już od nas odeszły. Okazujmy im w jakiś namacalny sposób, jak bardzo je kochamy i jak wiele dla nas znaczą. Niech Bóg błogosławi nasze mamy! Im zawdzięczamy to, kim jesteśmy lub kim będziemy w przyszłości.
Co możemy zrobić, kiedy wiemy, że zawiedliśmy? Zdarza się nam wszak powiedzieć coś nieodpowiedniego, podjąć się jakiegoś zobowiązania i nie wykonać go w terminie lub też zepsuć naszą relację z jakąś osobą. Co możemy zrobić, gdy nadarzy się okazja naprawienia zła, które wyrządziliśmy? Tak w sercu człowieka, jak i codziennym życiu niezwykle blisko sąsiadują ze sobą: wielkość i małość, szlachetność i podłość, gotowość do poświęcenia i wyrzekanie się cenionych przez siebie wartości. Gdy jeden z uczniów Chrystusa zapiera się swego Mistrza, pytamy zaskoczeni i zdumieni: Jak on mógł? Jak to się mogło w ogóle stać? Czy nie jest to ten sam Piotr, który deklarował, że nie wyprze się Jezusa? Czy nie jest to ten sam uczeń, który z mieczem w ręku stanął w obronie swego umiłowanego Nauczyciela? Tak, to dokładnie ten sam człowiek. Czy wynikało to z jego zbytniej pewności siebie? Wyznawał swoją wierność, gdy niebezpieczeństwo było jeszcze daleko. Stchórzył, gdy śmierć spojrzała w mu w oczy. Trudno jest wytrwać, gdy trzeba zapłacić najwyższą cenę. Piotr nie wytrzymał tego napięcia i coś w nim pękło. Okazuje się być człowiekiem: słabym, podłym, chwiejnym. To może i zdarza się każdemu, odkrywając naszą bezsilność, małość i niewierność. Jednak historii zaparcia się Piotra nie napisano jedynie po to, abyśmy zobaczyli naszą ułomność i grzeszność. Napisano ją przede wszystkim po to, abyśmy zobaczyli wyjście z takiej sytuacji.
Historia Piotra nie kończy się porażką. Apostoł gorzko żałował swego czynu, a Jezus po swym zmartwychwstaniu przebaczył mu i ponownie zaprosił go do grona swoich uczniów. Co zatem możemy zrobić? Okazać żal i skruchę i szukać przebaczenia u naszego Zbawcy. Przebaczająca miłość Jezusa widzi nas nie od strony naszej niewierności i porażki wobec grzechu, lecz widzi nas od strony naszej lojalności, unikania zła i poszukiwania dobra. Bywa czasem tak, że ktoś potrzebuje, a nawet żąda pomocy, jednak nie pozwala jej sobie udzielić. Szuka prawdziwej miłości, lecz nie przyjmuje do swojej świadomości odpowiedzi na pytanie: Co to jest prawda? (J 18,38). Od swego dzieciństwa odkrywamy świat i poznajemy prawdę. A właściwie kilka prawd. Z jednej strony poznajemy prawdę o miłości do każdego człowieka, szczerości myśli i uczuć, a z drugiej strony prawdę, którą się od nas oczekuje czy wymaga. Dyplomatycznie ukrywamy nasze myśli, a szczerość ustępuje miejsca wyrachowaniu. W miarę upływu lat, w naszym postępowaniu pojawia się coraz więcej meandrów zakłamania. Przemilczamy niewygodne prawdy i ze zdumiewającą łatwością idziemy na kompromisy, aby móc urządzić się w życiu jak najwygodniej dla siebie. Czy mamy na tyle odwagi, aby móc przyznać się do popełnionych przez nas błędów? Czy potrafimy odkłamać swoje życie?
Prawdą jest osoba Jezusa Chrystusa i Jego Ewangelia. Lecz warto postawić sobie pytanie: ile tej prawdy jest w nas? Czy i na ile miłujemy się wzajemnie i serdecznie? Święty Jan Ewangelista, opisuje pośmiertne przebicie boku Zbawiciela przez rzymskich żołnierzy, o czym nie wspominają pozostali ewangeliści. Otworzenie boku włócznią spowodowało to, że otworzone zostały dla nas drzwi nadziei do radości życia wiecznego. Z tego „boku” wypłynęły też dwa święte sakramenty Kościoła: Komunia i Chrzest, symbolizowane odpowiednio przez krew i wodę. Przybycie Chrystusa na świat jest nie tylko wypełnieniem proroctw Starego Testamentu, lecz jest przede wszystkim akcją ratunkową. Zapowiadany przez Izajasza Sługa Pański karmił głodnych, uzdrawiał chorych, a nawet podnosił z ostatniej pościeli umarłych. Przemierzył pieszo cały kraj, aby w ostatniej drodze wziąć na swoje ramiona ciężar krzyża i naszych win. Przykład Adama i Ewy jasno pokazuje, że człowiek prędzej odpowiedzialnością obarczy kogoś innego, niż sam weźmie ją na swoje ramiona. Bóg jest miłością i nas kocha. Aż tak bardzo nas umiłował, że posłał na świat swego Syna, Jezusa Chrystusa, by każdy kto Jemu zaufa, miał życie wieczne. Iść za Jezusem, to znaczy dać się prowadzić. To zadanie na całe nasze życie. Chodzi o to, abyśmy ster naszego pogmatwanego życia przekazali w dobre ręce – w kochające ręce Boga. Choć Bóg prowadzi każdego inną, jego własną drogą i nie stosuje szablonów, to prowadzi nas w tym samym kierunku – tam, skąd Jezus do nas przybył, dokąd wniebowstąpił i skąd przybędzie ponownie. Pamiętajmy, aby nie porównywać swojej drogi z drogami innych, bo to prowadzić może do zazdrości, zwątpienia i rozpaczy. Obyśmy spoglądali na Jezusa Chrystusa i pozwolili się prowadzić Duchowi Świętemu! Wiara przeminie, nadzieja przeminie, lecz miłość nigdy nie ustanie. Więc niech wiarę i nadzieję uświęca miłość, bo kto miłość przyjmuje do serca, do swego życia, temu już miłość przynosi cząstkę, zadatek nieba. Nie ma życia nowego i wiecznego bez miłości płynącej z krzyża.
autor: ks. Sebastian Niedźwiedziński